piątek, 24 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 3 DROGA DO LUBAWY)









ROZDZIAŁ 3

DROGA DO LUBAWY

       
           Wschodzące słońce oświetlało usypaną z ziemi górę, tzw. ziemny nasyp, na którym z drewnianych zgliszczy unosił się dym. Nic nie ocalało z zabudowy grodu. Spłonęły drewniane umocnienia zwane palisadą, wieża obserwacyjna oraz magazyn na broń, spichlerz i pozostałe budynki. Nie tylko Pikowa Góra została spalona. Niewykorzystane maszyny oblężnicze oraz okoliczne gospodarstwa Surwabuno również kazał puścić z dymem. Poza tym w ramach kary za to, że okoliczna ludność się nie poddała i nie przeszła na chrześcijaństwo zniszczono znajdujące w okolicy posągi przedstawiające wizerunki pogańskich bogów [tzw. pruskie baby] oraz zabito lub wzięto do niewoli napotkanych wajdelotów i kapłanki. Wiele osób uciekło w stronę Świętego Gaju nad rzeką Dreuanzą [Drwęcą; dziś Łąki Bratiańskie]. Surwabuno nie kazał ich jednak ścigać i zabronił przedzierać się w pogoni przez puszczę w stronę gaju. Wiedział, że zbyt wielu z jego ludzi zginęło podczas oblężenia i rozumiał, że Święty Gaj znajduje się w granicach innego lauksu, w którym są kolejne grody i zapewne wielu wojowników gotowych walczyć aż do śmierci w obronie swoich rodzin i religii.
       Dla Mojmiry był to kolejny poranek na tych pogańskich ziemiach. Dziewczyna nie wiedziała, co ją czeka. Z rąk jednych pogan przeszła w niewole kolejnej grupy barbarzyńców. Były, co prawda pewne różnice, w grodzie niewolników wykorzystywano do pracy fizycznej, zakuwano w łańcuchy, a na noc zamykano w klatkach. Tych mniej pokornych zabijano lub chłostano albo zakuwano w dyby. Ich nowi właściciele wykorzystywali natomiast same liny, którymi związali wszystkich schwytanych niewolników i ustawili parami jedna za drugą. Mojmira siedziała ze związanymi za plecami rękoma oraz związanymi nogami przy drzewie, przy którym Divan dogaszał ognisko i obserwowała nieszczęśników oraz pruskich wojowników przygotowujących się do podróży. Nie miała jednak powodu do narzekania. Nowy właściciel jeszcze ani razu jej nie uderzył ani nie próbował zgwałcić, co w grodzie było dość częstym zjawiskiem. Sama, co prawda nie została zgwałcona, ale była za to świadkiem wielu gwałtów na kobietach schwytanych w Płocku. Dziewczyna zauważyła, że najeźdźcy poza końmi, których dosiadało tylko kilkunastu z nich, mieli ze sobą zaledwie kilka wozów wyładowanych nielicznymi łupami.
            Po chwili do Mojmiry podszedł jej nowy właściciel i rozwiązał jej ręce, a następnie skrępował je sznurem ponownie, ale z przodu. Później wziął kolejny dłuższy sznurek i przywiązał jeden jego koniec do siodła, a drugi do jej skrępowanych rąk. Dziewczyna wiedziała już, co ją czeka. Marsz za koniem swojego nowego pana.

            Divan włożył lewą nogę w strzemię i dosiadał grzbiet Witry. Następnie chwycił prawą ręką wodze i powoli ruszył. Nie miał ze sobą zbyt wiele, nie licząc kilku pergaminów umieszczonych w jednym z tobołków przytwierdzonych do siodła i kolejnego tobołka z jedzeniem.
- Divanie, jak ci się podoba twoja nowa niewolnica? Prawda, że agresywna? Wiedzieliśmy, że ci się spodoba.
- Mówiłem, że nie potrzebuję nowych niewolników. W moim lauksie i tak mam ich zbyt wielu.
- Więc pewnie sprzedasz ją w Lubawie na targu niewolników?
- A co mam z nią zrobić? Odrzekł Divan. Najlepiej ją sprzedać.
- Młoda, ładna. Powinieneś dostać za niedobrą cenę. Odpowiedział Graude.

Mojmira przysłuchiwała się dwóm Prusom, ale nie znała ich języka, więc nie potrafiła zrozumieć, o czym rozmawiają.

Był już dzień, ale mimo tego w wielu miejscach między gąszczem drzew dominowały ciemności. Często było słychać dźwięki zwierząt i trzask gałęzi. Pruska puszcza była przerażająca. Ścieżka, którą właśnie szli była szeroka na dwa konie idące obok siebie. U Prusów nie było czegoś takiego jak szerokie drogi albo ogromne łąki. Wszędzie tylko drzewa i wrażenie, że ciągle ktoś cię obserwuje. Widok po lewej i prawej stronie ścieżki był taki sam, gdzieniegdzie przebijało się światło słoneczne ukazujące bagna i czającą się w oddali dziką zwierzynę. Kto wie, jakie potwory i demony się tam znajdują? Dziewczyna wiedziała, że nie ma sensu próbować się uwolnić i uciekać. Próba ucieczki w głąb puszczy dla kogoś, kto nie zna tych terenów nie mogła się skończyć dobrze.
            Nagle pruski wojownik jadący z przodu na białym koniu uniósł dłoń, dając tym gestem znak, aby wszyscy się zatrzymali. Mojmira coraz wyraźniej słyszała dobiegający z lewej strony dziwny dźwięk, jakby łoskot i pomrukiwanie. Coraz głośniejszy odgłos szeleszczących liści i pękających gałęzi niewątpliwie oznaczał, że coś dużego przedziera się przez gęstwinę drzew. Prusowie nagle stali się niespokojni, kilku ruszyło na zwiady między drzewa, a pozostali pilnowali łupów i niewolników.

