sobota, 8 października 2011

Klasztor w Łąkach Bratiańskich dawniej zwany Częstochową Północy (część 2)

CUDA
Franciszkanie odnotowali wiele cudów dokonanych za przyczyną figury Matki Boskiej Łąkowskiej. Pierwszymi uzdrowionymi byli żebracy z legendy, o których niestety nic nie wiemy. Udokumentowane cuda pochodzą dopiero z pierwszej połowy XVII wieku. W zapiskach klasztornych zanotowano, że w 1631 roku cudowna figura uzdrowiła Pawła Działyńskiego, który został dotknięty „hirargą podagrą”. Według opisów przewieziono go z jego zamku w Bratianie do Łąk, gdzie ofiarował się Matce Bożej. Podobno wrócił do domu o własnych siłach. Do kolejnego cudu, który postanowiłem przytoczyć doszło w 1644 roku. W kronice bracia zakonni zanotowali pod tą datą uzdrowienie Doroty Wołowskiej, która zachorowała na jakąś ciężką chorobę. Jej syn i zarazem kanonik kapituły chełmżyńskiej przyjechał do Łąk Bratiańskich, by prosić gwardiana o ofiarowanie matki Madonnie Łąkowskiej.

Uzdrowiona kobieta przyjechała później na to miejsce zostawiając w podzięce srebrną tabliczkę. Poza dwoma wymienionymi zakonnicy spisali jeszcze kilkadziesiąt innych cudów. Opisów wydarzeń o nadprzyrodzonym charakterze, tak jak w Boleszynie dokonywano pod przysięgą w obecności duchownych, uzdrowionych i innych świadków. Więcej informacji o cudownych uzdrowieniach wymagający czytelnik znajdzie m.in. w książce dr Andrzeja Koreckiego pt.: "Sanktuarium Maryjne w Łąkach Bratiańskich". A to czy wierzyć w te informacje każdy powinien rozstrzygnąć sam w swoim sumieniu.


Liczne uzdrowienia dokonane za pośrednictwem Matki Boskiej Łąkowskiej skłoniły franciszkanów do starania się w Stolicy Apostolskiej o koronację figury. Przesłano do Watykanu spis wszystkich wydarzeń o nadprzyrodzonym charakterze. Ojciec Święty Benedykt XIV po zapoznaniu się z nim 7 grudnia 1750 roku udzielił zgody na koronację. Same korony wykonano dzięki ofiarności licznych wiernych, którzy nie żałowali obrączek, kolczyków, pereł oraz dukatów. Wykonawcą był złotnik z Torunia Jan Kochy. Po długich przygotowaniach w piątek 2 czerwca 1752 roku rozpoczęto dwudniowe uroczystości związane z koronacją cudownej figury, do której doszło w niedzielę 4 czerwca, w kaplicy cmentarnej w Łąkach. Na uroczystości przybył biskup Wojciech Stanisław Leski oraz sufragan chełmiński biskup Fabian Pląskowski. W celu godnego przywitania duchownych tak wysokiej rangi do Łąk ściągnięto wojsko, które zaraz po przybyciu dostojników wystrzeliło salwy honorowe. Poza przedstawicielami kleru i dziesiątkami tysięcy pielgrzymów na uroczystości przybyli panowie oraz szlachta z Elbląga.



O dużym znaczeniu klasztoru w Łąkach może świadczyć fakt, że już przed koronacją w XVI i XVII wieku istniał tu silny ruch pielgrzymkowy, który w 1752 roku uległ znacznemu wzmocnieniu dorównując klasztorowi w Częstochowie. Jego sława była tak wielka, że zaczęto go nazywać „Częstochową Północy” oraz „Zachodnio – Pruską Częstochową”. Pielgrzymi przybywali zarówno z pobliskich miejscowości jak i z dalszych okolic, takich jak m.in.: Kamień, Toruń, Mława, Rypin i Olsztynek. Piesi z odległych miejscowości przybywali w sposób zorganizowany – tzw. kompaniami. Pielgrzymki przybywały z trzech kierunków: Kaszuby – lewa strona Wisły, Prusy Książęce – Warmia oraz Polska Kongresowa (zabór rosyjski). Dysponujemy zapiskami z 1867 roku, a których wynika, że do klasztoru przywędrowało kilkanaście kompanii: z Lipinek pod Biskupcem, Bartyńska, Lipostyńska, Wartemburska (Wartemburg – dziś Barczewo), Olsztyńska (Polacy i Niemcy), Komorska, Gniewska, Biskupicka, Łasińska oraz trzy kompanie w strojach kurpiowskich z Polski Kongresowej.


Według akt parafialnych w Gniewie w 1801 roku powstało Bractwo Matki Boskiej Łąkowskiej, którego celem było ułatwienie wiernym odbycia corocznej pielgrzymki do klasztoru w Łąkach Bratiańskich. Dzięki działaniu bractwa kompania gniewska była jedną z najliczniejszych. Według różnych źródeł można przypuszczać, że w tygodniu odpustowym przewijało się na tych terenach od 20 do 30 tysięcy pielgrzymów. Tak wielkie zbiorowisko wiernych miało silny wpływ na ożywienie ducha religijnego na Ziemi Lubawskiej oraz przyczyniło się do zminimalizowania wpływów protestanckich. Należy przypomnieć, że dla ewangelików (protestantów) kult maryjny oraz kult świętych był (i jest do dnia dzisiejszego) bałwochwalstwem. O sile kultu świadczy fakt opisany we wrześniu 2009 roku, na łamach Gazety Nowomiejskiej. We wsi Słup (powiat działdowski) w jednym z domów odnaleziono wówczas drewnianą rzeźbę stworzoną na wzór Matki Boskiej Łąkowskiej z dzieciątkiem na ręku. Mieszkanka wsi znalazła ją w swoim domu i udała się do księdza Piotra Nowaka, proboszcza z Boleszyna, który od razu rozpoznał, wizerunek Pani z Łąk. Historia tej rzeźby jest bardzo ciekawa. Okazało się, że ma ona 200 lat, a w okresie drugiej wojny światowej stała w wiejskiej kapliczce. Jak wiemy Niemcy niszczyli wszystkie kapliczki na terenie Polski, łącznie z tą. Okazało się, że rzeźba dotrwała do naszych czasów dzięki bohaterskiej postawie jednego z mieszkańców wsi, który odkopał kapliczkę z gruzów i ukrył w swoim domu, narażając się tym samym władzom okupacyjnym. Coroczne pielgrzymki do cudownej figury Matki Boskiej Łąkowskiej rozpoczynały się w każdą niedzielę w oktawie (od łac. octavus – ósmy, to przedział czasu obejmujący ważne święto oraz siedem kolejnych dni) Bożego Ciała i trwały osiem dni.



Ciała, które spoczywają pod ruinami do dnia dzisiejszego...

Klasztor franciszkanów w Łąkach, w dokumencie fundacyjnym nazwano klasztorem pw Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Wiemy, że znajdowały się w nim dwie kaplice. Pierwsza św. Kazimierza została ufundowana przez biskupa Kazimierza Jana Opalińskiego. Druga powstała z inicjatywy rodu Działyńskich, starostów Bratiańskach. Nazwano ją kaplicą św. Piotra, a w jej wnętrzu umieszczono relikwię (ołtarz?) św. Krzyża. Poza tym w klasztorze zbudowano kryptę, w której w 1693 roku spoczął wspomniany biskup Opaliński. Poza nim w ruinach klasztoru, w kryptach przysypanych ziemią do dnia dzisiejszego spoczywają pochowani niegdyś w tym wyjątkowym miejscu trzej członkowie rodu Działyńskich: Tomasz starosta Bratiański z lat 1688 – 1714, Adam, starosta od 1644 do 1660 roku oraz wojewoda chełmiński Michał Działyński. Ostatnią i zarazem najwybitniejszą postacią do dnia dzisiejszego spoczywającą w Łąkach Bratiańskich jest Jan Ansgary Czapski (1699 – 1742) podskarbi wielki koronny, który był głównym doradcą w sprawach Prus Królewskich króla Augusta III Sasa (1733 – 1763).

W 1856 roku w Łąkach Bratiańskich powstało Studium Teologiczne dla kończących nowicjat zakonników w Wejherowie. Na nowej uczelni wykładano: prawo kanoniczne, Pismo Święte oraz historię Kościoła. Klasztor w 1856 roku liczył zaledwie ośmiu zakonników. Później ich ilość zaczęła stopniowo wzrastać, w 1857 roku do jedenastu braci franciszkanów, a w 1858 roku do dwunastu zakonników. Istnienie uczelni w Łąkach jest mało znanym oraz niezwykle ważnym okresem. Dzięki niej wykształcono, na przekór władzom zaborczym w duchu patriotycznym wielu nowych ojców – franciszkanów (reformatów), którzy uczyli się w języku polskim i przyczynili do przetrwania naszej ojczystej mowy w okresie brutalnej germanizacji, jaka nastąpiła po zjednoczeniu Niemiec w 1870 roku. Uczelnia funkcjonowała aż do zamknięcia klasztoru przez władze pruskie w 1875 roku. W Łąkach Bratiańskich wyedukowano i wyświęcono ok. czterdziestu braci zakonnych.