Graude wziął do ręki swój topór i dał znak Gryźlinowi żeby chwycił za łuk i kołczan, które zawsze wozi ze sobą przytwierdzone do siodła. Po chwili obok nich stanął umięśniony Prus o imieniu Stenke, który trzymał swoją włócznię oraz pawęż i czekał na rozwój wydarzeń. Wszystko działo się niezwykle szybko. Zwierzę z ogromnymi rogami, o wiele większe od byka skoczyło na Stenke, który w ostatniej chwili zasłonił swoją klatkę piersiową ogromną tarczą. Pawęż pękła pod naporem ogromnego cielska i rogów, a pruski wojownik został odrzucony kilka metrów w tył. Jego masywne ciało z ogromną siłą uderzyło w drzewo przy, którym pozostał leżąc w bezruchu cały we krwi.
Gryźlin widząc rozwój wydarzeń wystrzelił kilka strzał w stronę tura, bo tak zwało się to zwierzę, które wbiły się mocno w jego cielsko. Rozwścieczona, ranna bestia właśnie pędziła w stronę łucznika próbując go nadziać na swoje długie rogi. Nagle z zaskoczenia z krzaków wyskoczył Graude, który zamachnął się swoim toporem szyję tura. W tym samym czasie Gryźlin wpakował w niego jeszcze kilka strzał. Po kilku chwilach ogromna bestia, jedna z największych żyjących w pruskiej puszczy leżała na ziemi między drzewami.
            W tym samym czasie na przedzie pochodu z puszczy wyłoniły się kolejne dzikie bestie. Wszystko wyglądało tak jakby bogowie chcieli ukarać Surwabuno za spalenie Pikowej Góry i walkę z ludźmi starej krwi. Mojmira słyszała liczne opowieści o turach, ogromnych bestiach, z długimi rogami zdolnymi do staranowania każdej przeszkody. Pierwszy raz jednak mogła zobaczyć i to aż dwa okazy tych zwierząt na własne oczy. Wielu opowiadało, że ich ciała ważą tyle, co pięciu tęgich mężczyzn.
            - Rozmyślania dziewczyny szybko zostały przerwane poprzez krzyki na tyłach pochodu. Okazało się, ze tam również bestie zaatakowały.
            - Divan natychmiast odciął sznur, którym była przywiązana do siodła, co nie zmieniło faktu, że jej ręce i tak były dalej związane. Miała jednak wolne nogi, a ręce skrępowane z przodu nie utrudniały poruszania się w takim stopniu jak nadgarstki spętane za plecami.
            - Co robimy? Krzyczał Divan jadąc konno w stronę Surwabuno przy którym zebrało się już kilku wojowników.
            - Musimy je wszystkie pozabijać. Coś je spłoszyło. Tury nigdy nie atakują uzbrojonych ludzi poruszających się w tak dużej grupie. Odrzekł przywódca siedzący na swoim białym koniu.
            Na szczęście mocne tarcze oraz liczne włócznie okazały się przydatne w walce. Nie obyło się jednak bez ofiar. Poza Stenke zginęło jeszcze pięciu Prusów oraz dwóch niewolników. Kiedy było już po wszystkim Divan podjechał w miejsce, w którym pozostawił Mojmirę, której nigdzie nie mógł dostrzec.
            -Gdzie ona się podziała? Zastanawiał się, po czym dostrzegł świeże ślady wiodące w głąb puszczy.

- Musisz biec, uciekaj, biegnij… Mojmira pędziła przez puszczę przerażona. Nie pojmowała skąd wzięły się w jej głowie te dziwne głosy. Wiedziała jednak, że musi uciekać. Przedzierała się przez krzaki, na obszarze bagnistym i pełnym dzikiej zwierzyny oraz jak wierzyła pogańskich demonów. Ciemność i jasność były nieodłącznymi elementami obserwowanego przez nią krajobrazu. Kilka razy upadła z powodu ciemności, z kolei w innym miejscu musiała przedzierać się przez gęste krzewy na obszarze, który był częściowo oświetlony przez słoneczne promienie. Głosy stawały się coraz silniejsze. Nagle potknęła się o wystający korzeń i stoczyła z kilkunastometrowego wzniesienia. Z trudem się podniosła i po chwili ponownie upadła z powodu bólu lewej kostki, którą, jak sądziła skręciła. Po chwili zauważyła, że znajduje się w dziwnym miejscu. Była to mała przestrzeń, między drzewami w centrum, której znajdował się ogromny kamień swoimi rozmiarami dorównujący turom, które jakąś godzinę temu zaatakowały Prusów zmierzających z niewolnikami w stronę Lubawy.

Kamień był otoczony przez kilkanaście mniejszych kamieni, które tworzyły krąg oddalony od centralnego kamienia jakieś dwa metry. Ponad to w miejscu tym znajdowały się liczne posągi pruskich bóstw, które Mojmira widziała często podczas niewoli w Pikowej Górze. Stały tam również posągi przedstawiające wizerunki wojowników trzymających miecz oraz takich z włócznią i pawężem. Dziewczyna była pod wrażeniem tego tajemniczego miejsca. Nie docierały tu odgłosy puszczy, tak jakby w pobliżu nie czaiły się żadne zwierzęta.

- Gdzie ja jestem? W głowie jej szumiało, ręce dalej miała związane z przodu, jednak najgorszy był ból lewej nogi, którą zahaczyła o korzeń. Mimo tych trudności usłuchała głosów w swojej głowie i doczołgała się do stojącego w środku ogromnego kamienia. Po czym zemdlała.
- Czy to sen? Mojmira niby znajdowała się w tym samym miejscu, ale jakby na jawie, tak jakby obserwowała wydarzenia z przeszłości. Przy każdym z mniejszych kamieni znajdowały się kobiety w kapturach, a przy największym kamieniu dwóch zakapturzonych mężczyzn trzymających pochodnie. Obok nich znajdował się ołtarz, którego prędzej nie dostrzegła. Na ołtarzu płonął ogień, który zgromadzeni traktowali z wielką czcią.

Po chwili oczom Mojmiry ukazał się widok gospodarstw rozsianych po puszczy oraz drewniane grody. Widziała bawiące się dzieci oraz kapłanów modlących się przy starych drzewach. Widziała różne pruskie plemiona, które wyznają podobną religię i czczą tych samych bogów. Nagle ponownie usłyszała tajemnicze kobiece głosy:
- Tak było dawniej dziecię starej krwi. Rzekł jeden głos.
- Tak jest obecnie, ale już nie wszędzie dziecię starej krwi. Powiedział drugi głos.
- Kim jesteście? Co to jest dziecię starej krwi?
- Ty jesteś dzieckiem starej krwi. Naszej krwi. Odrzekł trzeci głos.
- Ja urodziłam się na ziemi Polan, jestem chrześcijanką odrzekła Mojmira.
- Jesteś jedną z nas dziecię starej krwi. Twoja matka też była jedną z nas.
- Moja matka pochodziła z Płocka była chrześcijanką. Mojmira krzyczała, wstrząśnięta i przerażona tym, co się działo dookoła niej.
- Chrześcijanie zabili twoją matkę. Dla nich tacy jak my są złem, demonami. Chrześcijanie odrzucają magię, jako złą, każde bóstwo jest dla nich złym demonem. Chrześcijanie niszczą puszczę i zabijają tych, którzy nie chcą modlić się do ich boga.
- Chrześcijanie są dobrzy. Nasz bóg jest prawdziwy. Odrzekła Mojmira.
- Dziecię starej krwi my też jesteśmy prawdziwi, puszcza daje nam moc, dlatego wyznawcy krzyża tak ją niszczą.
- Zabijają tych, którzy modlą się w Świętych Gajach. Rzekł jeden z głosów.
- Prześladują tych, którzy czczą wieczny ogień. Dodał drugi głos.
- Chrześcijanie są złem, wyznawcami boga z oddali, który sieje zniszczenie. Dodał kolejny głos.
- Chrześcijanie chcą żeby poganie przyjęli chrzest i zostali zbawieni. Dodała Mojmira.
- Dziecię, co sądzisz o mieszkańcach miast Polan? Tych, co odrzucili starych bogów i za sprawą zdrajcy o imieniu Dagome przyjęli nową religię. Dagome po chrzcie nazwali Mieszkiem. Oni to odeszli od swoich bogów i przyjęli chrzest. Dziecię, czy uważasz, że wyznawana przez nich religia jest sprawiedliwa?
- Myśli w głowie Mojmiry wirowały. Cierpienie, które widziała w tylu chrześcijańskich miastach we Francji, Włoszech i Polsce. Nawet to co widziała w Płocku kara śmierci i osoby zakute w dyby. Wszystko przelatywało jej przed oczyma. W duszy wiedziała, że w krajach chrześcijańskich religijność jest powierzchowna. Wszystko tam sprowadza się do chodzenia do kościoła, a moralnością i ewangelią niewielu się przejmuje. Niewolnictwo, tortury, kary śmierci i domy publiczne są tam czymś normalnym.
- Dziecko widzimy i słyszymy twoje myśli, widzimy twoje wspomnienia. Tyś jest dziecię starej krwi, jesteś nasza, nie ich. Czy pozwolisz im zniszczyć swój dom? Czy pozwolisz im zgładzić puszczę, a wraz z nią twoich pruskich braci?
- Ziarno niepewności zostało zasiane. Odrzekł pierwszy głos.
- Naiwność i chrześcijańskie kłamstwa zostały przełamane. Dodał drugi głos.
- Prawdę musisz odnaleźć sama. Dodał trzeci głos.
- A teraz obudź się dziecię starej krwi…

- Ciesz się, że poszedłem w głąb puszczy za twoimi śladami i cię znalazłem. Gdyby nie ja już byś pewnie była martwa, rozszarpana przez wilki. Mojmira spojrzała na nogę, którą pokrywała jakaś ziołowa papka, a następnie zerknęła na Divana.
- Dlaczego mnie szukałeś?
- Niewolnicy są cenni - odrzekł, a zwłaszcza młode dziewczyny prezentują dużą wartość. Dodał. Po czym pomógł jej wsiąść na swojego konia, który na szczęście nie ucierpiał podczas niespodziewanego ataku.
- Mojmira zrobiła smutną minę i już o nic nie pytała.
- Po chwili dosiadała grzbiet Witry, konia należącego do Divana. Ręce miała cały czas związane z przodu. Divan usiadł za nią, a następnie objął ją rękoma, aby uchwycić końskie wodze.
- Surwabuno kazał załadować ciała poległych Prusów na wozy, a ciała martwych niewolników rozkazał spalić. Następnie wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
- Divanie, dlaczego twoja niewolnica nie idzie pieszo, tak jak pozostali jeńcy?
- Pytanie zadane przez Graudego w języku pruskim, wprawiło Divana w zakłopotanie. W duszy sam się zastanawiał, dlaczego nie każe jej iść kulejącej pieszo. Nowo schwytani niewolnicy nie zasługiwali na wygody, kiedyś, kiedy jeszcze wyznawaliśmy starą wiarę składaliśmy po każdej bitwie jednego z jeńców bogom w ofierze. Divan po krótkim namyśle odpowiedział w pruskiej mowie: ta kobieta kuleje, została ranna podczas ataku, teraz ledwo chodzi. Boję się, że będzie nas spowalniała. Chciałbym ją jak najszybciej sprzedać.
- No cóż opóźnienie podróży z powodu kobiety nie byłoby miłe. Chcę jak najprędzej dotrzeć do swojego lauksu i napić się kumysu.
            - O tak kumys, odparł Divan, ja też dziś się upiję. Po wypowiedzeniu tych słów zaczął ponownie się zastanawiać nad swoim zachowaniem. Dlaczego tak dbam o tę dziewczynę? Dlaczego jej tam nie zostawiłem? Przecież i tak sprzedam ją w Lubawie na targu niewolników. A może zostawię ją dla siebie? Wtedy czekałby ją los służącej, będzie musiała pracować w moich włościach. Po wielu latach prawdopodobnie tak jak inni niewolnicy przyzwyczai się do naszego stylu życia i stanie się jedną z nas. Tak najczęściej bywało. Choć zdarzały się sytuacje, które wymagały zabicia sprawiającego ciągłe problemy niewolnika, który nie chciał zaakceptować swojego losu, często uciekał albo gardził naszymi wierzeniami. Po chwili jego rozmyślania przeniosły się na bardziej miłe wspomnienia o domu, którego nie widział od kilku tygodni. Doszedł do wniosku, że zaraz po powrocie rozkaże przygotować dla siebie ucztę, na której będzie pił kumys i jadł zwierzynę upolowaną przez służbę.  