Jednym z uczniów seminarium w Łąkach był, urodzony 27 maja 1842 roku w Bałówkach Dużych Wawrzyniec Lewalski. Zanim przybył do klasztoru kształcił się w słynnym na Ziemi Lubawskiej progimnazjum w Kurzętniku, a później w gimnazjum w Chełmnie. Wawrzyniec po zdaniu matury pracował na poczcie w Nowym Mieście Lubawskim, gdzie często słyszał wiele opowieści o klasztorze w okolicznych Łąkach Bratiańskich. Zauroczony historią i dokonaniami tamtejszych zakonników postanowił wstąpić do zakonu franciszkanów (reformatów). W latach 1868 – 1872 był klerykiem w Łąkach, gdzie 1 grudnia 1872 roku został wyświęcony na kapłana. Po likwidacji zakonu uciekł do Jastarni, gdzie wygłaszał patriotyczne kazania i zachęcając Polaków do obrony swojej narodowości.


W 1810 roku walczące z Kościołem katolickim ewangelickie władze zaborcze, na mocy ustawy zniosły katolickie klasztory na terenie całej monarchii pruskiej. Klasztor w Łąkach ocalał dzięki interwencji wielu wpływowych osób. W maju 1875 roku ukazała się kolejna ustawa znosząca zakony w zaborze pruskim. Oszczędzono tylko konwenty, które zajmowały się opieką i pielęgnowaniem chorych. Na podstawie tej ustawy 27 września zamknięto klasztor liczący wówczas 22 braci zakonnych oraz kościół. Wszystkie dobra klasztorne wraz z cudowną figurą Matki Boskiej Łąkowskiej przeszły na własność państwa i zostały przekazane Ministerstwu d/s duchownych, pedagogicznych i medycznych. Poza tym na własność ministerstwa przeszły zabudowania tercjarskie, dom mieszkalny duchownych, obora, stajnia, chlewy, rzeźnia, oberża, stodoła, browar i malcowania. Całości pilnował żandarm. Zachowanie władz wstrząsnęło okoliczną ludnością, mocno związaną z Kościołem katolickim. Liczne protesty i pismo proszące o ponowne otwarcie klasztoru na nic się nie zdały. Represje wobec Kościoła podobnie jak w okresie Polskiej Republiki Ludowej umacniały wiarę Polaków i pobudzały ducha patriotycznego.



Przypadkowy pożar, czy podpalenie?

Do wielkiego nieszczęścia doszło w nocy z 5 na 6 maja 1882 roku. Spłonął wówczas klasztor oraz kościół rozwiązując tym samym problem władz zaborczych. Relacje z pożaru klasztoru, w którym znajdował się cudowny obraz Matki Boskiej Łąkowskiej znamy doskonale dzięki ówczesnej prasie, a dokładnie czasopismu Pielgrzym, który na swoich stronach w następujący sposób opisuje ówczesną tragedię: „Podczas wielkiej burzy, która wybuchła o północy z dnia 5-go na 6-go b. m. (z piątku na sobotę), o 1. godzinie w nocy piorun uderzył w małą wieżę w tyle za głównym ołtarzem i ją zapalił. Gdyby rychła pomoc była na miejscu, byłoby się zapewne udało ogień na ognisko swoje ograniczyć i dalszemu rozszerzeniu się zapowiedz. Ale ponieważ, jak wiadomo, klasztor Łąkowski w skutek kulturkampfu [walki Niemców z polską kulturą] jest zamknięty, przeto ogień bez żadnej przeszkody rozszerzył się na cały dach i zniszczył całe wiązanie dachowe razem z obiema wieżami. Inni twierdzą, że piorun uderzył w główną wieżę. Bądź co bądź, główna część się spaliła, tylko wnętrze kościoła ocalało, chociaż zostało przy ratowaniu trochę uszkodzone. Obrazy, książki i inne cenne przybory kościelne wyniesiono zaraz na początku. To wszystko, prócz cudownego obrazu, który przeniesiono do kościoła nowomiejskiego, wniesiono znowu w sobotę, sadząc, że już nie ma niebezpieczeństwa. Atoli w nocy ze soboty na niedzielę wybuchł znowu pożar. Wnętrze kościoła się zapaliło. Główny ołtarz i mniejsze ołtarze, chór, obrazy i inne sprzęty, znowu do kościoła wniesione, zgorzały. Kościół od czasu wydalenia zakonników nie był zabezpieczony. Tak, więc owa piękna świątynia Pańska, w której tyle milionów ludzi się modliło i odzyskało zdrowie duszy, a wielu też zdrowie ciała, leży teraz w gruzach. Nie wątpimy, że ta wieść żałosnym tonem obrzmiewać będzie przez długi czas w sercach ludu naszego nie tylko w naszych stronach, ale het daleko aż za morzem, gdzie się znajdują nasi rodacy w rozproszeniu”. Gdyby w okolicznym Nowym Mieście Lubawskim lub Bratianie funkcjonowała w tamtych czasach straż pożarna z odpowiednim sprzętem, sikawką i zaprzęgiem konnym, to możliwe, że klasztor by uratowano. Niestety OSP (Ochotniczą straż Pożarną) w Nowym Mieście Lubawskim utworzono dopiero trzy lata po pożarze w 1885 roku

Kolejne informacje na temat pożaru w Łąkach Brtaiańskich pojawiły się w Pielgrzymie z 16 maja 1882 roku: „Łąki nad Drwęcą. O pożarze tutejszym podajemy jeszcze niektóre szczegóły. Ludu do ratowania domu Bożego zebrała się wielka liczba, co świadczy o wielkim przywiązaniu do miejsca świętego. Z niecierpliwością domagano się otworzenia kościoła, aby można czem prędzej cudowny obraz wynieść. Ale żandarm, odwołujący się na rozkaz landrata, wzbraniał się dać klucze. Już niektórzy z niecierpliwych zabierali się do rozbijania drzwi kościelnych, gdy nadszedł sam landrat z Nowegomiasta pan Grabs von Haugsdorff i rozkazał drzwi kluczem otworzyć. Lud, po części bez należytej ostrożności, wynosił sprzęty kościelne, przy czem wiele cennych rzeczy się połamało. Dopiero, gdy sklepienie się mocno rozpaliło i groziło zapadnięciem, p 7 godz. rano rozkazał p. landrat wynieść też obraz cudami słynący. Stało się to pod kierownictwem byłych prowincjałów reformackich O. Rogiera Bińkowskiego i sędziwego Onufrego Laskowskiego, którzy nadbiegli z Nowegomiasta na pierwszą wieść o pożarze. Obraz cudowny cały zasłonięty na wozie przewieziono do kościoła parafialnego w Nowemmieście. Przy wnoszeniu obrazu do kościoła, prowincyał staruszek, który prawie całe życie swoje w klasztorze łąkowskim spędził, z żałości nad spustoszeniem kościoła omdlał, ale wkrótce odzyskał znowu przytomność. Powtórny ogień w kościele łąkowskim spostrzeżono dopiero w niedzielę przed południem, a więc około 24 godzin po upatrzeniu pierwszego ognia. Ludu znowu zebrała się wielka siła, ale nie mając ona narzędzi do gaszenia, mało co czynić mogli. Prawie wszystko we wnętrzu kościoła się spaliło; dzwony stopiły się, tylko paramenta ocalone i złożone w hotelu Habanda. I po ugaszeniu drugiego pożaru przybywało wiele ludu aby oglądać spustoszenia na miejscu świętym”.



Rozbiórka...

W 1883 roku rozpoczęto rozbiórkę ocalałych zabudowań. W październiku tego roku doszło do pierwszej licytacji ocalałego sprzętu i zabytków. Zlicytowano stołki szafy, stoły, łóżka oraz piece. Z punktu widzenia historyka największym błędem było rozprzedanie na wagę cennej klasztornej biblioteki, która liczyła tysiąc publikacji. Okoliczni mieszkańcy często palili nimi w piecach! Tragizm tamtych dni trafnie oddaje pismo Pielgrzym: „W Łąkach rozbierają teraz na seryo klasztor pofranciszkański. Smutne to widowisko! Czego ogień zniszczyć nie zdołał, rozwala ręka ludzka. Znikło sklepienie tak wspaniałej niegdyś świątyni i gołe tylko mury sterczą (…) Ta sama ludność, która tu czerpała u źródła duchowej pomocy, rozwala to miejsce zbawienia, aby zapracować na kawałek chleba. Dziwna to ironia losu! Pomieszczenia klasztorne stoją, ale także zrujnowane i spustoszone. Drzwi nie ma żadnych, okna powybijane (…) Jedne tylko schody porządnie utrzymane prowadzą do drzwi całych, do nowych zupełnie a za nimi mieszka – żandarm (…)”. Do kolejnej licytacji ławek, ocalałych obrazów drogi krzyżowej, fiz, okien, drzwi, świeczników, konfesjonałów, chorągwi, ambony, piszczałek organowych itp. Część sprzętu przypadła m.in. proboszczom z Radomna i Sampławy. Większość, wraz z cudowną figurą Matki Boskiej Łąkowskiej i przepięknymi obrazami drogi krzyżowej przeniesiono do kościoła pw św. Tomasza Apostoła w sąsiednim Nowym Mieście Lubawskim. W Łąkach Bratiańskich do tej pory znajdują się resztki ruin klasztoru .