[          Średniowieczni Prusowie pili najczęściej dwa rodzaje trunków kumys i miód. Ten pierwszy był dostępny tylko dla nobilów, rijkasów, elity oraz najbardziej zamożnych wojowników. Miód był natomiast przeznaczony dla pospólstwa i niewolników. ]


            - Ta puszcza jest straszna. Drzew, jezior i bagien jest tu o wiele więcej niż na Mazowszu i w innych krainach Polan. Dlaczego ojciec uparł się na podróż w stronę Michałowa i nocleg w wiejskiej karczmie? Dlaczego mnie to wszystko spotyka? - Rozmyślała Mojmira. Ludzie mówili nam, że puszcza Prusów jest opanowana przez złe duchy, że tylko nieliczni próbują się przez nią przedrzeć i wkroczyć na ziemie pogan. Nawet nie rozumiem ich języka! To takie irytujące! Ten Prus jest pierwszym, który zrozumiał moją mowę. Ciekawe, czy mnie zabije?
            Dziewczyna rozejrzała się dookoła, dwóch wojowników jechało za nimi konno w dość dużej odległości, na samym końcu konnej drużyny ciągnięto na linach związanych niewolników.
            - Dlaczego ja nie jestem razem z nimi, tylko jadę na koniu razem z tym Prusem? Dopiero teraz oszołomiona, zadała sobie to pytanie. Po chwili zaczęła się dalej rozglądać. Jeden z dwóch jadących za nimi, na czarnym koniu z ciemną grzywą, potężnie zbudowany wojownik uzbrojony we włócznię, na plecach miał przyczepioną tarczę - pawęż, pomyślała. Są takie same jak te, które sprzedawaliśmy. Poznała go od razu. To on schwytał ją w grodzie i obezwładnił, kiedy się broniła, a potem przyprowadził do Divana. Obok niego jechał wyższy i o wiele lepiej zbudowany, ubrany w zwierzęcą skórę wojownik z ogromnym toporem przypiętym do pasa. Dziewczyna nie potrafiła sobie przypomnieć, czy widziała kogoś jeszcze, kto by władał toporem pozostali mieli włócznie i tarcze z umbem lub bez. Niektórzy byli uzbrojeni w miecze. Najbardziej okazale wyglądał jednak wojownik jadący z przodu na białym koniu.

[ Mojmira nie wiedziała wówczas, że białe konie miały dla Prusów szczególne znaczenie i dosiadały je tylko osoby o wysokim statusie. ] Jeździec ten był trochę podobny do rycerzy, których poprzedniej wiosny widziała z ojcem podczas podróży po krainie Ślężan. Swoim uzbrojeniem wyróżniał się spośród wszystkich Prusów, których spotkała do tej pory. Największą zagadką było dla niej uzbrojenie wojownika.

            Tym jeźdźcem był oczywiście Surwabuno. Jako jedyny nosił on dużą tarczę o migdałowym kształcie, która w pozycji stojącej jest w stanie osłonić jego ciało od szyi do stóp. Obecnie tarcza założona na plecy była pokryta krwią. - Czy jest to krew obrońców Pikowej Góry, a może to krew tych dziwnych zwierząt, które nas zaatakowały? Zastanawiała się.

[ Tarcze tego typu pochodziły z Normandii, wyrabiano je z drewna i obciągano utwardzaną skórą. Były one przeznaczone do walki na grzbiecie konia, choć wykorzystywała je też piechota. ]

Mojmira zauważyła, że umb na tarczy rijkasa jest pokryty tajemniczymi znakami. Duże wrażenie zrobił na niej jego ogromny miecz. Dziewczyna nie wiedziała, że miecz i tarcze Surwabuno kupił od wikingów na "Froum lubovie" (targu w Lubawie). Surwabuno był odziany w kolczugę z kapturem, która chroniła jego ciało przed uderzeniami mieczem i ataki sztyletem, jakich mogli ewentualnie próbować dokonać, skrytobójcy wysyłani przez jego wrogów pragnących pozostać przy starej religii. Dodatkowo jego głowę osłaniał stożkowaty szyszak.
            - Kim jest ten wojownik jadący przed nami? Zapytała bez zastanowienia Divana?
            - To Surwabuno, nasz przywódca, pan grodu Lubawa, pod jego rozkazami służy wielu sławnych Prusów, nawet tacy, którzy kiedyś byli jego wrogami.
            - Więc to jest przywódca - pomyślała.
            - Nasz pan przyjął chrzest z rąk biskupa Chrystiana i udał się kilka lat temu do papieża do Rzymu. Byłem tam razem z nim - dodał z dumą Divan.
            - Ostatnie słowa wywarły na dziewczynie ogromne wrażenie. Przecież to kraj barbarzyńców składających ofiary z ludzi! Nie wiedzą, czym jest piwo i modlą się do drzew, zabili wielu misjonarzy próbujących ich nawrócić. barbarzyńcami nazywają ich w Płocku i na całym Mazowszu, nawet w Krakowie, mówią o nich barbarzyńcy z północy.  Papież, Rzym mierzenie czasu w latach? Przecież ojciec opowiadał mi, że Prusowie liczą czas od jednych plonów do drugich. Skąd oni wiedzą, kim jest biskup i papież? Nagle uświadomiła sobie, że wypowiadała głośno te słowa i zrobiła się blada - zabiją mnie, za to, co powiedziałam, pomyślała.
            - Divan, który cały czas obejmował ją rękoma trzymając lejce swojego gniadego konia milczał. Czy to już mój koniec? Ci dwaj jeźdźcy jadący za nami na pewno słyszeli moje słowa. Boże ja tu zginę! Negatywne myśli w jej głowie były tak intensywne, a jej skóra blada, związane z przodu ręce trzęsły się ze strachu. Nagle usłyszała głos Prusa, który do tej pory jechał za nimi. Był to ten duży wojownik, z toporem. Podjechał na swoim czarnym koniu, którego głowa zrównała się z grzywą karego konia, dosiadanego przez nią i tajemniczego Prusa, Divana.
            - Graude, czego chcesz?
            - Divan, co mówiła ta kobieta? Nie słyszałem zbyt dokładnie jej słów.

            Jej słowa, choć wypowiedziane na głos, nie były wyraźnie słyszane przez osoby jadące za nimi, odstęp między koniem dosiadanym przez Mojmirę i Divana, a jeźdźcami jadącymi z tyłu był dość znaczny. Co innego Surwabuno, który jechał dosłownie kilka łokci przed nimi. On musiał słyszeć wszystko, jednak mimo tego milczał.
             Divan jako przyjaciel rijkasa z Lubawy zawsze jechał zaraz za nim albo obok niego. Poza tym gęste puszcze i wąskie ścieżki uniemożliwiały, więcej niż dwóm jeźdźcom, jazdę obok siebie. Pozostali członkowie drużyny Surwabuno jechali najczęściej parami jeden za drugim. Za nimi na wąskiej ścieżce wiodącej przez gęstą puszczę, pieszo szli schwytani po bitwie pod Pikową Górą niewolnicy i zwyczajni wojownicy, ubrani w skóry zwierząt i uzbrojeni we włócznie, niektórzy mieli miecze, nieliczni miecz i drewnianą tarczę.
            - Ona się odwróciła - mówił Divan - spojrzała na ciebie i powiedziała w języku Polan, że ten duży wojownik z toporem musi być naszym przywódcą. Jest największy, ma największego konia i wygląda na najsilniejszego. Mówiąc to Divan nie ukrywał śmiechu, śmiał się bardzo głośno.
            - Graude również zaczął się śmiać, zerkając kontem oka na jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu. On jednak się nie śmiał, nawet nie odwrócił głowy - choć było wiadomo, że wszystko słyszał.
            - Graude, jak ona mogła pomylić cię z naszym władcą? Dodał śmiejąc się Divan, pozostali, z wyjątkiem Surwabuno też się śmiali.
            - Po chwili Divan, delikatnie ścisnął piętami boki Witry, który podjechał do jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu.
            - Następnie pierwszy przemówił: słyszałeś to co ona mówiła? Ukarzesz ją?

               Mojmira cały czas była przerażona. Dlaczego oni się śmiali? Nagle spostrzegła, że zbliżają się do jeźdźca, o którego prędzej pytała. Divan przemówił, a ona zamarła. Mówi w języku, który rozumiem - pomyślała - O co chodzi z karaniem mnie? Boże złożą mnie bogom w ofierze! Nagle, po raz kolejny uświadomiła sobie, że swoje myśli wypowiedziała głośno.