Klasztor w Łąkach Bratiańskich dawniej zwany Częstochową Północy (część 1)



Pozostałości klasztoru znajdują się przy drodze krajowej nr 15. Łąki Bratiańskie to pierwsza wieś granicząca od północy z Nowym Miastem Lubawskim, wystarczy kierować się drogą krajową w stronę Olsztyna - tych ruin nie da się przegapić.




Ruiny klasztoru Franciszkanów w Łąkach Bratiańskich







Cudowna figura Matki Boskiej Łąkowskiej w ołtarzu głównym kościele pw św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim. Figura do pożaru w 1882 roku znajdowała się w klasztorze w Łąkach Bratiańskich.




Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

czwartek, 6 października 2011

Klasztor w Łąkach Bratiańskich dawniej zwany Częstochową Północy (część 1)



Wygląd klasztoru w XIX wieku





Od północy z Nowym Miastem Lubawskim sąsiaduje mała wieś o nazwie Łąki Bratiańskie. Na jej terenie znajdują się ruiny dawnego klasztoru, które obecnie są niedoceniane przez wielu turystów, a przez miejscowe dzieci często traktowane, jako plac zabaw – czego sam byłem świadkiem, kiedy przejeżdżając obok ruin widziałem dzieci grające w karty na drewnianym ołtarzu, który zbudowano w celu odprawiania mszy dla pielgrzymów. Tak niestety wygląda nasza polska rzeczywistość, mieszkańcy Łąk po prostu nie zdają sobie sprawy jak świętą ziemię bezczeszczą ich dzieci. Aby uświadomić wszystkim powagę tego miejsca należy cofnąć się kilkaset lat w przeszłość do wydarzeń, które zmieniły życie ówczesnych mieszkańców i sprawiły, że miejscowość tą zaczęto nazywać „Częstochową Północy”.




Wszystko zaczęło się w XIII wieku, kiedy to dzięki staraniom biskupa Chrystiana na Ziemi Lubawskiej powoli wprowadzano chrześcijaństwo. Nowa religia stopniowo wypierała stare, rodzime wierzenia. Był to proces bardzo powolny, czego najlepszym przykładem jest sprawozdanie z wizytacji biskupa chełmińskiego A. Olszewskiego z lat 1667 – 1672, w którym duchowny zanotował, że w Łąkach koło Bratiana znajdował się kiedyś Święty Gaj. Sasini oddawali w nim cześć bogini Majumie. W dalszej części biskup pisze o drugim Świętym Gaju w Lipach koło Lubawy. Z punktu widzenia historyka to dość niezwykłe, że w miejscach silnego pogańskiego kultu w czasach krzyżackich rozwinęły się kulty maryjne. Z drugiej strony sprawozdanie biskupa pochodzi z drugiej połowy XVII wieku, co oznacza, że większość mieszkańców mimo przyjęcia chrztu nadal czciła skrycie swych dawnych bożków. Było to zjawiskiem powszechnym na chrystianizowanych terenach. Gaj w Łąkach zniszczono prawdopodobnie w pierwszej połowie XIII wieku – podobno został on „(…) ścięty i zniszczony na zarządzenie biskupa Chrystiana”. Dzięki historykom wiemy, że w drugiej połowie wieku XIII w Łąkach narodził się nowy kult, tym razem chrześcijański, a o jego narodzinach mówią te oto legendy:


Widzenie dzieci:

„Wieki trwająca legenda głosi, że dzieci, pasące bydło na łąkach bratiańskich, nagle bardzo się przelękły, bo piękny jakiś obraz ukazał się im na Drwęcy. Cały opływał w aureoli niebiańskiej jasności i poruszał się jak żywy. Dzieci wkrótce opuściło przerażenie, a ogarnęło je zdziwienie, bo wydawało im się, jak by obraz płynął pod prąd wody. Nagle stanął na środku rzeki, to znów płynął, stawał kilkakrotnie i znowu płynął, aż wreszcie stanął naprzeciwko tego miejsca, gdzie dziś są ruiny klasztoru łąkowskiego i tam już pozostał. W Łąkach prawdopodobnie nie było wówczas żadnej osady, dopiero o jakieś ćwierć mili drogi było nowo zbudowane Nowe Miasto. Tam też najwcześniej dobiegła wieść o cudownym objawieniu się Matki Boskiej. Ludzie z miasta pobiegli do Łąk, a gdy wydobyto cudowny obraz z wody, przeniesiono go w uroczystej procesji do Nowego Miasta. Jednak w nocy, gdy drzwi były zamknięte, obraz zginął z kościoła i nikt nie wiedział, gdzie się zapodział”.

Widzenie żebraków:

„Nazajutrz rano przechodziło gościńcem z Nowegomiasta do Łąk dwóch sędziwych i ułomnych żebraków. Obaj postępowali bardzo powoli, bo szli, wspierając się o szczudła. Ponieważ skwar tego lata był wielki, a droga piaszczysta, biedacy wnet się zmęczyli. Dla wypoczynku usiedli pod starą lipą, rosnącą przy drodze w pobliżu dzisiejszych Łąk. Gdy w cieniu drzewa nieco odetchnęli i chcieli się wybrać w dalszą drogę, ujrzeli nagle w konarach drzewa utulony ten sam obraz, który wczoraj widzieli w Nowemmieście. Tak, że i głos cudowny usłyszeli z nieba, upominający ich, żeby, nie zwlekając, udali się do brata Jana na zamek bratjański, oznajmić Janowi, że Matka Boska pragnie mieć tu w Łąkach kościół, bo sobie tu miejsce upodobała. Żebracy powstali i czemprędzej udali się w dalszą drogę, żeby opowiedzieć widzenie swoje i pragnienie N. M. P. rycerzowi na Bratjanie. Czuli się nad wyraz szczęśliwi, że Najśw. Panienka wyleczyła ich kalectwo do tego stopnia, że szczudła zawiesili na lipie i szli już o własnych siłach”.

Wierni w miejscu objawień postawili drewnianą kapliczkę, w której umieszczono cudowną figurę. W 1257 roku brat Jan, mieszkający na zamku w Bratianie ufundował obok kapliczki drewniany kościółek. Lokalny kult maryjny z roku na rok zyskiwał coraz większą sławę. W 1400 roku Filip von Cleberg, komtur Bratiański w latach 1395 – 1401 zbudował murowaną kapliczkę. Legendarne początki kultu są niezwykle piękne, ale mimo wszystko trzeba odwołać się do bardziej racjonalnej genezy wierzeń maryjnych w tym miejscu. Zgodnie z tradycją przyjmuje się, że wzniesienie kaplicy w Łąkach, spowodowała cudowna figura Matki Bożej, która w nadprzyrodzonych okolicznościach „zamieszkała” na lipie – będącej świętym drzewem w pogańskim gaju. Jest bardzo prawdopodobne, że Krzyżak Jan, mieszkający na swoim zamku w Bratianie w pierwszej połowie XIII wieku zniszczył Święty Gaj, ściął „święte drzewo” i na jego miejscu postawił kapliczkę. Sama legenda o cudownym pochodzeniu figurki Matki Boskiej Łąkowskiej, stojącej w kapliczce narodziła się prawdopodobnie już po jego śmierci. Sylwia Cieszyńska w swojej pracy dodaje, że początkowo sława Łąk nie była rozległa, ale już pod koniec XIV wieku miejscowość ta jest nazywana „najstarszym miejscem kultu maryjnego w diecezji chełmińskiej”.


Około 1631 roku starosta Bratiański Paweł Działyński, w celu walki z reformacją sprowadził do Łąk franciszkanów (reformatów). Starosta ufundował im, obok figury i kościoła drewniany klasztor, który spłonął po kilku latach. Podejrzewano protestantów o podpalenie, ale nigdy nie udowodniono im winy. Jedno jednak nie ulega wątpliwości ewangelicy za wszelką cenę chcieli się pozbyć zakonników z tych terenów. W 1638 roku Paweł Działyński zlecił budowę kolejnego, tym razem murowanego klasztoru, w którym umieszczono cudowną figurę Matki Boskiej Łąkowskiej. Franciszkanie przyczynili się do powstrzymania rozwoju reformacji na tych terenach. W 1639 roku proboszcz nowomiejski ks. Marcin Przebojewski odstąpił klasztorowi wszystkie dochody łąkowskie, łącznie ze wszystkimi gruntami i ogrodem. Dodatkowo w lutym tego roku franciszkanie otrzymali na piśmie potwierdzenie fundacji. Dokument spisano na zamku biskupim w Lubawie. Od tej pory klasztor był niezależny od nowomiejskiego kościoła.