            Surwabuno po raz pierwszy odwrócił głowę, spojrzał w jej zielone oczy, patrzył długo zanim przemówił.
            - Dużo mówisz, odważna jesteś.
            - Dziewczyna znowu zbladła.
            - Minęło wiele wiosen odkąd ostatni raz kazałem złożyć ofiarę z człowieka. Wiesz?
- Ci, z którymi walczyliśmy przy Pikowej Górze wierzą, że bogowie cieszą się ze składanych im ofiar. A ty jak uważasz?
- Po ataku na Płock i okoliczne wsie widziałam jak żywcem spalili człowieka. Zapewne to była ofiara dla bogów.
- Masz rację. Odrzekł Surwabuno. Oni dalej wierzą, że takie ofiary mają sens. Ofiary z ludzi, zwierząt i pokarmów. Kościół to wszystko nazywa pogaństwem, za którym stoi szatan.
- Twoja mowa faktycznie jest podobna do tej z kraju Mieszka. Nagle Surwabuno zmienił temat, co wyraźnie zaskoczyło Mojmirę.
- W ciągu tego samego dnia ponownie słyszę o Mieszku najpierw te dziwne głosy, a teraz on. Pomyślała.
- Mieszko nawrócił Słowian na chrześcijaństwo. Jako poganin miał na imię Dagome.
- Surwabuno i Divan byli wyraźnie zaskoczeni wiedzą schwytanej niewolnicy. Która mówiła dalej:
            - Ojciec opowiadał mi kiedyś, że Mieszko przyjął chrzest i nawrócił Słowian na wiarę w jednego Boga. Mówił, że teraz jest lepiej, że starzy bogowie wymagali krwawych ofiar. Ojciec często wspominał, że Mieszko był wielkim władcą i dzięki niemu zaczęli pojawiać się liczni kupcy, przybywający z kraju Czecha. Nasi kupcy też mogli tam podróżować i sprzedawać swoje towary. Poza tym dzięki nowej religii pojawili się liczni duchowni potrafiący czytać i pisać.
            - Divan słysząc wzmiankę o pisaniu i czytaniu, wyprostował się dumnie w siodle.
            - Divan też to umie. Potrafi czytać i pisać tak jak duchowni, zna też wiele języków Polan.
            - Słysząc te słowa Mojmira spojrzała na Divana tak jak jeszcze nigdy przedtem.
            - Czy w jej oczach to był podziw? Pomyślał Divan. Co ta kobieta sobie myśli! Przecież ona jest niewolnicą!
            - Surwabuno kontynuował swój wywód: jedne z twoich słów brzmią tak jak w kraju Ślężan, a inne są podobne do tych z Gniezna albo Płocka. Podczas podróży do Rzymu i w drodze powrotnej odwiedziłem wiele waszych miast, Kraków, Płock, Gniezno. Słyszałem waszą mowę, Polanie na południu mówią inaczej niż ci z północy. A Ty mówisz tak jak kupcy, którzy przez całe życie podróżują po różnych krainach i sprzedają swoje towary. U nas w Lubawie do niedawna ludzie nie wiedzieli, czym są miasta, z osób tu obecnych tylko ja i Divan je widzieliśmy. Lubawa będzie pierwszym miastem w Prusach. Od kiedy przyjęliśmy chrzest do mojego grodu przybyło wielu kupców oraz osadników z kraju Polan. Chciałbym żeby Lubawa stała się tak duża jak Gniezno. 
            - Chrzest? - Zapytała.
            - Tak kilka lat temu przybył do nas biskup Chrystian i przyniósł nam nową wiarę. Kiedy zobaczył naszą siłę stwierdził, że powinniśmy zostać ochrzczeni przez władcę chrześcijan zwanego papieżem. W 1216 roku biskup Chrystian udał się z nami do Rzymu, gdzie papież Innocenty III nadał mi imię Paweł, a Warpodzie, mojemu przyjacielowi, potężnemu rijkasowi, który również przyjął chrzest nadał imię Filip. Papież ochrzcił mnie i członków mojej drużyny. Po powrocie biskup Chrystian ochrzcił też innych rijkasów i wielu zwykłych Prusów. Kiedyś na Ziemi Sasinów było nas wielu, obecnie ja władam prawie całym terytorium.
            - Nagle Mojmira zapytała. Skoro przyjąłeś chrzest, czy to oznacza, że nie złożysz mnie w ofierze?
            - Surwabuno zaśmiał się głośno. I dodał po chwili: ja nie złożę cię w ofierze, ale jesteś niewolnicą Divana, a on nie jest tak dobry jak ja.
            Surwabuno i Divan zaśmiali się głośno.
            - Mojmira, znowu zbladła ze strachu. Co się ze mną stanie? - Pomyślała, tym razem już bez wypowiadania słów.
            - Przez dalsza drogę dziewczyna postanowiła, że już nie będzie nic mówiła.
            - Krótko po rozmowie do jej uszu zaczęły dolatywać dźwięki śpiewu. Słowa wydobywające się z ust Prusów były dla niej niezrozumiałe, jednak śpiewali wszyscy, łącznie z Divanem i Surwabuno.
            Dziewczyna wiedziała, że z czasem zrozumie pruską mowę. Zawsze tak było, w krainie Czechów, na Rusi, u Ślężan, gdziekolwiek nie pojechała z ojcem handlować towarami, zawsze po kilku tygodniach zaczynała rozumieć obcą mowę. Ojciec powiedział jej kiedyś, że to rzadki dar, którym Bóg obdarza tylko nielicznych. Najczęściej obdarzonymi są kupcy, którzy muszą podróżować, nie tylko między wsiami i miastami, ale też między całymi krainami, księstwami, a czasem nawet królestwami.
            - SENDÎNGTWEI (...) KWAITÎSNA, EBWARÎTUN, GIRSNA. Pojedyncze słowa pieśni wpadały do jej uszu. Ciekawe, co oznaczają?
            Długo tak jechali i śpiewali, w końcu Prusowie w wielu krainach, nawet u Wikingów, byli znani ze swojego zamiłowania do śpiewu. Wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzili jakieś z pruskich plemion, Sasinów, Galindów, Pomezan, Pogezan, Warmów, Natangów, Sambów, plemiona zamieszkujące Barcję albo Nadrowię, wiedzieli, że łączą ich wszystkich wspólne cechy: waleczność i gościnność. Wiedzieli również, że wszystkie pruskie plemiona są niezwykle rozśpiewane i roztańczone. Prusowie kochali śpiew, śpiewali przy każdej okazji, pracując, idąc na wojnę, śpiewali w domu, w polu, w lesie, w okresie wielkiej radości i w czasie wielkiego smutku. Można rzec, że śpiew był nieodłącznym towarzyszem życia każdego Prusa.
            - Mojmira dała się zaczarować słowom płynącym z pruskich gardeł. Poczuła jak ogarnia ją spokój, strach odszedł gdzieś, jej serce przestało bić jak szalone, uspokoiła się. Jechała z zamkniętymi oczyma, słuchając pruskich pieśni.

            Minęło już wiele godzin odkąd opuścili Pikową Górę. Podróż przez wąskie ścieżki ukryte w gąszczu puszczy nie należała do łatwych. Podróżnicy, którzy zapuszczali się bez przewodników do Prus często tonęli w bagnach bądź padali ofiarą dzikiej zwierzyny. Ci, którzy mieli wrogie zamiary byli prześladowani i czasem zabijani przez Medinisa, pruskiego leśnego ducha.  Medinis potrafił sprawić, że podróżnik gubił się lub ginął wśród prastarej kniei, wypełnionej sosnami, modrzewiami, świerkami, cisami, dębami, lipami, bukami i brzozami.

             Gród zwany Pikową Górą upadł w nocy, a o świcie wszyscy wyruszyli w stronę Lubawy oddalonej o jakieś 15 km w kierunku północno-wschodnim. Gdyby nie atak dzikich bestii oraz naturalne przeszkody w postaci puszczy, bagien oraz licznych jezior podróż trwałby o wiele krócej. Jednak trzeba było poruszać się krętymi ścieżkami, niektóre były wąskie. Puszcza wydawała się być gęsta i przepełniona niebezpieczeństwami czychajacymi na podróżników nie znających tutejszych szlaków. Wiele dróżek prowadziło do nikąd, niektóre mogły doprowadzić wprost do bagna, ruchomych piasków albo legowiska wilków.

            [ Teren, którym podróżują bohaterowie powieści w czasach nam współczesnych należy do południowo-zachodniej części województwa warmińsko-mazurskiego. Wyobraź sobie czytelniku, że przenosisz się w czasie do pierwszej połowy wieku XIII, do czasów Surwabuno, Divana i Mojmiry. Na próżno mógłbyś się rozglądać za asfaltowymi ulicami, droga krajowa nr 15 prowadząca do Lubawy nie istnieje, na jej miejscu znajduje się bujna roślinność, bagna, drzewa i jeziora, których kiedyś było o wiele więcej niż dziś. Ścieżki i skróty, które znasz powstaną za kilkaset lat. Tam, gdzie dziś są pola kiedyś znajdowały się drogi, w miejscu, w którym dziś rośnie las kiedyś mogło stać potężne grodzisko, a w jego pobliżu pruskie chaty i pola uprawne. Dlatego warto rozglądać się chodząc po polu albo po lesie. Jeśli dostrzeżesz kamień z tajemniczymi wgłębieniami albo znakami, gdzieś w środku lasu, odkopiesz taki kamień na polu, to wiedz czytelniku, że może to być stary pogański kamień ofiarny (z wgłębieniem) albo kamień graniczny (tajemnicze znaki) oddzielający jeden pruski lauks (pole, "wieś") od drugiego. Mniej też świadomość, że akcja powieści rozgrywa się w czasach, w których Nowe Miasto Lubawskie, Kurzętnik i Lidzbark Welski nie istnieją, zostaną zbudowane dopiero w kolejnym wieku. W ich miejscu może mieszkali wówczas jacyś Prusowie, a może znajdowały się same bagna. Któż to wie?
            Gęsta prastara dziewicza puszcza pokrywała nie tylko Ziemię Sasinów, na której rozgrywa się akcja powieści, ale całe Prusai (Prusy) aż po rzekę Pregołę i Niemen (obwód kaliningradzki). Było to królestwo roślin, zwierząt, obszar, na którym królowała natura i współżyjący z nią na dobre i złe Prusowie. Prastara dziewicza puszcza, warstwa torfowisk, moczarów, bagnisk i mokradeł. Kraina połyskująca lustrem niezliczonych rozlewisk i jezior, które znamy dzisiaj pod takimi nazwami jak: Jezioro Skarlińskie, Jezioro Partęczyny Wielkie, Jezioro Grądy, Jezioro Tarczyńskie, Jezioro Rubkowo, Jezioro Zwiniarz i wiele innych.
            Czytelniku powinieneś jeszcze mieć świadomość tego, czego współcześni mieszkańcy Ziemi Lubawskiej (zachodnia część dawnej Ziemi Sasinów) nie uważają za wyjątkowe, ponieważ jest to ich codziennością i się do tego widoku przyzwyczaili. Otóż jadąc z Brodnicy, dawnej Ziemi Michałowskiej, drogą krajową nr 15 do Nowego Miasta Lubawskiego i Lubawy po chwili dostrzeżesz liczne wzniesienia, pagórki małe i całkiem wysokie góry. Tak czytelniku, twoje domysły są słuszne, nie dość, że opisywaną krainę pokrywała bujna roślinność i gęsta puszcza to jeszcze był (i dalej jest) to obszar górzysty, z licznymi dolinami. Tysiące polodowcowych wzniesień, charakterystycznych dla obszarów górskich, mnogość rzecznych dolin, musisz to wszystko uwzględnić czytając o przygodach Divana i Mojmiry.
            Niezwykle gęsta puszcza była dla Prusów naturalnym "murem" obronnym, była to naturalna zapora, która od południa i zachodu oddzielała Ziemię Sasinów od chrześcijan żyjących na Ziemi Chełmińskiej i Ziemi Dobrzyńskiej, w której od XI wieku głównym centrum był gród (potem osada i miasto) Dobrzyń. Puszcze i bagna ochraniały też przed niebezpieczeństwem płynącym z Mazowsza, na którym już od X wieku głównym ośrodkiem miejskim był Płock. Z tych trzech regionów od setek lat przybywali Polanie, dawniej Słowianie, którzy w 966 roku dzięki Mieszkowi, zwanemu też Dagome, przyjęli chrzest. Od tamtej pory chcieli oni zaszczepić swoją nową wiarę u Prusów. Ziemię Sasinów najeżdżali synowie i następcy Mieszka. Bolesław nazwany Chrobrym dotarł nawet do rzeki Osy, która stanowiła granicę, za którą żyły pruskie (sasińskie) plemiona. Bardzo dotkliwe były najazdy Bolesława po śmierci nazwanego Krzywoustym, który władał Polanami w latach 1102-1138. Prusowie nie pozostawali dłużni i organizowali liczne ataki odwetowe na ziemie chrześcijan. Obie strony plądrowały domostwa nieprzyjaciela, gromadziły liczne skarby i brały w niewolę mężczyzn, kobiety oraz dzieci. Nie można jednych nazwać dobrymi, a drugich złymi. Obie strony chciały zdobyć liczne łupy, obie strony zabijały i brały w niewolę. ]