Bibliografia:

Cieszyńska Sylwia, Kult Matki Boskiej Łąkowskiej w Łąkach Bratiańskich. Studium Liturgiczne. Praca magisterska napisana na seminarium naukowym z Liturgiki pod kierunkiem ks. dr hab. Władysława Nowaka.

Korecki Andrzej, Sanktuarium Maryjne w Łąkach Bratiańskich, Pelplin 2002.


Orłowicz Mieczysław, Ilustrowany przewodnik po województwie pomorskim, Lwów – Warszawa 1923.


Szkic historyczny Klasztoru Łąkowskiego, Kalendarz Łąkowski, dodatek do Drwęcy na rok 1934.


Uratował łąkowską figurkę spod gruzu, Gazeta Nowomiejska, 4 – 10 września 2009.




Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

wtorek, 27 września 2011

Krótka refleksja nad upadkiem II Rzeczpospolitej (1918 – 1939)



Rynek w Nowym Mieście Lubawskim przed II wojną światową


W II Rzeczpospolitej nie było supermarketów ani tworzyw sztucznych. W miastach, w przeciwieństwie do czasów obecnych, wszyscy byli nastawieni na regionalny handel. Towary spożywcze oraz usługi rzemieślnicze były domeną rodzin, które zajmowały się nimi z pokolenia, na pokolenie – syn szewca najczęściej zostawał szewcem, a syn handlowca handlowcem. Tylko najbardziej zdolna młodzież szła na studia. W latach 1918 – 1939 studiowali nieliczni ale za to jaki szacunkiem się cieszyli! Studenci, byli kształceni lepiej niż obecnie, a obywatele zaliczali ich do grona polskiej inteligencji, inteligencji, którą we wrześniu 1939 roku Niemcy (a później Rosjanie) zaczęli mordować. Dlaczego? Bo osoby te stanowiły trzon polskiego państwa, posiadały ogromną wiedzę i cieszyły się autorytetem. Polska inteligencja stanowiła przeszkodę zarówno dla planów Hitlera jak i Stalina. Dla obu Polacy mieli stanowić naród niewolników i służących.

Martyrologię Polaków najlepiej obrazują twarde statystyki. W latach 1939 – 1945 Niemcy: wywieźli 2,5 mln Polaków na przymusowe roboty, 200 tys. do obozów koncentracyjnych, 200 tys. dzieci w celu germanizacji.

Czystki dokonane przez Rosjan były równie okrutne: we wrześniu 1939 roku wywieziono do Rzeszy 230 tys. polskich obywateli, 10 II 1940 wywieziono 220 tys., 13 IV 1940 roku 320 tys., VI/VII 1940 240 tys., VI 1941 300 tys. oraz w latach 1944 – 1945 wywieziono wgłąb Rosji ok. 260 tys. Polaków w tym 50 tys. żołnierzy Armii Krajowej.



Mordowanie duchowych z Ziemi Lubawskiej

Jedną z grup którą Niemcy uznali za najbardziej niebezpieczną, patriotyczną i promującą polskie wartości byli Kapłani. Polscy duchowni, podobnie jak nauczyciele i politycy byli zaliczani przez Niemców do grona inteligencji, co w praktyce oznacza, że również zostali poddani prześladowaniom, byli torturowani, rozstrzeliwani oraz wysyłani do obozów koncentracyjnych. Dnia 5 września 1939 roku Selbschutz aresztował ks. Leona Prybę, proboszcza parafii pw św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim, który w okresie międzywojennym jako prefekt szkół średnich angażował się w patriotyczne wychowywanie polskiej młodzieży. W latach 1926 – 1930 był wykładowcą języka greckiego i niemieckiego w Seminarium Biskupim w Płocku, a od września 1930 roku wykładał w Collegium Marianum w Pelplinie. Ks. Pryba w latach 1931 – 1933 był prefektem w gimnazjum nowomiejskim, a od lipca do września 1939 roku tutejszym proboszczem. Niemcy wywieźli go do więzienia utworzonego we wsi Tannenberg (Grunwald), w którym panowały bardzo surowe warunki.

Ks. Pryba został zwolniony z więzienia 5 października 1939 roku. Niestety nie cieszył się zbyt długo wolnością ponieważ 5 listopada został ponownie aresztowany i uwięziony najpierw w Nowym Mieście Lubawskim, a następnie w Brodnicy, Rypinie i Oborach. Od 22 lutego 1940 roku nieszczęśnika przetrzymywano w Grudziądzu, a później w od końca marca w Stutthofie. Proboszcz nowomiejskiej parafii ostatecznie skończył w Dachau, gdzie przewieziono go 14 grudnia 1940 roku, z numerem 22588. Dnia 16 sierpnia 1942 roku ks. Prypa został zamordowany w wieku 42 lat. Na wieść o jego śmierci administrator parafii w Nowym Mieście lubawskim, ks. Jan Manthey rozkazał bić w dzwony kościelne, przez co naraził się Selbstschutzowi i gestapo. Do dnia dzisiejszego w Kaplicy Działyńskich w nowomiejskiej bazylice znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona m.in. ks. Leonowi Prybie.

Innym duchownym, który zakończył swój żywot w Dachau był ks. wikariusz Aleksander Wilamowski, z tej samej parafii. Dużo więcej szczęścia miał inny nowomiejski wikariusz ks. Tadeusz Jasiński, który również trafił do Dachau z numerem 22767 i został wyzwolony przez armię amerykańską 29 kwietnia 1945 roku. Wielu duchownych z parafii rozsianych na terenie całej Polski i ziemi lubawskiej musiało się ukrywać przed Niemcami ze świadomością, że schwytanie oznacza automatyczne zesłanie do obozu. Jednym z takich duchownych był lokalny patriota ks. Józef Dembieński, prefekt wielu szkół średnich, redaktor naczelny endeckiej gazety Drwęca oraz kapelan domu zakonnego Zgromadzenia Sióstr miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytki) w Nowym Mieście Lubawskim, założyciel Towarzystwa Czytelni Ludowych w Łążynie i Towarzystwa Ludowego w Mostkach koło Chyloni. Duchowny przed wkroczeniem niemieckich wojsk do miasta wyjechał do rodziny mieszkającej na południu Polski. Następnie po kampanii wrześniowej w 1939 roku wrócił na Pomorze, gdzie ukrywał się, często zmieniając miejsca pobytu. 6 listopada 1939 roku został nawet aresztowany ale dzięki fałszywym dokumentom zwolniono go po kilku dniach. Później ukrywał się na południu kraju min. w Zebrzydowicach oraz w miejscowości Zarzyce Wielkie (powiat Wadowice), gdzie doczekał końca okupacji.

Wielu duchownych z Ziemi Lubawskiej ucierpiało w okresie okupacji. Nie sposób wszystkich wymienić. Chciałbym jednak wspomnieć o jeszcze kilku z nich. Jednym z księży, który nie przeżył zawieruchy wojennej był ks. Józef Szydzik, delegat biskupi na okręg Lubawa i zarazem tamtejszy proboszcz. W okresie międzywojennym przysłużył się swojej Ojczyźnie poprzez liczne akcje o oddźwięku patriotycznym. W 1926 roku założył, przy parafii chełmżyńskiej Katolickie Stowarzyszenie Robotników, a w roku 1928 wydał: „Kalendarz Kościelny dla Parafii Chełmżyńskiej na rok 1928. Posłaniec Błogosławionej Juty”. Został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 roku. Przewieziono go do obozu w Bydgoszczy, gdzie między 20 a 29 września został zamordowany śmiertelnym zastrzykiem przez niemieckiego lekarza.

Tablica przedstawiająca pomordowanych z parafii w Rumianie na Ziemi Lubawskiej


Dalsze czystki…

Opisy zbrodni dokonane przez okolicznych Niemców (najczęściej członków Selbstschutzu) są bardzo drastyczne. Mnie osobiście bardzo zszokowała historia Władysława Mówki, właściciela jedynej taksówki w Nowym Mieście Lubawskim. Pan Mówka w 1936 roku poszedł na 3 – miesięczne szkolenie wojskowe i na ten czas zatrudnił Erwina Achilliusa Niemca, który miał odpowiednie uprawnienia do prowadzenia pojazdu i godnie go zastępował. Taksówkarz wyjeżdżając do wojska powiedział do swojej żony: „Masz mu dawać dobrze jeść, żeby nas nie obgadał przed ludźmi”. Pani Mówka miała o nowym pracowniku dobrą opinię, a oto jej własne słowa: „Erwin jadł to samo co my. Powodziło się nam nieźle. Erwin był zażenowany, prosił mnie: - Niech Pani nie daje takich smakołyków, nie potrzeba. – Sypiał u nas. Byłam z niego zadowolona. Po kolacji chodził zawsze na spacery. Był uczciwy, z zarobionych pieniędzy rozliczał się sumiennie”.

Wrzesień 1939 roku dokonał wielkich zmian w ludzkich sercach, a wspomniany Erwin razem z bratem zabijał Polaków nie oszczędzając taksówkarza. Dlaczego?


Oto słowa żony Władysława Mówki wypowiedziane już po śmierci męża:

"- Uprzedzali mnie znajomi Niemcy: „Jak mąż pani wróci z wojny, to niech się szybko ubiera i wyjeźdźa stąd” Powtórzyłam mu to. Oburzył się: „Ja się nie boję, nikomu nic złego nie zrobiłem, mam czyste sumienie”.
2 listopada wieczorem mąż leżał na kozetce i bawił się z sześcioletnią córeczką. Stęsknił się za nią, bo w domu był dopiero kilka dni. Baraszkowali. Małą śmiałą się i ściskała go za szyję. Nagle zaświecił ktoś latarką w okno. Pukanie do drzwi. Weszli Danger i Papst (Niemcy). „Czy tu mieszka Mówka?” Ubierać się. Pójdzie pan z nami!” Mąż pożegnał się ze mną i z dzieckiem. Więcej go nie widziałam. Na drugi dzień poszłam do Selbstschutzu. W wejściu spotkałam Achilliusa, brata tego, który u nas pracował przed wojną „Wczoraj wieczorem mego męża aresztowano. Chciałą się dowiedzieć, czy będzie wywieziony, czy pozostanie tutaj”. Zmierzył mnie wzrokiem i powiedział: „On tyle dostał, że już w życiu nic więcej nie będzie potrzebował”.
W kilka dni potem dowiedziałam się, że dwaj członkowie Selbstschutzu opowiadali sobie w restauracji o tym, jak katowali mojego męża. Podobno najpierw szarpał go pies, a potem rozebrali go i nagiego posadzili na rozpalonym piecyku. Jeszcze tej samej nocy wlekli go przywiązanego za samochodem do bratiańskiego lasku albo do Nawry, gdzie chowali pomordowanych”.



Pomnik upamiętniający 25 Polaków rozstrzelanych przez Selbstschutz 7 grudnia 1939 roku (15 w Nowym Mieście Lubawskim; 10 w Lubawie).




Pokrewne artykuły:
Obóz dla dzieci w Lubawie - http://ziemialubawska.blogspot.com/2010/01/oboz-dla-dzieci-w-lubawie.html

Mordy na Polakach - http://ziemialubawska.blogspot.com/2010/04/mordy-na-polakach.html

Jak Niemcy mordowali Polaków na ziemi lubawskiej - http://ziemialubawska.blogspot.com/2011/02/jak-niemcy-mordowali-polakow-na-ziemi.html

II wojna światowa na ziemi lubawskiej - http://ziemialubawska.blogspot.com/2011/08/ii-wojna-swiatowa-na-ziemi-lubawskiej.html

O bohaterach Armii Krajowej - http://ziemialubawska.blogspot.com/2011/03/pierwsze-lata-po-zakonczeniu-ii-wojny.html

Spotkanie z bohaterem Armii Krajowej Andrzejem Różyckim ps. „Zjawa” - http://ziemialubawska.blogspot.com/2011/06/spotkanie-z-bohaterem-armii-krajowej.html
7 grudnia 1939. Pamiętamy! - http://ziemialubawska.blogspot.com/2009/12/7-grudnia-1939-roku-pamietamy.html


Zdjęcia obrazujące codzienne życie mieszkańców ziemi lubawskiej w II Rzeczypospolitej (1918 - 1939):


Rynek w Nowym Mieście Lubawskim. Od lewej widzimy aptekę oraz sklep Bolesława Zimnego, który poza prowadzeniem własnej działalności był jeszcze organistą.

Na rynku w Nowym Mieście Lubawskim


Wiadukt w Nowym Mieście Lubawskim.

Rynek w Nowym Mieście Lubawskim.

Procesja Bożego Ciała na rynku w Nowym Mieście Lubawskim. Okres międzywojenny.

Rynek od ul. 19 Stycznia, okres międzywojenny.


A tak przed wojną wyglądał rynek w Nowym Mieście Lubawskim



Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

sobota, 24 września 2011

Bohaterska postawa Polaków podczas strajków szkolnych na Pomorzu w latach 1906 – 1907

W roku 1906 władze niemieckie zakazały nauki religii w języku polskim na terenie całego zaboru. Niemcy, którzy od 1772 roku (I rozbioru Polski) wyniszczali polską kulturę na Pomorzu i Ziemi Lubawskiej swoim zakazem wywołali wielki gniew wśród Polaków. Wybuchły liczne strajki na których rodzice oraz młodzież marząca o odrodzeniu niepodległej ojczyzny, przywiązana do Kościoła katolickiego okazywali swoje niezadowolenie i odwoływali się do sumienia i ducha narodowego. Rozrzucano liczne odezwy (ulotki) do ludności wzywające do czynu. Ostatni akapit jednej z takich odezw brzmiał następująco: „Bądźcie stanowczymi i roztropnymi. Oddajcie dziecko Wasze na polską naukę przygotowawczą do Sakramentów świętych! Żądajcie aby było zapisane do polskiego Oddziału, aby po polsku się uczyło katechizmu, po polsku się spowiadało i po polsku się modliło jak Ty. To jest prawem waszym i prawo to każda władza uszanować musi”.

W trakcie strajków uczniowie odmawiali wykonywania poleceń nauczycieli za co ponosili bardzo surowe kary. Poniżej przytaczam kilka przykładów cierpienia Polaków w zaborze niemieckim.

1) W Bratianie, wsi sąsiadującej od północy z Nowym Miastem Lubawskim, ucznia Jana Orłowskiego nauczyciel pobił do krwi, a żandarm oświadczył, że nauczyciele mają tak długo bić polskich uczniów aż „dzieci diabli wezmą”.


2) W Lubawie Paweł Karkut, ewangelik obserwując katowanie dzieci katolickich porzucił ze wstrętem swe wyznanie i przeszedł na katolicyzm, za co władze niemieckie zamknęły go do więzienia, gdzie przesiedział 6 miesięcy za to, że nie chciał zdradzić kto go do tego czynu namówił. Karkut jednak nie dał się złamać, a po wyjściu z więzienia ludność zorganizowała na jego cześć wielką manifestację.

3) W Pile, pod wpływem manii prześladowczej tamtejszy nauczyciel nakazał strajkującym dzieciom przepisywać czterysta trzynaście wierszy tak drobnego druku, że dzieci od pisania osłabiły oczy i w rezultacie straciły wzrok. Straszne skutki zarządzenia nie wzbudziły litości u nauczyciela, który bił dzieci nie potrafiące wykonać jego poleceń.

4) W Czersku pierwsze osoby, które dały hasło do strajku, czyli Władysław Narloch i Antoni Wiśniewski, zostały skatowane trzciną w obecności Inspektora Szkolnego. Bito ich tak mocno, że trzcina się połamała, a na drugi dzień do strajku dołączyli wszyscy Polacy z okolicy!

5) W Ugoszczu władze niemieckie za strajk zabrały organiście Feliksowi Napiątkowi dzieci do Zakładu Poprawczego. Swoją decyzję tłumaczyli tym, że ojciec nie może wychowywać dzieci, którym karze w pruskiej szkole strajkować.





Defilada uczestników strajku szkolnego.

Dnia 2 i 3 maja 1937 roku w Czersku w niepodległej Polsce odbył się zjazd byłych uczestników strajku szkolnego.




Źródła:
Strajk szkolny na Pomorzu [w:] Kalendarz Łąkowski, dodatek do Drwęcy na rok 1938.



Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

czwartek, 1 września 2011

Początek II wojny światowej na Ziemi Lubawskiej



Wejście do betonowego bunkra, który znajduje się między wsią Radomno (Ziemia Lubawska), a Iławą. Przed II Wojną światową wieś Radomno należała do Polski (II RP), a Iława była miastem niemieckim (fot. Tomasz Chełkowski)
Dnia 1 września 1939 r. o godz. 4:34, bez wypowiedzenia wojny i ogłoszenia mobilizacji, wojska niemieckie, zgodnie z planem Fall Weiss, uderzyły na Polskę na całej długości polsko - niemieckiej granicy oraz z terytorium Moraw i Słowacji. Tak rozpoczęła się II wojna światowa, w której miliony oddały życie walcząc za Ojczyznę. Pamiętajmy o ich poświęceniu, pielęgnujmy pamięć historyczną i doceńmy fakt, że żyjemy w wolnej Polsce.

Działania zbrojne rozpoczęte 1 września trwały do 6 października 1939 roku (w tym dniu pod Kockiem skapitulował ostatni polski oddział (Samodzielna Grupa Operacyjna Polesie). W historiografii okres ten jest nazywany kampanią wrześniową. Po porażce pod Kockiem niektórzy z polskich żołnierzy rozpoczęli walkę partyzancką. Jednym z nich był mjr Henryk Dobrzański, który w październiku 1939 roku przyjął pseudonim Hubal. O jego losach opowiada film Bohdana Poręby, którego recenzję znajdziecie na tej stronie: Hubal. Poza tym film jest dostępny na YouTube: Hubal




Mieszkańcy Ziemi Lubawskiej w przededniu drugiej wojny światowej


Coraz większe wpływy nazistów w Niemczech niepokoiły mieszkańców Drugiej Rzeczypospolitej do tego stopnia, że 9 kwietnia 1936 roku prezydent na mocy dekretu utworzył Fundusz Obrony Narodowej (FON), na który każdy obywatel mógł wpłacić pieniądze na zakup broni i sprzętu dla polskiego wojska. W latach 1938 – 1939 mieszkańcy opisywanych terenów połączyli swoje siły, zaniechali walki politycznej i wspólnie przygotowywali się do wybuchu wojny. Do sierpnia 1939 roku ludność zamieszkująca przygraniczny powiat lubawski wpłaciła na konto Powiatowego Komitetu FON prawie 20 tys. zł. Poza tym mieszkańcy powiatu podjęli własną inicjatywę w postaci zbiórki pieniędzy na sprzęt dla polskiej armii. Dzięki temu szlachetnemu zrywowi w czerwcu 1938 roku zakupiono osiem ciężkich karabinów maszynowych, które zostały uroczyście przekazane żołnierzom w Brodnicy.



W 1939 roku ppor. Antoni Cetkowski zorganizował w Lubawie Wojenne Pogotowie Harcerskie, którego członkowie mieli za zadanie prowadzić, na terenach przygranicznych nasłuch radiowy rozgłośni niemieckich. Dziewięciu harcerzy rzetelnie wykonywało swoje obowiązki, co zaowocowało schwytaniem niemieckiego szpiega. Innym równie ważnym obowiązkiem członków Związku Harcerstwa Polskiego (ZHP) było utrzymywanie codziennej łączności między Powiatowym Sztabem Wojskowym w Nowym Mieście Lubawskim, a placówkami wojskowymi 67 pułku piechoty stacjonującymi w Bratianie, Chroślu, Gryźlinach, Nowym Dworze i Radomnie. Miejscowości te były oddalone od granicy polsko - niemieckiej o 3 – 4 km. Dzielni harcerze codziennie, na własnych rowerach, zmagając się z sierpniowym upałem przewozili rozkazy i meldunki, dzięki czemu zapewniali rezerwową łączność, która byłaby niezbędna w wypadku uszkodzenia przez wojska niemieckie linii telefonicznych.


Możemy być dumni z bohaterskiej postawy mieszkańców powiatu lubawskiego w przededniu wojny. Ich patriotyzm i miłość do Ojczyzny są niezaprzeczalne i powinny być przykładem dla współczesnych mieszkańców terenów położonych nad Drwęcą, Welem, Sandelą i Jesionką. Atmosferę tamtych dni oddaje ostatni wpis Albina Gesseka, dyrektora Publicznej Szkoły Powszechnej w Gwiździnach, małej wsi położonej blisko Nowego Miasta Lubawskiego, który w sierpniu 1939 roku zapisał: „(…) 25 b. m. odchodzę na ćwiczenia wojskowe – zastępować mnie będzie w nauczaniu i w prowadzeniu administracji szkolnej pani Maria Wojtysiakówna. Czasy naprężone do granic ostatecznych! Wojna wisi w powietrzu! Czy wrócę – nie wiem, bo to równa się prawie odejściu na wojnę. Gdyby wybuchła – daj nam, Boże, zwycięstwo! Zetrzyj pychę i zachłanność naszych nieprzyjaciół!!” . Albin Gessek trafił do Batalionu Łączności w Brodnicy, gdzie znajdowało się wielu nauczycieli z terenu Ziemi Lubawskiej. Po przejściu szkolenia, zaprzysiężeniu i kilku dniach intensywnych ćwiczeń wszyscy zostali niespodziewanie zwolnieni do domów. Wkrótce po powrocie dyrektora szkoły w Gwiździnach rozpoczęła się wojna, która spowodowała popłoch mieszkańców przygranicznych terenów. Wszyscy w panice uciekali do Warszawy licząc, że wojsko polskie właśnie tam zatrzyma niemiecką nawałę. Albin znalazł się wśród tych uciekinierów i tak jak wielu okolicznych mieszkańców dotarł do okupowanej Warszawy, gdzie przeżył oblężenie i kapitulację miasta.



Wojna!

Mieszkańcy powiatu lubawskiego spodziewając się ataku Niemiec na Polskę robili wszystko, aby przygotować się do odparcia agresora. Tereny te bezpośrednio graniczyły z państwem Hitlera, co oznaczało, że w razie ataku ucierpią jako pierwsze. W sierpniu 1939 roku doszło do narady władz powiatu lubawskiego, na której przyjęto strategię obrony i zdecydowano o wybudowaniu betonowych bunkrów we wnętrzu, których mieściło się po kilku, wyposażonych w karabin maszynowy i granaty, wojskowych mających za zadanie powstrzymanie pierwszej wrogiej „nawały”. W budowie umocnień pomagali żołnierze, którzy w sierpniu przybyli w okolice Lidzbarka Welskiego i Lubawy w celu rozpoznania regionu. Dodatkowo do tego pierwszego miasta przysłano Nowogrodzką Brygadę Kawalerii, na czele której stał gen. Władysław Anders. Betonowe bunkry dzięki ofiarności mieszkańców i wysiłkowi polskich wojaków wybudowano w następujących miejscowościach: Krzemieniewo, Karaś, Grzmięca, Ciche, Ryte Błota oraz Zbiczno. Wszyscy spodziewali się ataku Niemiec od strony leżącego nad Osą Biskupca na Brodnicę, dlatego właśnie na tamtych terenach pojawiły się fortyfikacje. Niestety pierwszego września 1939 roku okazało się, że główne siły wroga zaatakowały od strony Jabłonowa, przez co opisywane bunkry nie spełniły zakładanej roli. Podobne bunkry w latach 30 XX wieku budowali Niemcy po swojej stronie granicy (w niniejszym artykule umieściłem zdjęcia zarówno polskich jak i niemieckich bunkrów).


Polski bunkier nad Jeziorem Ciche (fot. Drwęca)



Bunkier zbudowany w drugiej połowie lat 30 – tych XX wieku. Znajduje się w lesie między Zbicznem i Grzmięcą . To betonowe cudeńko wystaje ok. 2 m nad powierzchnię. Jego pierwotnym zadaniem była ochrona granic II Rzeczypospolitej przed Niemcami (fot. Tomasz Chełkowski).


Wejście do bunkra (fot. Tomasz Chełkowski)


Kapitulacja
Omawiane tereny bardzo szybko uległy agresorom. Największy opór Niemcom stawiły wojska gen. Władysława Andersa, które 1 września wyruszyły z Lidzbarka Welskiego w kierunku Dąbrówna i Nowego Miasta Lubawskiego walcząc po drodze z wojskami nieprzyjaciela. Armia niemiecka była lepiej uzbrojona i bardziej liczna, co spowodowało, że polscy obrońcy nie mieli większych szans. Coraz silniejsze wrogie ataki, kapitulacja Lubawy (1 września) i Nowego Miasta Lubawskiego (3 września) oraz załamanie się polskiej obrony w okolicach Działdowa i Mławy, 4 września 1939 roku, zmusiły oddziały Andersa do wycofania się w kierunku Płocka, a potem Modlina i Warszawy.

Oddziałami, które zdobywały miasta na Ziemi Lubawskiej dowodził gen. Georg von Kuchler, który od razu po zajęciu danej miejscowości rozpoczynał proces tworzenia niemieckiej administracji i eksterminacji inteligencji. W Nowym Mieście Lubawskim i Lubawie bardzo szybko dali o sobie znać okoliczni mieszkańcy należący do mniejszości niemieckiej. W chwili przejęcia kontroli przez Wehrmacht nad ich domami zawisły flagi ze swastyką i obudziła się skrywana głęboko w sercu nienawiść do Polaków. Nienawiść, która zaowocowała mordami i prześladowaniami na niespotykaną dotąd skalę. Największych mordów na opisywanych terenach dokonała mniejszość niemiecka należąca do Selbstschutzu, czyli oddziałów samoobrony. Więcej informacji o eksterminacji polskiej ludności z Ziemi Lubawskiej znajdziecie w moich artykułach: „7 grudnia 1939 roku - Pamiętamy!” oraz "Mordy na Polakach"


W pierwszym okresie okupacji, który trwał do 25 października 1939 roku tereny Ziemi Lubawskiej podlegały Wehrmachtowi, czyli niemieckim władzom wojskowym. Zdobyte terytoria Wehrmacht dzielił na okręgi wojskowe, w których urzędowali specjalni urzędnicy odpowiedzialni za przygotowanie przyszłej administracji cywilnej, utworzenie organizacji paramilitarnych, konfiskatę majątków, ksiąg kościelnych, bibliotek, archiwów oraz rozwiązanie polskich organizacji i stowarzyszeń. Dodatkowym zadaniem urzędników i wojskowych było usuwanie polskich flag, godła i napisów.


Dnia 26 października 1939 roku, na mocy dekretu Adolfa Hitlera zlikwidowano okręgi wojskowe, które zastąpiono administracją cywilną złożoną z Niemców oraz utworzono Okręg Rzeszy Gdańsk – Prusy Zachodnie (26 tys. km2 i 3,3 mln mieszkańców). Okręg był zarządzany przez namiestnika i podzielony na trzy rejencje: bydgoską, gdańską i kwidzyńską. Każda rejencja dzieliła się na miejskie i wiejskie powiaty, które z kolei dzieliły się na obwody urzędowe i gminy. Powiatem miejskim zarządzał nadburmistrz a powiatem wiejskim starosta (Landrat). Północne tereny Ziemi Lubawskiej z Lubawą i Nowym Miastem Lubawskim znalazły się w granicach rejencji kwidzyńskiej, a południowe z Lidzbarkiem Welskim w rejencji bydgoskiej. Poza tym w Nowym Mieście Lubawskim znajdowała się siedziba powiatu, w której urząd landrata jako pierwszy sprawował Niemiec Kurt Steurtz. Łączył on swój urząd z funkcją kierownika komórek partyjnych NSDAP w powiecie nowomiejskim .



Niemcy na ul. 3 Maja w Nowym Mieście Lubawskim. Od strony cmentarza (fot. Ryszard Zawadzki)


Niemcy na ul. 3 Maja (wówczas Promenadestrasse) w Nowym Mieście Lubawskim. W oddali widać Park Róż (fot. Ryszard Zawadzki)



Niemcy na ul. 3 Maja (wówczas Promenadestrasse) w Nowym Mieście Lubawskim. W oddali widać Park Róż (fot. Ryszard Zawadzki)






Okres międzywojenny. Rynek w Nowym Mieście Lubawskim od strony ul. 3 Maja (Promenadestrasse) i ul. Kazimierza (fot. Krzysztof Kliniewski)



Okupacja!

Jedno jest pewne Polska jest krajem, któremu w latach 1939 - 1956 "ucięto głowę", zabito Inteligencję, zgładzono kwiat Narodu. Ludzi wykształconych, pełniących ważne stanowiska, potomków szlachty, duchownych, którzy są tak ważni dla naszej Ojczyzny. Niemcy, a potem Rosjanie wiedzieli gdzie należy uderzyć aby nas zabolało. Efekty "ucięcia głowy" obserwujemy do dnia dzisiejszego. Pozostaje nam tylko czytać książki, które pozostawiły po sobie dawne elity (np. prof. Ignacy Chrzanowski), musimy starać się odbudować to co straciliśmy, czyli Inteligencję, która wykształciła się w XIX i pierwszej połowie XX wieku. Ludzie Ci kochali Ojczyznę tak bardzo, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku chcieli w Niej mieszkać. Mogli wybrać bardziej bogate życie na Zachodzie oni woleli jednak żyć biedniej ale za to w Polsce. Ignacy Paderewski, premier II Rzeczpospolitej oraz słynny na cały świat pianista po odzyskaniu przez Polskę Niepodległości w 1918 roku oddał Ojczyźnie cały swój majątek i prawie popadł w ubóstwo; Roman Dmowski człowiek, który ukończył kilka kierunków na uczelniach wyższych, znał wiele języków i nigdy nie ukrywał miłości do swojego kraju; Józef Piłsudski, człowiek, który wszystkie pieniądze zarobione podczas pełnienia funkcji państwowych przeznaczał na cele charytatywne (utrzymywał się z wykładów i pisania książek), Wincenty Witos, trzykrotny premier II RP, nie porzucił pracy na swoim gospodarstwie, człowiek, który jednego dnia był premierem, a drugiego pracował na roli (wieś go kochała). Politycy dla których dobro Ojczyzny było ważniejsze od pieniędzy! Takie były nasze przedwojenne Elity! Wróćmy jednak do tego, co działo się na Ziemi Lubawskiej.


Kiedy agresorzy opanowali Ziemię Lubawską natychmiast rozpoczęli realizację swojego planu, który polegał na utworzeniu niemieckiej administracji i eksterminacji polskiej inteligencji. W Nowym Mieście Lubawskim i Lubawie bardzo szybko dali o sobie znać okoliczni mieszkańcy należący do mniejszości niemieckiej. W chwili przejęcia kontroli przez Wehrmacht nad ich domami zawisły flagi ze swastyką i obudziła się skrywana głęboko w sercu nienawiść do Polaków. Nienawiść, która zaowocowała mordami i prześladowaniami na niespotykaną dotąd skalę. Największych mordów na opisywanych terenach dokonała mniejszość niemiecka należąca do Selbstschutzu, czyli lokalnych oddziałów samoobrony.


Począwszy od września 1939 roku Niemcy wprowadzili na okupowanych terenach całkowity zakaz używania języka polskiego, a za każde polskie słowo wypowiedziane publicznie bili zarówno dorosłych jak i dzieci i starców. Każdy obawiał się łapanek i egzekucji, wszyscy żyli w strachu niepewni, czy dożyją jutra. Hitlerowcy zlikwidowali polskie szkoły, a w ich miejsce utworzyli przymusowe szkoły niemieckie. Niszczono krzyże oraz przydrożne kapliczki, z powodu umieszczonych na nich polskich napisów. Na terenie Lubawy Niemcy zniszczyli figurę kultu religijnego, która stała na masowym grobie uczestników powstania listopadowego. Mieszkańcy Ziemi Lubawskiej, szczególnie Ci zaliczani do inteligencji byli masowo mordowani lub wywożeni na roboty do Niemiec, a ich majątki zajmowane przez agresorów i mniejszość niemiecką. W połowie października 1939 roku zarządzono masowe aresztowania nauczycieli, których zaczęto rozstrzeliwać pod koniec miesiąca. Dzięki naocznym świadkom z Nowego Miasta Lubawskiego wiemy, że każdego dnia w godzinach wieczornych rozstrzeliwano 2 – 3 nauczycieli. Hitlerowcy okradali ich ze wszystkich kosztowności, a następnie wywozili do lasku w Bratianie, gdzie sami musieli kopać sobie grób.


Bardzo duże straty poniósł Kościół katolicki. Polscy duchowni, podobnie jak nauczyciele i politycy byli zaliczani przez Niemców do grona inteligencji, co w praktyce oznacza, że również zostali poddani prześladowaniom, byli torturowani, rozstrzeliwani oraz wysyłani do obozów koncentracyjnych. Dnia 5 września 1939 roku Selbschutz aresztował ks. Leona Prybę, proboszcza parafii pw św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim, który w okresie międzywojennym jako prefekt szkół średnich angażował się w patriotyczne wychowywanie polskiej młodzieży. W latach 1926 – 1930 był wykładowcą języka greckiego i niemieckiego w Seminarium Biskupim w Płocku, a od września 1930 roku wykładał w Collegium Marianum w Pelplinie. Ks. Pryba w latach 1931 – 1933 był prefektem w gimnazjum nowomiejskim, a od lipca do września 1939 roku tutejszym proboszczem. Niemcy wywieźli go do więzienia utworzonego we wsi Tannenberg (Grunwald), w którym panowały bardzo surowe warunki.


Ks. Pryba został zwolniony z więzienia 5 października 1939 roku. Niestety nie cieszył się zbyt długo wolnością ponieważ 5 listopada został ponownie aresztowany i uwięziony najpierw w Nowym Mieście Lubawskim, a następnie w Brodnicy, Rypinie i Oborach. Od 22 lutego 1940 roku nieszczęśnika przetrzymywano w Grudziądzu, a później w od końca marca w Stutthofie. Proboszcz nowomiejskiej parafii ostatecznie skończył w Dachau, gdzie przewieziono go 14 grudnia 1940 roku, z numerem 22588. Dnia 16 sierpnia 1942 roku ks. Prypa został zamordowany w wieku 42 lat. Na wieść o jego śmierci administrator parafii w Nowym Mieście lubawskim, ks. Jan Manthey rozkazał bić w dzwony kościelne, przez co naraził się Selbstschutzowi i gestapo. Do dnia dzisiejszego w Kaplicy Działyńskich w nowomiejskiej bazylice znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona m.in. ks. Leonowi Prybie.


Innym duchownym, który zakończył swój żywot w Dachau był ks. wikariusz Aleksander Wilamowski, z tej samej parafii. Dużo więcej szczęścia miał inny nowomiejski wikariusz ks. Tadeusz Jasiński, który również trafił do Dachau z numerem 22767 i został wyzwolony przez armię amerykańską 29 kwietnia 1945 roku. Wielu duchownych z parafii rozsianych na terenie całej Polski i Ziemi Lubawskiej musiało się ukrywać przed Niemcami ze świadomością, że schwytanie oznacza automatyczne zesłanie do obozu. Jednym z takich duchownych był lokalny patriota ks. Józef Dembieński, prefekt wielu szkół średnich, redaktor naczelny endeckiej gazety Drwęca oraz kapelan domu zakonnego Zgromadzenia Sióstr miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytki) w Nowym Mieście Lubawskim, założyciel Towarzystwa Czytelni Ludowych w Łążynie i Towarzystwa Ludowego w Mostkach koło Chyloni. Duchowny przed wkroczeniem niemieckich wojsk do miasta wyjechał do rodziny mieszkającej na południu Polski. Następnie po kampanii wrześniowej w 1939 roku wrócił na Pomorze, gdzie ukrywał się, często zmieniając miejsca pobytu. 6 listopada 1939 roku został nawet aresztowany ale dzięki fałszywym dokumentom zwolniono go po kilku dniach. Później ukrywał się na południu kraju min. w Zebrzydowicach oraz w miejscowości Zarzyce Wielkie (powiat Wadowice), gdzie doczekał końca okupacji.


Wielu duchownych z Ziemi Lubawskiej ucierpiało w okresie okupacji. Nie sposób wszystkich wymienić. Chciałbym jednak wspomnieć o jeszcze kilku z nich. Jednym z księży, który nie przeżył zawieruchy wojennej był ks. Józef Szydzik, delegat biskupi na okręg Lubawa i zarazem tamtejszy proboszcz. W okresie międzywojennym przysłużył się swojej Ojczyźnie poprzez liczne akcje o oddźwięku patriotycznym. W 1926 roku założył, przy parafii chełmżyńskiej Katolickie Stowarzyszenie Robotników, a w roku 1928 wydał: „Kalendarz Kościelny dla Parafii Chełmżyńskiej na rok 1928. Posłaniec Błogosławionej Juty”. Został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 roku. Przewieziono go do obozu w Bydgoszczy, gdzie między 20 a 29 września został zamordowany śmiertelnym zastrzykiem przez niemieckiego lekarza.



Tablica upamiętniająca duchownych ze wsi Rumian, którzy zginęli podczas okupacji. Wszyscy dopełnili żywota w obozie koncentracyjnym w Dachau. Na tablicy m.in. ks. Oskar Hemrańczyk, proboszcz rumiański zabity 27 VII 1942 (fot. Tomasz Chełkowski)




Moje przemyślenia...
Często zastanawiam się dlaczego podczas II wojny światowej (1939-1945) na terenie mojego miasta oraz w sąsiednich miejscowościach doszło do tylu okrucieństw. Jak wytłumaczyć fakt, że ludzie żyjący przez wiele lat w przyjaźni we wrześniu 1939 roku przyjęli tak różne role: jedni stali się katami, a drudzy ofiarami. Nic przecież nie zapowiadało takiego przebiegu zdarzeń. Im bardziej zagłębiam się w lokalną historię z czasów okupacji tym większe przerażenie mnie ogarnia.

Życie w Nowym Mieście Lubawskim przed 1939 rokiem było niezwykle barwne. Polacy, Niemcy i Żydzi żyli obok siebie, a ich dzieci często się wspólnie bawiły. Ewangelicy wypili niejedno piwo razem z katolikami rozmawiając o polityce i błahostkach. Ulubionym miejscem mniejszości niemieckiej była kawiarnia u Rogowskiego. Tam nasi „Polscy Niemcy” bawili się i załatwiali swoje interesy. Najbardziej wpływowymi z nich byli: Hauptmann von Kluscher z Ostrowitego, doktor Geiger z majątku Mortęgi oraz Richardt z Czachówka, który często częstował polskich urzędników papierosami ze złotej antycznej szkatuły. Kolejnymi szanowanymi Niemcami był Henryk Modrow z Gwiździn, Richter z Bagna oraz czterej bracia Ortovius i wielu innych o których wspomnę później.

Mieszkańcy Ziemi Lubawskiej żyli z Niemcami w przyjaźni, byli dla nich uprzejmi i życzliwi. W latach trzydziestych XX wieku (przed wybuchem wojny) mordercy i pomordowani wspólnie cieszyli się życiem. Jedni z największych morderców Schneiderowie, właściciele dużego młyna i ziemi w Bratianie robili interesy z dwoma największymi kupcami zbożowymi Modrzejewskim oraz Nowaczykiem. Ich przyjacielem był Mieczysław Bork dyrektor Banku Ludowego w Nowym Mieście Lubawskim, który wpuszczał Schneiderów do swego gabinetu poza kolejką, a po załatwieniu interesów rozmawiał z nimi o sprawach codziennych. Poza tym mieszkańcy często w celu podkreślenia swojego szacunku dla narodowości swoich sąsiadów zwracali się do nich po niemiecku. Jak widzimy do 1939 roku w Nowym Mieście Lubawskim Niemcy i Polacy żyli w zgodzie, a nawet w przyjaźni. Dlaczego więc na początku okupacji doszło do takiej tragedii ? (poczytaj o mordach na okolicznej ludności)

To czego ogół opinii publicznej zaczął dowiadywać się po wojnie wstrząsnęło wszystkimi. Finałem przerażających wydarzeń z Nowego Miasta Lubawskiego i okolic był proces w Fuldzie. Na ławie oskarżonych zasiedli wówczas bracia Erwin i Gotfried Achilliusowie oraz bracia Georg i Herbert Schneiderowie. Oskarżono ich o dokonanie kilkuset morderstw na dawnych znajomych i przyjaciołach (takich jak Mieczysław Bork). Niestety wielu innych niemieckich morderców zdołało zbiec, dzięki czemu uniknęli procesu.

Opisy zbrodni dokonane przez okolicznych Niemców (najczęściej członków Selbstschutzu) są bardzo drastyczne. Mnie osobiście bardzo zszokowała historia Władysława Mówki, właściciela jedynej taksówki w Nowym Mieście Lubawskim. Pan Mówka w 1936 roku poszedł na 3 – miesięczne szkolenie wojskowe i na ten czas zatrudnił Erwina Achilliusa Niemca, który miał odpowiednie uprawnienia do prowadzenia pojazdu i godnie go zastępował. Taksówkarz wyjeżdżając do wojska powiedział do swojej żony: „Masz mu dawać dobrze jeść, żeby nas nie obgadał przed ludźmi”. Pani Mówka miała o nowym pracowniku dobrą opinię, a oto jej własne słowa: „Erwin jadł to samo co my. Powodziło się nam nieźle. Erwin był zażenowany, prosił mnie: - Niech Pani nie daje takich smakołyków, nie potrzeba. – Sypiał u nas. Byłam z niego zadowolona. Po kolacji chodził zawsze na spacery. Był uczciwy, z zarobionych pieniędzy rozliczał się sumiennie”.

Wrzesień 1939 roku dokonał wielkich zmian w ludzkich sercach, a wspomniany Erwin razem z bratem zabijał Polaków nie oszczędzając taksówkarza. Dlaczego?

Oto słowa żony Władysława Mówki wypowiedziane już po śmierci męża:
"- Uprzedzali mnie znajomi Niemcy: „Jak mąż pani wróci z wojny, to niech się szybko ubiera i wyjeżdźa stąd” Powtórzyłam mu to. Oburzył się: „Ja się nie boję, nikomu nic złego nie zrobiłem, mam czyste sumienie”.
2 listopada wieczorem mąż leżał na kozetce i bawił się z sześcioletnią córeczką. Stęsknił się za nią, bo w domu był dopiero kilka dni. Baraszkowali. Małą śmiałą się i ściskała go za szyję. Nagle zaświecił ktoś latarką w okno. Pukanie do drzwi. Weszli Danger i Papst (Niemcy). „Czy tu mieszka Mówka?” Ubierać się. Pójdzie pan z nami!” Mąż pożegnał się ze mną i z dzieckiem. Więcej go nie widziałam. Na drugi dzień poszłam do Selbstschutzu. W wejściu spotkałam Achilliusa, brata tego, który u nas pracował przed wojną „Wczoraj wieczorem mego męża aresztowano. Chciała się dowiedzieć, czy będzie wywieziony, czy pozostanie tutaj”. Zmierzył mnie wzrokiem i powiedział: „On tyle dostał, że już w życiu nic więcej nie będzie potrzebował”.
W kilka dni potem dowiedziałam się, że dwaj członkowie Selbstschutzu opowiadali sobie w restauracji o tym, jak katowali mojego męża. Podobno najpierw szarpał go pies, a potem rozebrali go i nagiego posadzili na rozpalonym piecyku. Jeszcze tej samej nocy wlekli go przywiązanego za samochodem do bratiańskiego lasku albo do Nawry, gdzie chowali pomordowanych”
.


Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali w całości niniejszy artykuł. Obowiązkiem okolicznych mieszkańców jest ocalenie tej wiedzy od zapomnienia. Jeśli ktoś chciałby się ze mną skontaktować, dowiedzieć z jakiej literatury korzystam lub podzielić jakimiś ciekawostkami z historii Nowego Miasta Lubawskiego, Lubawy, Lidzbarka Welskiego i wszystkich okolicznych wsi to niech pisze na maila ziemialubawska885@gmail.com



Podobne artykuły:
7 grudnia 1939. Pamiętamy. (artykuł, ze zdjęciami opisujący mordy na Polakach).

Obóz dla dzieci w Lubawie. (zobacz jaki los zgotowali Niemcy polskim dzieciom)

Hitlerowskie obozy dla żydowskich kobiet (mój artykuł na stronie „HistoriaMi” poświęcony obozom na ziemi lubawskiej)




Artykuł zaktualizowany dnia: 30 XII 2014




Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)