            - Śpiew nagle ustał, co natychmiast zwróciło uwagę Mojmiry. Nagle zauważyła, że puszcza się kończy. Po chwili stali już na otwartym polu. Spod Pikowej Góry wyruszyli o świcie, po kilku godzinach jazdy był środek dnia, a słońce na bezchmurnym letnim niebie oświetlało dolinę.
            - Co tu się dzieje? Pomyślała Mojmira. Jej oczom nagle ukazał się niespodziewany widok. Ogromny obszar, na którym wycięto drzewa. Ze wzgórza, na którym stali dziewczyna wszystko widziała doskonale. Jedna mała rzeczka płynęła sobie spokojnie od zachodu. Od wschodu natomiast dostrzegła dwie kolejne rzeki. Widok zapierał dech w piersiach. Oni budują miasto! Ta myśl, jako pierwsza przyszła jej do głowy. Wszędzie kręciło się wiele osób, stały rusztowania, można było dostrzec licznych budowlańców. Ze wzgórza dostrzegła gród, większy od tego, w którym była więziona. Na wschód od niego, w widłach dwóch rzek [Sandeli i Jesionki] wznoszono duży, drewniany zamek. Jednak największe wrażenie robił ogromny plac budowy znajdujący się pomiędzy grodem i budowanym zamkiem.  Od razu domyśliła się, że jest tam budowane coś większego niż gród, czy zamek. Tam wznoszono miasto!
            Na niektórych z wydzielonych pod zabudowę działek ludzie wznosili drewniane budynki. Na innych działkach stały już w pełni ukończone, drewniane, kryte strzechą lub dachówką, karczmy, warsztaty rzemieślnicze, kramy kupieckie, domy mieszkalne. W centrum miasta kończono zakładanie dachówek na dachu drewnianego kościoła. Więcej szczęścia miał budynek ratusza i szkoły parafialnej, przy kościele, których budowa się już zakończyła. Naokoło miasta jacyś ludzie wznosili drewniane umocnienia, jeszcze inni kopali wzdłuż tych umocnień głęboki rów - to będzie fosa, pomyślała. Przy budowanym kościele znajdował targ, a na nim kramy kupieckie, wielu kupców i rzemieślników sprzedawało tam swoje wyroby.
            - Mojmira ze wzgórza dostrzegła też liczne wozy kupieckie. Targ, gród, miasto i zamek w jednym miejscu. Nie spodziewała się, że w kraju Prusów, nazywanych barbarzyńcami zaskoczy ją taki widok!
            Jeździec siedzący za jej plecami popędził konia naprzód, tak, aby inni nie usłyszeli jego słów. Następnie zapytał:
            - Dalej masz nas za barbarzyńców?
            - Nie, już tak nie uważam.
            - Kiedyś faktycznie mogliście nas tak postrzegać. Jednak teraz jesteśmy inni. Siedem lat temu znajdował się w tym miejscu tylko gród, który stąd widać. Poza tym wszędzie były drzewa i kilka gospodarstw, które my Prusowie nazywamy kaym. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym pojawił się tu biskup Chrystian, wówczas jeszcze nie był biskupem, lecz zwykłym misjonarzem. Przybył do grodu Surwabuny - wskazał ręką na gród stojący w oddali - w bogato wyglądającym stroju, z licznymi sługami oraz uzbrojonymi wojownikami. Przybyli jak jacyś bogowie. Misjonarz Chrystian zrobił wrażenie na naszym władcy, który postanowił ugościć tajemniczego przybysza.
            - Chrystian znał naszą mowę, twierdził, że jesteśmy słabi. "Jest was za mało, żyjecie w trudnych warunkach, na brzegach morza, na północy jest wiele bogactw oraz bursztyn, którego wszyscy pragną. Na wasze nieszczęście tędy wiodą na północ stare rzymskie szlaki bursztynowe. Wasze ziemie leżą zbyt blisko Mazowsza i Ziemi Chełmińskiej. Puszcze nie będą was wiecznie chroniły. Lecz jeśli teraz przyjmiecie naszą wiarę i dacie się ochrzcić to Polanie przestaną was nękać i przybędą, tu jeśli znajdziecie się w niebezpieczeństwie". Minęło wiele dni, odbyto dziesiątki rozmów. Surwabuno długo się zastanawiał, czy odstąpić od starych bogów. Wajdelota z lipowego Świętego Gaju, który jest niedaleko był oburzony i namawiał do wypędzenia przybyszów.
            - Divan dalej kontynuował swoją opowieść: Surwabuno chciał chyba posłuchać rad naszego wajdeloty, kiedy nagle biskup Chrystian powiedział: "Możesz zostać dla Sasinów tym, kim Mieszko był dla Polan".
            - I jak Surwabuno na to zareagował? Dopytała zaciekawiona Mojmira.
            - Najpierw zapytał, kim był Mieszko. Na co Chrystian odpowiedział mu, że był to władca plemienia Polan, który pod znakiem krzyża zjednoczył pozostałe plemiona, stawił opór wielu wrogom, zbudował liczne miasta, sprawił, że Polanie stali się silni. Krzyż pokonał dawne słowiańskie bóstwa, a plemiona się zjednoczyły akceptując Mieszka, jako jedynego przywódcę. Pamiętam, że Surwabuno słuchał opowieści z ciekawością. Później Chrystian dodał: "ty też możesz być taki jak Mieszko, zjednocz Sasinów wprowadzając naszą religię. Z Chrystusem dasz radę. Zostań władcą wszystkich grodów, od rzeki Osy, aż po wschodnie granice Sasini. Może nawet Twoja władza na wschodzie sięgnie aż po Galindię. Kto wie? Z krzyżem osiągniesz wiele. Będziesz jak książęta i królowie, na pewno słyszałeś o królach".
            - Mojmira, zafascynowana zapytała. I Surwabuno się zgodził, prawda? Pragnie opanować jak najwięcej grodów i nakłonić wszystkich do nowej wiary?
            - Jest tak jak mówisz Mojmiro. A ja go w tym wspieram i utwierdzam. Zobacz ile dobra przyszło razem z Chrystianem. Nie prowadzimy już krwawych bitw z chrześcijanami, oni nie atakują nas, a my nie atakujemy ich. Tylko nieliczni trwają przy dawnych wierzeniach i czasem prowokują Polan. Ale już niedługo ich wszystkich przekonamy, że lepiej jest żyć w zgodzie ze Słowianami i odejść od starych bogów.
            Nagle oboje spostrzegli, że Surwabuno i reszta ruszyli w stronę Lubawy.
            - Ruszajmy, powiedział Divan.
            - Co teraz ze mną zrobisz? Dopytywała Mojmira.
            - Divan nic nie odpowiedział.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz