niedziela, 10 marca 2019

Bursztyn skarb naszych przodków, który zdobił i leczył



Wstęp:

Prusowie zamieszkiwali tereny na wschód od Wisły, obejmujące część obecnego województwa kujawsko-pomorskiego, całe warmińsko-mazurskie oraz rosyjski obwód kaliningradzki. Można śmiało stwierdzić, że pruskie plemiona były przodkami niektórych Polaków. Prusowie słynęli z długowieczności, rzadko chorowali i byli często uśmiechnięci. Częściowo taki stan rzeczy zawdzięczali temu co jedli i pili. Pisałem o tym w artykule pt.: "Prusowie z Ziemi Lubawskiej i ich sekret długowieczności". Naiwny jednak będzie ten, który stwierdzi, że dieta była jedynym sekretem długowieczności Prusów. 



Bursztyn:

        Bursztyn był znany i ceniony już w starożytności. Nasi przodkowie z Ziemi Lubawskiej, a szerzej mieszkańcy całych Prus traktowali bursztyn w sposób wyjątkowy, wytwarzali z niego ozdoby oraz wierzyli w jego właściwości lecznicze. Wszak bursztyn był skarbem, o który zabiegali możni tego świata. W czasach antycznych cesarze Rzymu, a później cesarze niemieccy. Bursztyn kupowali też możni z Bliskiego i Dalekiego Wschodu, zwłaszcza z Biznacjum.  W epoce antycznej i wczesnym średniowieczu kupcy pruscy wędrowali po całym świecie, pływali po Morzu Bałtyckim do krajów skandynawskich, byli wszędzie tam gdzie był popyt na bursztyn. Dzięki temu Prusowie stali się bardzo bogaci. Moim zdaniem ten cenny skarb był jednym z powodów podboju Prus w XIII wieku przez Zakon krzyżacki.
        Bursztyn ceniono z dwóch powodów. Ponieważ był piękną ozdobą i leczył wiele chorób. W XXI wieku ludzie jakby zapomnieli o cudownych właściwościach rzeczy, które stworzył Bóg lub Natura. Nie mam na myśli tylko bursztynu ale też gorczycę, srebro koloidalne, zioła, moc soków, moc diety itp. Wróćmy jednak do meritum, czyli bursztynu. Poniżej prezentuję spis chorób i dolegliwości przy leczeniu których warto się wspomóc bursztynem.



        1. Już 1000 lat p.n.e bursztyn był drogim i pożądanym cackiem, a starożytni magowie i medycy zalecali nosić go bezpośrednio na ciele, ponieważ wtedy zachowuje się zdrowie przez długie lata, młody wygląd i wesołe usposobienie, a mózg na starość nie będzie płatał figli, czyli nie dojdzie do demencji starczej. Już wtedy odkryto, że przedmioty z bursztynu: wisiory, bransolety, korale i inna biżuteria oczyszczają atmosferę, wprowadzają miły nastrój, a także posiadają moc godzenia zwaśnionych osób. 

        2. Święta Hildegarda z Bingen, niemiecka mistyczka i zielarka, pisała, że spożywanie bursztynu w formie nalewki na piwie, winie lub wodzie pomaga przy bólach brzucha i bólach pęcherza. Warto w tym miejscu dodać, że lekarze arabscy polecali bursztyn na wiele chorób między innymi biegunkę i krwotoki.

        3. Specjaliści od medycyny naturalnej uważają np., że każdego z nas otacza pole elektromagnetyczne. Na skutek stresu czy choroby pojawia się w nim nadmiar ładunków dodatnich. Tymczasem nasz organizm funkcjonuje prawidłowo, gdy między ładunkami dodatnimi i ujemnymi istnieje równowaga. To dzięki bursztynowi, który wytwarza przyjazne nam ładunki ujemne, możemy ją odzyskać. Badania wykazały, że kamień ten zawiera wiele cennych mikroelementów: krzem, magnez, żelazo, wapń, potas, związki organiczne połączone z jodem, substancje lotne, kwasy żywiczne. Korzystnie na nasze zdrowie wpływa jednak bursztyn surowy, czyli nieszlifowany. Ma wtedy właściwości antybakteryjne, ułatwia gojenie, a także obniża ciśnienie tętnicze, wzmaga wydzielanie żółci, uspokaja, aktywizuje organizm do walki z chorobami i do regeneracji".

        4. Nalewkę bursztynową na rozmaite dolegliwości stosował ojciec Klimuszko. Jego nalewka działa na bóle głowy i zmęczenie; leczy zapalenie oskrzeli i profilaktyczne może być stosowana w okresie przeziębień i grypy. Nalewka ojca Klimuszki obniża ciśnienie tętnicze, wspomaga wydzielanie żółci, pobudza reakcje odpornościowe organizmu, ułatwia gojenie ran, zapobiega tworzeniu się zmarszczek,. Pomaga przy chorobach górnych dróg oddechowych, nieżytach, zatruciach, niedomaganiach mięśnia sercowego. Nalewkę ojca Klimuszki można łatwo kupić w wielu sklepach zielarskich.


Naszyjnik bursztynowy.
           

Uroda pruskich kobiet

            Pruskie dziewczęta  tak samo jak obecnie Polki były znane ze swej urody. Były pożądane najczęściej przez Duńczyków i wikingów, którzy porywali je przy każdej nadarzającej się okazji. Powiedzmy sobie szczerze piękna Prusinka albo Polka (Słowianka) jako żona bądź służąca (niewolnica) marzyła się wielu średniowiecznym mężczyznom. Do dziś wielu mężczyzn z Zachodu zachwyca się urodą naszych dziewcząt. Dlaczego Prusinki były takie ładne? Czy to z powodu zdrowego stylu życia o którym już pisałem? Pewnie w znacznym stopniu tak, wszak wygląd zewnętrzny oraz zdrowie są zależne od tego co człowiek je i pije oraz jak spędza wolny czas.

            "Ludzie ci mają błękitne oczy, czerwoną twarz i długie włosy" tak o wyglądzie Prusów pisał żyjący w XII wieku kronikarz Helmold. Opisy o niebieskich, błękitnych oczach pojawiają się u kilku kronikarzy i pokrywają się z wynikami badań archeologicznych. Jak podaje Lech Z. Niekrasz:
"Prus, podobnie jak Polak i Skandynaw w wiekach średnich był postawnym mężczyzną o jasnej cerze, jasnych włosach i oczach. Kobiety pruskie swym wyglądem również przypominały Słowianki".

Cechą charakterystyczną pruskich dziewcząt była umiejętność łączenia wielu pozytywnych cech. Z jednej strony były piękne i potrafiły się ładnie ubrać, a z drugiej w swoich domach na zwykłych krosnach umiały wytwarzać wełniane i lniane ubrania (m.in. kaftany, płaszcze, koszule, futrzane czapki i spodnie zwane lagno), które mogły śmiało konkurować (jak byśmy to dziś nazwali) z zagranicznymi wyrobami.

Prusinki ceniły biżuterię, z bursztynu, miedzi i mosiądzu. Lubiły bransolety i naszyjniki oraz kółka wieszane na uszach. Znaleziska archeologiczne dostarczają nam wielu informacji dowodzących tego, że Prusowie, a przede wszystkim ich płeć piękna dbali nie tylko o higienę ale też o swój wygląd - kościane grzebyki z brązowymi okuciami, ażurowe zapinki, zawieszki, naszyjniki, wisiorki, zausznice i wiele innych ciekawych znalezisk zostało odkrytych dzięki archeologom.

W wielu książkach możecie przeczytać, że niby Prusowie nie cenili bursztynu, a pruskie kobiety nie nosiły bursztynowej biżuterii. Sławomir Klec Pilewski w swoim artykule (link - 
http://prusowie.pl/historia/dysputy_pilewski-1.php) podważa tego typu teorie. Ja również się z nim zgadzam. 

Pisanie o Prusinkach, nie noszących bursztynowej biżuterii jest (delikatnie mówiąc) niepoważne. Jak można mówić, że Prusai nie cenili swojego skarbu, po który od setek (a może nawet tysięcy) lat przybywali kupcy z Italii i Bliskiego Wschodu? To tak jakby dziś ktoś powiedział, że Polacy nie lubią piwa albo piłki nożnej. Moim zdaniem Prusinki lubiły bursztynowe ozdoby, ponieważ był to ich "narodowy skarb", a ci którzy piszą inaczej są w błędzie, mylą się tak samo jak osoby opowiadające teorie typu: "ludzie w średniowieczu się nie myli i żyli krótko". Wszystko wskazuje na to, że w średniowieczu ludzie jednak się myli, a osób osiągających wiek 60-70 lat nie brakowało. 

Naszyjnik bursztynowy.


Jest wiele osób, którym pomógł kontakt z bursztynem. Postanowiłem, że poszperam w wirtualnym świecie i poszukam osób, które powróciły do zdrowia dzięki bursztynowej biżuterii i bursztynowym nalewkom. Oto kilka przykładów, które udało mi się znaleźć:


1. Migrena: 
"Spotkałam się nad morzem z pewną uzdrowicielką. Ona mi doradziła, żeby nosić kamień bursztyn na szyi, że ma moc uzdrowicielską i do mojego temperamentu pasuje właśnie bursztyn. Czy to możliwe, że leczenie bursztynem jest skuteczne? Ja wcześniej nie wierzyłam, że takie coś może działać. Jednak ja nie mam już migren, które mnie męczyły od bardzo dawna. Czuje się o wiele lepiej"

"Bursztyn można nawet pić, co likwiduje bóle głowy. Drobne kawałki bursztynu zalać oczywistym czystym spirytusem. Odstawić należy na 10 dni w ciepłe miejsce. Od czasu do czasu trzeba wstrząsnąć. Po tym czasie nalewka jest już gotowa. Po wyczerpaniu nalewki można rozdrobnić bursztyn i następnie zalać. Bursztyn trzeba zalewać tylko 2 razy" - źródło:  http://www.kfd.pl/leczenie-bursztynem-141727.html/#ixzz2t2oy6geZ



2. Nadczynność tarczycy: 
"jak byłam dzieckiem, wykryto u mnie nadczynność tarczycy, która w dodatku ciągle się powiększała. Straszono mnie operacją, bo pomimo leczenia. I jakoś tak zaczęłam nosić korale z bursztynu takie nieoszlifowane i po jakimś czasie wszystko wróciło do normy" źródło: http://f.kafeteria.pl/temat.php?id_p=3660921&start=30


3. "Bóle gardła, choroby tarczycy, infekcje dróg oddechowych, dolegliwości przewodu pokarmowego - dobrym sposobem jest zaszycie w materiale chustki lub szalika kawałków bursztynu i częste ich noszenie, a także biżuteria z bursztyny- korale, naszyjniki, wisiorki itp. z nieoszlifowanego bursztynu. Bolącą szyję warto nacierać rozgrzewającą nalewką bursztynową" - źródło: http://bursztyny.istore.pl/pl/static/bursztyn-w-medycynie-naturalnej.html (link przestał działać jakiś czas temu)



Ciekawostka o leczniczej mocy bursztynu: 
Wiara w dobroczynne działanie bursztynu jest poparta wynikami badań naukowych. Odkryto, że kwas bursztynowy działa jak biostymulator - pobudza system nerwowy, reguluje pracę nerek i jelit, jest środkiem przeciwzapalnym i antytoksycznym. Na bazie tego składnika wyrabia się maści i kremy na dolegliwości reumatyczne, astmatyczne, owrzodzenia i podrażnienia skóry oraz na schorzenia oskrzeli, gardła i tarczycy. Kwas i olej uzyskane z bursztynu wykorzystywane są też przez przemysł kosmetyczny, gdyż niszczą wolne rodniki i bakterie oraz mają właściwości dezynfekujące, a także łagodzące skutki oparzeń i ukąszeń owadów. Z tych względów producenci prześcigają się w oferowaniu wciąż nowych pomysłów na wykorzystanie bursztynu - na rynku można dostać wypełnione bursztynem materace i poduszki, maty dla zwierząt, wkładki do butów z bursztynowym miałem, wsporniki pod plecy i szyję dla kierowców, bursztynowe kadzidełka i wiele innych tego typu przedmiotów.

Jak się więc okazuje, bursztyn z Bałtyku nieprzypadkowo przez całe tysiąclecia funkcjonował jako panaceum na bardzo wiele schorzeń. Taką legendą i uzasadnioną wiarą otoczony jest również w dniu dzisiejszym.



Przepis na bursztynową nalewkę

Rozkruszamy bursztyn (jantar) w moździerzu – 5 gram i zalewamy 96 procentowym spirytusem – 1/2 litra. Przechowujemy w ciepłym miejscu, wstrząsając co jakiś czas. Do użytku po dwóch tygodniach. Powinno się pić codziennie herbatę z trzema kroplami nalewki bursztynowej, która przeciwdziała przeziębieniom. Z kolei nacieranie piersi i pleców nalewką obniża temperaturę ciała. Bursztyn łagodzi arytmię serca, bóle głowy i dolegliwości krążeniowe.

Czyż to nie wystarczające powody, aby po kolejnym sztormie czy silniejszym morskim wietrze wyruszyć na nadmorski spacer w poszukiwaniu bałtyckiego złota?

Źródło: BIO, 3/2011, str. 110-113, www.gazetakaszubska.pl 




Bursztyn - Amber Route
 gra komputerowa

"W zamierzchłych czasach, kiedy ludzkość nie znała jeszcze samolotów, kolei żelaznych ani ogromnych ciężarówek, a większą część ziem nad Wisłą porastały nieprzebrane puszcze i bory, kupieckie karawany przebijały się przez dziewicze ostępy w drodze po jeden z najcenniejszych skarbów antycznego świata –  bursztyn. Droga najeżona była oczywiście niebezpieczeństwami, z których bandyci stanowili najmniejszy problem. Starożytne ziemie kryły wówczas bowiem brukołaki, topielce, dziwożony, strzygi i wszelkiego rodzaju potworności tylko czekające na nieostrożnych podróżnych. W taki właśnie czas przenosi gracza Amber Route, karcianka polskiego studia Mobile Wings Interactive. 




Autor: Tomasz Chełkowski


Kontakt: 
ziemialubawska@protonmail.com




Wszelkie prawa zastrzeżone!
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

niedziela, 24 lutego 2019

Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach (powiat nowomiejski, historyczna Ziemia Lubawska)

Zabytkowa remiza Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach (przy drodze głównej, koło Rogozińskich – Wiśniewskich), zbudowana w 1936 roku. Do lat 90 – tych znajdowała się w niej stara zabytkowa sikawka z 1918 roku oraz motopompa, którą w razie pożaru strażacy z OSP ładowali na przyczepę podczepioną do ciągnika i jechali walczyć z ogniem. Odrestaurowana zabytkowa sikawka od kilku lat stoi pod specjalnym daszkiem przed remizą OSP w Gwiździnach

Wstęp.
Ochotnicze Straże Pożarne są jedną z najpopularniejszych organizacji społecznych. Wiele z nich powstało jeszcze w okresie zaborów i od początku swojego istnienia odwoływało się do swojej polskości. Druhowie z licznych OSP, we wszystkich zaborach organizowali życie kulturalne na wsi. Okoliczna ludność często mogła bawić się w remizach, które były najczęściej jedynym miejscem rozrywki, miejscem promowania polskiej kultury i polskich wartości. Organizacje takie jak OSP niewątpliwie przyczyniły się do odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918.

            Wiele jednostek strażackich ma bardzo długi rodowód, długoletnie tradycje są w nich przekazywane z pokolenia na pokolenie. Tradycje te są bardzo ważne, szczególnie w obecnych czasach zdominowanych przez rozmaite prądy niszczące wartości takie jak rodzina, wiara i ojczyzna. Mimo tego druhowie z OSP dalej trwają przy swoich wartościach, nie boją się narażać życia kiedy bliźni jest w potrzebie, nie wstydzą się pokazywać swojego przywiązania do ojczyzny. 

Na chwilę obecną nie dysponujemy materiałem, który by pozwolił ustalić  dokładną datę powstania straży w Gwiździnach (wsi położonej w okolicy Nowego Miasta Lubawskiego), najbardziej odległa w czasie wzmianka dotycząca sikawki gaśniczej oraz remizy strażackiej zbudowanej w tej miejscowości pochodzi z lat 90 – tych XIX wieku. Oznacza to, że istniała już wówczas jakaś zorganizowana grupa ludzi odpowiedzialna za gaszenie pożarów. Gdyby udowodniono, że grupa ta była zarejestrowaną Ochotniczą Strażą Ogniową to wówczas OSP w Gwiździnach zaliczałaby się do najstarszych na Ziemi Lubawskiej. W pozostałych wsiach straże powstały w: Skarlin 1900 r., Radomno 1902 r., Nowy Dwór 1903 r., Mroczno 1905 r., Mroczenko 1906 r., Jamielnik 1919 r., Marzęcice 1912 r., Łąkorz 1923 r., Tereszewo 1926 r. oraz w Bratianie w roku 1926.



Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach

Początki jednostki pożarniczej z Gwiździn są owiane nutką tajemnicy. Na chwilę obecną nie znamy dokładnej daty powstania jednostki. Najstarsza znana nam wzmianka zapisana w szkolnej kronice pochodzi z ostatnich lat XIX wieku. Ówczesny kierownik szkoły, Niemiec Franz Lahsmann, który prowadził kronikę od 20 IV 1894 do 1 VI 1899 roku zapisał, że „w ostatnim czasie została zbudowana przy wiejskiej kuźni remiza strażacka, żeby sikawka pożarna była w każdej chwili do dyspozycji mieszkańców w przypadku pożaru”. We wsi była więc sikawka, którą zakupiono jeszcze przed wybudowaniem remizy. Mało prawdopodobne jest to, że w razie pożaru gaszono ogień w myśl zasady „kto pierwszy dobiegnie do sikawki ten gasi”. Moim zdaniem sołtys oraz dziedzic z majątku (folwarku) w Gwiździnach wybrali kilka osób, które stworzyły pierwszą straż ogniową we wsi.

Prawdopodobnie twórcą pierwszej straży ogniowej, a później Ochotniczej Straży Pożarnej był dziedzic z majątku w Gwiździnach, którym od 1854 był kapitan Conrad, a po nim od 1886 do 1899 roku jego syn, porucznik Ernst Conrad. Zasługi pierwszego ze wspomnianych dziedziców są bardzo duże. Kapitan Conrad odbudował stary dwór na majątku we wsi, kazał rozebrać zniszczone upływem czasu budynki, a w ich miejsce wznieść nowe, powiększył majątek kupując 10 chat chłopskich (prędzej należących do wsi) i przyczynił się do rozwoju majątku, a później wsi – m.in. dzięki niemu powstał nowy trakt (droga) z Gwiździn do Nowego Miasta Lubawskiego. W Kronice Szkoły w Gwiździnach odnotowano, że za jego rządów ilość mieszkańców folwarku wzrosła do 160, a wsi do ok. 500. Dla porównania obecnie wieś, łącznie z terenami po dawnym majątku liczy ok. 800 mieszkańców. Jest wielce prawdopodobne, że dziedzic ten chcąc zadbać o dobrze prosperujący majątek oraz przylegającą do niego wieś w okresie swoich rządów (1854 – 1886) zakupił wzmiankowaną w kronice sikawkę pożarniczą.




Przedwojenne zdjęcie z członkami Ochotniczej Straży Ogniowej w Gwiździnach przy nieistniejącej już remizie, która znajdowała się obok kuźni za szkołą. Po wojnie oba budynki należały do kowala Władysława Jabłońskiego. Niestety tożsamość większości z tych osób pozostaje dla nas tajemnicą. Wiemy tylko, że w przedostatnim rzędzie od prawej stoi Dąbrowski, obok niego Konstanty Kopański (Kostek); czwarty od prawej w tym samym rzędzie to Leonard Domżalski, sołtys wsi, któremu w kwietniu 1939 roku spłonął dom kryty strzechą. W pierwszym siedzącym rzędzie (na krzesełkach)  po lewej stronie tajemniczej postaci w kapeluszu (nauczyciela? Wójta?) w czapce, bez munduru siedzi Jan Cegielski – w jego domu, w latach 1934 – 1937, znajdowała się opisana prędzej kaplica, w której odprawiano Mszę św. (fot. Krzysztof Kliniewski).


Folwark i wieś

W tym miejscu chciałbym poświęcić kilka słów dziejom dworu (folwarku) w Gwiździnach. Najpierw należy wyjaśnić, że od czasów średniowiecznych folwark i wieś stanowiły dwa oddzielne organizmy. Wieś była zarządzana przez sołtysa, a w folwarku rozporządzał szlachcic, zwany też dziedzicem, a w dawniejszych czasach prawdopodobnie rycerzem. Określenie folwark nie tyczy się tylko samego dworu, ale też wielu hektarów pól i chłopskich chat, których mieszkańcy należeli do pana z folwarku, byli jego pracownikami, odrabiali u niego pańszczyznę. W Gwiździnach od najdawniejszych czasów graniczyły, więc ze sobą oba organizmy, zarówno folwark jak i wieś, w której znajdowało się jedno większe gospodarstwo sołtyskie i kilkanaście mniejszych.

Najstarsze wzmianki o wsi pochodzą z 1414 roku. Posiadamy jednak o wiele starsze informacje na temat tak zwanego klucza kurzętnickiego. Już wyjaśniam, o co chodzi. W XIII wieku Ziemię Lubawską podzielono administracyjnie na trzy „części”, tzw. klucze. Podział ten utrzymywał się przez setki lat. Były to: klucz kurzętnicki należący do kapituły chełmżyńskiej mającej swojego przedstawiciela na zamku w Kurzętniku; wójtostwo bratiańskie z siedzibą na zamku w Bratianie pozostające we władaniu Zakonu krzyżackiego oraz klucz lubawski należący do biskupa diecezji chełmińskiej rezydującego na zamku w Lubawie.

Gwiździny od początku swego istnienia znajdowały się w granicach klucza kurzętnickiego. Najstarsze wzmianki opisujące ten teren, na którym później powstały m.in. wsie Gwiździny, sąsiednie Krzemieniewo oraz zamek i miasto Kurzętnik pochodzą z roku 1291. Biskup diecezji chełmińskiej Werner oddał wówczas wszystkie posiadłości z klucza kurzętnickiego kapitule chełmżyńskiej, która sprawowała nad nimi rządy do 1772 roku, czyli pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. Jeden z duchownych należących do kapituły, której siedziba znajdowała się przy katedrze w Chełmży pełnił stanowisko kasztelana na zamku w Kurzętniku. Kasztelan mieszkał na zamku w Kurzętniku, zarządzał okolicznymi dobrami i zbierał podatki dla kapituły.

            Podatkami w średniowieczu była dziesięcina oraz naturalia np. zboże. Zobowiązane do ich płacenia były wszystkie wsie, których właścicielem była kapituła, a więc Gwiździny, Mroczno, Krzemieniewo, Boleszyn, Tylice i inne miejscowości znajdujące się w granicach klucza kurzętnickiego. Warto dodać, że chłopi musieli odrabiać pańszczyznę w folwarkach. W Gwiździnach folwark, w średniowieczu zwany gospodarstwem rycerskim był „na miejscu”. Pańszczyzna wynosiła ok 40 dni w roku i aż do początków XVI wieku w Polsce i na Ziemi Lubawskiej nie była ona dla chłopów zbyt uciążliwa. Poza tym chłopi czerpali z niej liczne korzyści, ponieważ Pan, któremu służyli dbał o nich, zapewniał opiekę medyczną i robił wszystko, co było możliwe, aby chłop zdrowo żył i był w stanie pracować.


Niestety nie dysponujemy zbyt wieloma źródłami, które by nam przybliżyły wzajemne relacje między panem z dworu i sołtysem ze wsi. Wiemy, że w czerwcu 1446 roku kapituła chełmżyńska, do której należała ta część Ziemi Lubawskiej (tzw. klucz kurzętnicki), sprzedała Kacprowi Bertoldowi cztery włóki ziemi na sołectwo. Pierwsze dokumenty, w których wzmiankuje się o folwarku pochodzą z XVII wieku. Najstarszy z nich wspomina, że w roku 1605: „wieś Gwiezdziny ma włok wszystkich 89. Plebańskich włok 5. Lemanskich włok 2. Folwarku włok 12. Gburskich 48. Naiemnych włok 22”. W tym samym dokumencie odnotowano nazwiska ówczesnych mieszkańców: Chanzelek, Kośmider, Naygucki, Noszka, Smaka, Sołyga, Serwathka, Drya, Szymanski, Suszk, Chmiel, Piotrek, Pyk, Stary Casper, Pyczka, Gbur, Bartnik, Słomka, Swider, Sobieray, Lukasz, Gayda, Przytuła, Dias, Faltyn, Kuśnierz, Pewny. Poza tym wiemy, że w XVII wieku w Gwiździnach przy folwarku znajdowało się więzienie.

Warto jeszcze dodać, że w 1605 r. buntownicy (rokoszanie) Mikołaja Zebrzydowskiego zniszczyli we wsi wiele budynków oraz wypędzili z Gwiździn mieszkańców folwarku. Mikołaj Zebrzydowski był marszałkiem wielkim koronnym, który w 1605 r. stanął na czele buntowników sprzeciwiających się reformom wprowadzanym przez króla Zygmunta III Wazę. Był to bunt szlachty przeciw polskiemu królowi, który zakończył się krwawą bitwą 5 lipca 1607 r. pod Guzowem. Liczącą ok. 10 tys. piechoty i ponad 3000 jazdy armią króla polskiego dowodzili hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski i hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz.

Ciekawe wzmianki dotyczące Gwiździn podaje Stanisław Grabowski, który cytuje ze starych źródeł, że we wsi w 1570 roku było „Kmieci osiadłych 26, włók 80 z sołtyskiemi; z każdej włóki gr. 20. Kowal z rzemiosła gr. 2. 3 krawcy z rzemiosła gr. 6. Ogrodnik z kupnego ogrodu gr. 6. Ogrodników 13, którzy robią panom swym od każdego po 2 gr. Z karczmy kupnej gr. 20, od gorzałki palenia gr. 12, od gorzałki szynkowania gr. 6”.

Kolejnym źródłem informacji o folwarku i wsi jest Kronika Szkoły w Gwiździnach, w której niemiecki nauczyciel w drugiej połowie XIX wieku zapisał, że miejscowość Gwiździny składa się ze wsi i majątku Gwiździny. „Do wsi należą 52 chaty, do majątku 20 chat". Wcześniej domy mieszkalne obu miejscowości były ze sobą bardziej związane niż dzisiaj. 

W 1854 roku właściciel ziemski kapitan Conrad, którego starszy syn, porucznik Ernst Conrad jest właścicielem od roku 1886, kupił ten majątek. Założył on obecny obszerny dwór. Kazał zlikwidować drewniane, stare i małe budynki gospodarcze, w miejsce, których nakazał wznieść okazałe, masywne budynki. Piękny dom mieszkalny też został zbudowany przez niego. Conrad polecił także zlikwidować w większości z gliny zbudowane chaty i postawić budynki mieszkalne leżące w kierunku Neumark (Nowe Miasto). Zakupił on również 10 chat chłopskich, przez co majątek Gwiździny znacznie się powiększył. Natomiast we wsi Gwiździny w tym czasie liczne gospodarstwa upadły”.

Obecny dwór został zbudowany w latach 20 – tych XX wieku na fundamentach poprzedniego wzniesionego w XIX wieku przez kapitana Conrada, który kupił majątek Gwiździny w 1854 roku. Zwrot „założył on obecny obszerny dwór” zawarty w cytowanym prędzej fragmencie kroniki szkolnej może sugerować, że dwór został zbudowany od podstaw. Niestety nie wiemy zbyt wiele o losach majątku przed 1854 rokiem. Prawdopodobnie wszystkie wzmianki, zarówno te najstarsze, jak i współczesne dotyczą budynku, który stał w tym samym miejscu i był wielokrotnie palony oraz odbudowywany. Nie mamy podstaw, aby przypuszczać, że dwór napadnięty i prawdopodobnie zniszczony w 1605 roku przez buntowników (rokoszan Zebrzydowskiego) znajdował się w innym miejscu.  




Zdjęcie strażaków z Gwiździn, które zdobyłem pod koniec 2014 roku od Pani Edyty Tochy wnuczki Jana Domżalskiego.


Zdjęcie strażaków z Gwiździn, które zdobyłem pod koniec 2014 roku od Pani Edyty Tochy wnuczki Jana Domżalskiego.


Kiedy powstała jednostka OSP Gwiździny?


Niestety jak już wspomniałem nie znamy dokładnej daty powstania Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach. W powszechnym przekonaniu panuje pogląd, że OSP Gwiździny utworzono w 1910 r. Myślę, że data ta jest bardzo prawdopodobna, co postaram się wykazać w dalszej części artykułu. Ciekawe jest to, że najstarsza znana nam wzmianka zapisana w szkolnej kronice pochodzi z ostatnich lat XIX wieku. Ówczesny kierownik szkoły w Gwiździnach, Niemiec Franz Lahsmann, który prowadził kronikę od 20 IV 1894 do 1 VI 1899 roku zapisał, że „w ostatnim czasie została zbudowana przy wiejskiej kuźni remiza strażacka, żeby sikawka pożarna była w każdej chwili do dyspozycji mieszkańców w przypadku pożaru”. We wsi była, więc sikawka, którą zakupiono jeszcze przed wybudowaniem remizy. Kronika nie wspomina jednak nic o utworzeniu profesjonalnej straży posiadającej własne organy.

Moim zdaniem pod koniec XIX w. sołtys oraz dziedzic z majątku (folwarku) w Gwiździnach zbudowali remizę dla zakupionej prędzej sikawki, o której wspomina kronika szkolna, a następnie wybrali kilka osób, które stworzyły podwaliny przyszłej straży ogniowej we wsi. Moim zdaniem taka interpretacja powyższego fragmentu kroniki z 1899 r. jest najbardziej rozsądna. Były to etapy tworzenia profesjonalnej jednostki, którą oficjalnie zarejestrowano w roku 1910. Stąd tak silne przekonanie mieszkańców, że to właśnie wtedy powstała w ich wsi OSP.

Niestety remiza oraz kuźnia, które znajdowały się za szkołą (przy drodze na cmentarz) nie dotrwały do naszych czasów. Wiemy, że w okresie powojennym do lat 70 – tych XX w. budynki te jeszcze istniały i należały do kowala Władysława Jabłońskiego. Po śmierci właściciela zostały zburzone – obecnie w tym miejscu znajduje się parking szkolny. W Gwiździnach stoi, co prawda stara remiza, ale przy drodze głównej (koło Rogozińskich – Wiśniewskich), w zupełnie innym miejscu niż ta wzmiankowana w kronice. Możliwe, że jeszcze w okresie międzywojennym stara remiza została przebudowana na dom mieszkalny, a na potrzeby straży w 1936 roku zbudowano nowy, mniejszy budynek – widoczny na zdjęciu na początku artykułu.

W moim mniemaniu powinno się przyjąć, że Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach powstała w 1910 roku. Wydaje się, że ta data jest poprawna. Warto jednak zaznaczyć, że we wspomnianej Kronice Szkoły w Gwiździnach ówczesny kierownik szkoły Sadowski zapisał, że w roku 1910 „w gminie nie zaszły żadne zmiany godne odnotowania. Żniwa wypadły tego roku dobrze. Zboże, szczególnie jare opłacało się znakomicie, a ceny były wysokie. Bydło i świnie długo utrzymywały dobrą cenę. Przez to sytuacja chłopów znacznie poprawiła się. Wraz z dobrobytem silnie zakorzeniły się w gminie egoizm i ciemnota. Na skutek budowy kolei z Nowego Miasta [Lubawskiego – przyp. autora] do Zajączkowa zostanie latem 1910 roku przekształcona w trakt droga pomiędzy Tylicami a Gwiździnami, dotąd zimą zupełnie nieprzejezdna. Na jej budowę gmina przyznała pomoc 200 marek. Za to mieszkańcy wsi mają wygodną ulicę do Tylic”. To już cały wpis odnoszący się do roku 1910. Może się wydawać, że gdyby wówczas faktycznie we wsi powstała straż pożarna to nauczyciel odnotowałby tak ważne wydarzenie. Ja jednak uważam inaczej. Tradycje pożarnicze we wsi były o wiele starsze, stąd wzmianka, z 1899 r. o budowie remizy i sikawce. Rejestracja jednostki w 1910 r. była raczej formalnością, prawnym uregulowaniem, o którym kronikarz nie miał powodu wspominać. W każdej społeczności żyją ludzie, którzy lubią pomagać, na ochotnika zgłaszają się do np. do gaszenia pożarów. Gwiździny nie są tu wyjątkiem. Podejrzewam, że już w XIX w. kiedy wybuchał pożar w stronę sikawki w remizie nie biegli wszyscy mieszkańcy wsi. Pożar gasili ochotnicy zaakceptowani przez sołtysa, dziedzica i zapewne proboszcza, ochotnicy, którzy z biegiem czasu utworzyli prawdziwą jednostkę straży pożarnej i zarejestrowali ją w roku 1910.

Kronikarska wzmianka o budowie remizy w drugiej połowie XIX wieku, w której przechowywano sikawkę wydaje się potwierdzać to, co prędzej napisałem. Prawdopodobnie twórcą pierwszej straży ogniowej, a później Ochotniczej Straży Pożarnej był dziedzic z majątku w Gwiździnach, którym od 1854 był kapitan Conrad, a po nim od 1886 do 1899 roku jego syn, porucznik Ernst Conrad. Zasługi pierwszego ze wspomnianych dziedziców są bardzo duże. Kapitan Conrad odbudował stary dwór na majątku we wsi, kazał rozebrać zniszczone upływem czasu budynki, a w ich miejsce wznieść nowe, powiększył majątek kupując 10 chat chłopskich (prędzej należących do wsi) i przyczynił się do rozwoju majątku, a później wsi – m.in. dzięki niemu powstał nowy trakt (droga) z Gwiździn do Nowego Miasta Lubawskiego. W Kronice Szkoły w Gwiździnach odnotowano, że za jego rządów ilość mieszkańców folwarku wzrosła do 160, a wsi do ok. 500. Dla porównania obecnie wieś, łącznie z terenami po dawnym majątku liczy ok. 800 mieszkańców. Jest wielce prawdopodobne, że dziedzic ten chcąc zadbać o dobrze prosperujący majątek oraz przylegającą do niego wieś w okresie swoich rządów (1854 – 1886) zakupił wzmiankowaną w kronice sikawkę pożarniczą.

W 1886 roku majątek w Gwiździnach przejął porucznik Ernst Conrad. Za jego czasów Gwiździny obejmowały obszar „5590 mórg, 140 budynków oraz 63 domy mieszkalne”. Poza tym we wsi mieszkało 498 katolików i 52 ewangelików. Warto wspomnieć, że przewaga katolików nad ewangelikami była charakterystyczną cechą miast oraz wsi na Ziemi Lubawskiej. Dla porównania w tym samym okresie w Kurzętniku mieszkało 892 katolików i 135 ewangelików.

Porucznik Ernst Conrad, właściciel majątku w latach 1886 – 1899, wydzierżawił ziemię kapitanowi Wilhelmowi Modrowowi z Alt Paleschken (Starych Polaszek) pod Berent. Wspominają o nim różne rolnicze czasopisma z drugiej połowy XIX oraz z pierwszej połowy XX wieku, w których wychwala się hodowane przez niego od 1887 roku w Gwiździnach w powiecie lubawskim ziemniaki odmiany Modrow

Wieś oraz majątek dzięki uprawie ziemniaków, a w okresie międzywojennym i odrodzonej po zaborach Polsce dodatkowo dzięki hodowli kwiatów i sadownictwie, stała się dość znana w regionie. Latem 1899 roku Wilhelm Modrow odkupił majątek i dzierżawioną ziemię od kapitana Conrada. Jak podaje kronika szkolna: „Tym samym po 45 latach majątek przeszedł w inne ręce”. W 1925 roku przekazał go synowi Henrykowi, który rządził nim do 1945 roku. W styczniu tego roku na teren Ziemi Lubawskiej wkroczyli Rosjanie (Armia Czerwona), którzy wypędzili Niemców i zakończyli rządy rodziny Modrowów w Gwiździnach.

Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach przy sikawce zakupionej w roku 1918. Zdjęcie zrobiono w okresie międzywojennym przy bramie wjazdowej na gospodarstwo Kopańskich. Strażak pierwszy od prawej nazywa się Dembieński Jan, obok niego stoi Kopański. Drugi od lewej również nazywa się Kopański. Trzeci od prawej, w czapce i bez munduru to Jan Cegielski. Za Janem Cegielskim, drugi od prawej siedzi na sikawce Urbański (fot. Krzysztof Kliniewski)


OSP Gwiździny w okresie międzywojennym (fot. Krzysztof Kliniewski)


Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach w okresie II RP (1920 – 1939)

Niestety niewiele wiemy o działalności Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach po odzyskaniu niepodległości oraz w całym okresie międzywojennym. Pewne jest to, że po odrodzeniu Rzeczypospolitej majątkiem bez zmian zarządzał Wilhelm Modrow, a od 1925 do 1945 roku jego syn Henryk. Wilhelm zmarł przed wybuchem II wojny światowej i został pochowany w ogrodzie niedaleko dworu. Dzięki przekazom ustnym wiemy, że w 1918 roku Wilhelm dał pieniądze na dwie nowoczesne sikawki niemieckiej produkcji Gustava Evalda z Kostrzyna nad Odrą. Jedną z nich przekazał strażakom we wsi, a drugą zabrał na swój majątek. Sikawki przywieźli do Gwiździn Walenty Tafel, Konstanty Kopański i Domżalski Leon. Niestety nie wiadomo, co stało się ze starą sikawką (wzmiankowaną w szkolnej kronice), zakupioną w drugiej połowie XIX wieku. 

Jedna z dwóch sikawek zakupionych w 1918 roku przez dziedzica Wilhelma Modrowa. Obecnie znajduje się przed remizą Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach (fot. z archiwów własnych).

Pierwszym prezesem lub naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach, utworzonej jeszcze przed wybuchem I wojny światowej (1914 – 1918) był prawdopodobnie Antoni Domżalski, a po nim jego syn oraz sołtys Gwiździn – Leonard. Podczas okupacji, od września 1939 do stycznia 1945 roku, strażą pożarną kierował Henryk Modrow. Mimo, że był ewangelikiem, ochraniał mieszkańców wsi oraz katolickich duchownych przed terrorem okupantów. Po wkroczeniu Rosjan w styczniu 1945 r. na tereny powiatu lubawskiego musiał uciekać do Niemiec. Po wojnie, funkcje prezesa pełnili: Teofil Dembiński (1945 – 1951), Domżalski Leon (1945 – 1955), Flaszyński (1951 – 1960), Stefan Chała (1960 – 1988 roku), Tafel Feliks (1960 – 1985) oraz Kazimierz Waruszewski (od 1988 roku). Stefan Chała i Tafel Feliks w latach 1960 – 1988 zamieniali się co cztery lata stanowiskami, zawsze jeden z nich był prezesem, a drugi naczelnikiem.

Sytuacja ekonomiczna straży w Gwiździnach, na tle biedy panującej w województwie pomorskim, przedstawiała się nieźle. Z jednej strony członkowie OSP posiadali własną sikawkę, widoczną na zdjęciach dość dużą remizę oraz własne mundury, na które w tamtych czasach mogły sobie pozwolić tylko nieliczne ochotnicze placówki pożarnicze na Pomorzu. W Przeglądzie Pożarniczym, miesięczniku wydawanym od 1927 roku w województwie pomorskim czytamy, że „(…) na całym Pomorzu (…) 60% strażaków nie posiada umundurowania i uzbrojenia osobistego”. Gwiździny prawdopodobnie dzięki ofiarności dziedzica Wilhelma Modrowa, a od 1925 roku jego syna Henryka zaliczały się do mniejszego grona lepiej wyposażonych OSP.







W okresie międzywojennym (1920 – 1939) w województwie pomorskim często dochodziło do umyślnych podpaleń. Na pożarach dobrze ubezpieczonych budynków gospodarskich można było zyskać pokaźną sumę. Dlatego lokalne władze oraz mieszkańcy nie troszczyli się o rozwój straży pożarnych, wręcz przeciwnie, często starali się utrudniać powstawanie i rozwój palcówek ogniowych. „W przypadku braku straży ogniowej nie dochodziło do gaszenia pożaru co odpowiadało podpalaczowi i posterunkowemu. Ten występował z wnioskiem o umorzenie śledztwa, nie komplikując sprawy protokołem z ustaleniami wyszkolonych pożarników”.

Do próby łatwego zdobycia pieniędzy z odszkodowania (tzw. pensji asekuracyjnej) dochodziło w wielu pomorskich wsiach. W latach 30 – tych najwięcej umyślnych podpaleń odnotowano w powiecie lubawskim - również w Gwiździnach. W czerwcu 1932 roku niedaleko wiejskiej szkoły, na gospodarstwie Leona Zakrzewskiego dwukrotnie wybuchł pożar, który jak się później okazało był podpaleniem. Za pierwszym razem zapaliła się stodoła, a za drugim (po kilku dniach) szopa. Gospodarza oskarżono o podpalenie i aresztowano zaraz po pierwszym pożarze. Okazało się, że miał on długi i wynajął on jakiegoś zbira, któremu kazał podpalić jego gospodarstwo. Prędzej ubezpieczył całość na wysoką sumę. Albin Gessek ówczesny dyrektor (kierownik) szkoły w Gwiździnach dość obszernie opisał całe zdarzenie „(…) właściciela zaraz po pierwszym wybuchu pożaru osadzono w areszcie sądowym. Pomimo to, pożar szopy wybuchł poraz drugi. Tym razem o mało nie spłonęły zabudowania szkolne, gdyż wiatr pędził całe chmury iskier na budynki szkolne i tylko dzięki temu, że budynki szkolne kryte są dachem twardym – niełatwopalnym – uniknięto pożaru. Za drugim razem pożar wszczęty był umyślnie, bo znaleziono w pobliżu palącej się szopy, na podwórzu, opróżnioną butelkę od nafty. Opinia powszechna tłumaczy to sobie, że właściciel musiał jakiegoś łotra przekupić i ten umyślnie podpalił budynki. Wypadków takich na Pomorzu było dużo i gazety rozpisywały się o tem obszernie, a nasz powiat lubawski zyskał nawet tę smutną sławę, że najwięcej pożarów było właśnie w naszym powiecie i to prawie wszystkie umyślnie wszczęte dla zyskania pensji (…)”. W dalszej części kronikarz pisze o bezwzględnej walce władz z przestępczością tego typu. Podpalaczy karano więzieniem oraz pozbawiano możliwości otrzymania pensji asekuracyjnej na prowadzenie gospodarstwa.

Kolejny pożar w okresie międzywojennym wybuchł 4 lutego 1937 roku. Z powodu nieostrożności w Gwiździnach zapalił wówczas dom mieszkalny kryty papą, niestety nie posiadamy bliższych informacji o akcji gaśniczej. Wiemy natomiast dużo o kolejnej tragedii, do której doszło w kwietniu 1939 roku. Zapalił się wówczas dach, a dokładnie strzecha pokrywająca dom sołtysa Leonarda Domżalskiego. Strażacy i policja ustalili, że do pożaru doszło w trakcie pieczenia chleba. Poza domem spaliła się jeszcze szopa oraz stodoła. Jak podaje kronikarz: „W kilka minut wszystkie trzy budynki stały już w płomieniach. Ocalała tylko stajnia murowana kryta papą. Spaliły się maszyny rolnicze jako to: młocarnia szerokomłotna, sieczkarnia, bryczka, i in. Inwentarz żywy wyratowano, spaliło się tylko kilkoro ptactwa domowego (…)”. Sołtys Domżalski opłacał niskie ubezpieczenie na budynki gospodarskie, a inwentarza nie miał w ogóle ubezpieczonego, dlatego jego straty były ogromne.

Dzięki rozmowie z Teresą Kasprowicz (z domu Domżalską), córką sołtysa Leonarda wiemy, że Ochotnicza Straż Ogniowa w Gwiździnach przystąpiła do gaszenia pożaru jej domu. Strażacy wykorzystali zaprzęg konny jednego z mieszkańców wsi, do którego podczepili sikawkę. Pani Teresa pamięta nieudane próby gaszenia domu krytego strzechą, który palił się bardzo szybko.

Mimo dość nowoczesnego, jak na tamte czasy sprzętu, którym dysponowali druhowie z Gwiździn gaszenie, najczęściej drewnianych i do tego krytych słomą zabudowań gospodarskich nie przynosiło należytych efektów. Przypomnijmy, że od 1918 roku w ich posiadaniu była przecież sikawka zakupiona przez Wilhelma Modrowa. Poza tym w remizie prawdopodobnie znajdowała się stara sikawka z końca XIX wieku zakupiona przez kapitana Conrada – dziedzica, który mieszkał na majątku do 1899 roku.

W tamtych czasach wiejskie OSP w sytuacjach kryzysowych napotykały na wiele przeszkód np.: nie posiadały funduszy na utrzymywanie własnych zaprzęgów konnych, które były niezbędne do transportu sikawek, beczek wodnych i wozów rekwizytowych z ludźmi. Wiejskie ochotnicze straże nie mogły sobie pozwolić na luksus posiadania własnych koni z powodu znacznych kosztów związanych z budową stajni i kupna paszy. Bardzo często, kiedy wybuchał pożar strażacy musieli biegać po wiejskich gospodarstwach i prosić o konie, które by pociągnęły ich sprzęt gaśniczy. W Gwiździnach sytuacja wyglądała podobnie. Tamtejsi strażacy mimo wsparcia finansowego dziedzica z okolicznego majątku nie posiadali własnego zaprzęgu konnego.





Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach w okresie PRL-u (1945 – 1989)

Okupacja hitlerowska na Ziemi Lubawskiej zakończyła się 20 stycznia 1945 roku, wraz z wkroczeniem wojsk sowieckich, a dokładnie żołnierzy z II Frontu Białoruskiego do Lidzbarka Welskiego, a później w godzinach przedpołudniowych do Lubawy i Nowego Miasta Lubawskiego. Sowieci po „wyzwoleniu” Polski nie oddali władzy w ręce legalnego rządu polskiego przebywającego w Londynie. Wręcz przeciwnie przystąpili do tworzenia własnej administracji państwowej, traktując Polskę jak kraj podbity. Pod koniec stycznia 1945 roku w miastach i wsiach na Ziemi Lubawskiej powstały Polskie Komitety Obywatelskie, a przy każdym z nich mieszkańcy utworzyli Straż Obywatelską. Dnia 8 lutego w Lubawie powołano Tymczasową Radę Miejską, a 18 lutego wybrano pierwszego powojennego burmistrza, którym został Stanisław Boryna. Pierwszym krokiem nowych władz, które siłą przejęły rządy w Polsce była reforma rolna polegająca na rozparcelowaniu 13 tys. hektarów ziemi, z czego ok. 38% przypadło chłopom, a 31% przeznaczono na nowo utworzone Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR).

Majątek w Gwiździnach zaraz po wojnie przejął Skarb Państwa i przeznaczył na PGR Mszanowo. W dworku, którego przez pokolenia mieszkańcami byli członkowie szlacheckiej rodziny Modrowów, a prędzej przed 1899 rokiem rodziny Conradów, zamieszkali pracownicy państwowych gospodarstw. 

OSP Gwiździny po II wojnie światowej. Uroczyste wręczenie jednostce motopompy (fot. Krzysztof Kliniewski)


 Polscy chłopi dzięki reformie rolnej przeprowadzonej przez władze socjalistyczne otrzymali po kilka hektarów ziemi, z których ciężko było się utrzymać. Ponad to zmuszano ich by przyłączyli się do spółdzielni produkcyjnych oraz państwowych gospodarstw rolnych. W 1950 roku władze podniosły podatki gruntowe, czym chciały zmusić gospodarzy do rezygnacji z prywatnych gospodarstw i dołączenia do spółdzielni. Wielu opornych chłopów bito i terroryzowano, zabierano im zboże, zwierzęta oraz zajmowano ziemie i budynki. Najbardziej opornych zamykano w więzieniach i obozach pracy. „Odwilż” nastąpiła dopiero w 1956 roku, wraz ze śmiercią Bolesława Bieruta I sekretarza KC PZPR.

Placówki strażackie w całej Polsce po wkroczeniu Armii Czerwonej początkowo nie podlegały żadnemu centralnemu organowi, który by koordynował ich działanie. Dopiero w marcu 1946 roku utworzono Wydział Ochrony przed Pożarami, który od 1947 roku działał jako Wydział Pożarnictwa w Departamencie Politycznym Ministerstwa Administracji Publicznej. Głównym Inspektorem Pożarnictwa w Kraju został przedwojenny oficer pożarnictwa Eugeniusz Doering. Jego podstawowym zadaniem było: „prowadzenie nadzoru fachowego nad całokształtem prac pożarniczych wynikających z ustawy z dnia 13 marca 1934 roku o ochronie przed pożarami i innymi klęskami”.

Członkowie OSP w całym kraju zaraz po wojnie przystąpili do remontów remiz oraz zdobywania sprzętu, głównie motorowego – to, co posiadali w okresie II RP zrabowała lub zniszczyła Armia Czerwona. W 1945 roku sytuacja w powiecie lubawskim była tragiczna, placówki ogniowe miały duże kłopoty z wyposażeniem jednostek strażackich w odpowiedni sprzęt. Sikawki w 40% były zniszczone (w wielu z nich Rosjanie pokradli koła), brakowało węży tłoczonych, samochodów, a na wsiach zaprzęgów konnych.

W wielu placówkach remontowano i przystosowywano do potrzeb straży pojazdy, które przed wojną służyły do innych celów. I tak np.: w Nowym Mieście Lubawskim przystosowano do potrzeb Ochotniczej Straży Pożarnej poniemiecki, pocztowy samochód półciężarowy marki „Hanomag”. Strażacy z Gwiździn niestety nie zdobyli żadnego auta i byli zmuszeni do korzystania z sikawki zakupionej w roku 1918 oraz zaprzęgów konnych, o które w sytuacji kryzysowej musieli prosić mieszkańców wsi. Sytuacja uległa zmianie w 1956 roku. Druhowie z OSP dzięki hojności Straży Pożarnej z Nowego Miasta Lubawskiego otrzymali wówczas motopompę, którą wykorzystywali do lat 90 – tych XX wieku. Aby pełnoprawnie używać nowy sprzęt strażacy musieli wytypować jedną osobę, która uda się na kurs mechanika. Padło na Jana Jonowskiego z Gwiździn.

Świadectwo Eugeniusza Domżalskiego z 1962 roku. Otrzymane za ukończenie szkolenia w zakresie I stopnia na zawodach rejonowych w Mrocznie. 




W roku 1962 we wsi odrodziło się przedwojenne Kółko Rolnicze, które należało do spółdzielni i było przez okolicznych mieszkańców określane skrótem SKR (Spółdzielnia Kółek Rolniczych). Po otrzymaniu motopompy, starą sikawkę przeniesiono do remizy przy głównej drodze – stała tam do pierwszej dekady XXI wieku. W Gwiździnach SKR ściśle współpracował z Ochotniczą Strażą Pożarną. Współpraca ta polegała na tym, że prezes Chała udostępniał dla sprzętu (ciągników oraz przyczep) Kółka swoją ziemię, a w zamian w razie pożaru strażacy otrzymywali ciągnik oraz przyczepę, na której transportowali swoją motopompę. To były ciężkie czasy, wystarczy wyobrazić sobie jak taka sytuacja utrudniała akcję gaśniczą. Kiedy wybuchał pożar osoba odpowiedzialna za transport musiała szybko udać się na podwórko komendanta Chały, podłączyć przyczepę do ciągnika, podjechać pod remizę, przy której pozostali członkowie OSP ładowali motopompę na przyczepę, następnie sami na nią wsiadali i udawali się na miejsce pożaru. Taka sytuacja trwała aż do kupna pierwszego pojazdu (żuka) w roku 1993.



W trudnych powojennych czasach, kiedy Polska była zniewolona przez komunizm (1945 – 1939) w Gwiździnach doszło do kilku pożarów. W 1962 wybuchł pożar u rolnika Milewskiego, niestety nie wiemy nic o przebiegu akcji gaśniczej. W roku 1986 wybuchły dwa pożary: w pierwszym przypadku zapalił się dach kryty strzechą na jednym z wiejskich budynków gospodarczych, który gasiło pięć sekcji OSP (łącznie 30 osób), a w drugim, z powodu spięcia instalacji elektrycznej zapaliła się kabina kierowcy w samochodzie ciężarowym (ogień gasiła 1 sekcja OSP). Członkowie OSP Gwiździny poza działalnością gaśniczą zajmowali się organizowaniem konkursów oraz zawodów sportowych. W 1986 roku zajęli III miejsce w spółzawodnictwie między jednostkami strażackimi. Poza tym druhowie zawsze pełnią straż przy grobie Pana Jezusa, w Wielki Piątek i Wielką Niedzielę oraz uczestniczą w procesji Bożego Ciała.

Warto poświęcić kilka słów problemowi, jakim było zdobycie mundurów w okresie powojennym. Mundury, które nosili strażacy w okresie II RP (widoczne na zdjęciach w poprzednim podrozdziale) niestety nie przetrwały zawieruchy wojennej. W 1945 roku spośród kilkunastu członków Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach mundur miał tylko Feliks Tafel. Dzięki dokumentom z archiwum OSP wiemy, że do roku 1985 jednostka liczyła 19 druhów, z których dziesięciu posiadało własne mundury. Poza tym w uchwale Zarządu Jednostki z dnia 28 listopada 1985 r. czytamy, że sekretarz powinien poczynić starania o zakup dziewięciu mundurów dla pozostałych członków. W innym miejscu są nawet wypisane ich nazwiska: Kitłowski Tadeusz, Sławiński Marek, Sławiński Andrzej, Dembiński Józef, Meller Henryk, Gawski Sławomir, Tafel Piotr, Urbański Zdzisław, Waruszewski Kazimierz (prezes od 1988 roku).











OSP Gwiździny w III RP


Lata 90 – te XX wieku były przełomowe dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach.  Dnia 14 czerwca 1990 roku poświęcono remizę, którą strażacy budowali od 1985 roku, a w 1993 roku kupiono pierwszy samochód – żuka. Rozpoczęła się era nowoczesnego sprzętu i pełnej samodzielności. Czasy, w których służby ogniowe musiały transportować swoją motopompę za pomocą ciągnika i przyczepy z Kółka Rolniczego lub sikawkę za pomocą zaprzęgów konnych ostatecznie przeszły do historii. Poza tym razem ze zmianą ustroju w OSP pojawili się nowi członkowie oraz wybrano nowy zarząd. Najpierw, jeszcze w 1988 roku na miejsce Stefana Chały wybrano nowego prezesa, którym został Kazimierz Waruszewski, a później w latach 1989 – 1990 przyjęto do jednostki sześciu nowych członków, zwiększając tym samym liczebność stowarzyszenia do 25 osób.


Remizę w Gwiździnach budowano przez 5 lat, od 1985 do 1990 roku. Z tamtego okresu zachowało się jedno zdjęcie. (fot. Jolanta Jarmużewska)







W nowej remizie strażackiej, którą oddano do użytku w maju 1990 roku, urządzono siłownię dla młodzieży, postawiono stół do tenisa oraz organizowano imprezy, z których dochód był przeznaczany na potrzeby OSP. W roku 1990 udało się zorganizować sześć imprez, z których łączny dochód wyniósł 3.945.000 zł. Kwotę tę przeznaczono na zakup mundurów dla nowych druhów. W tym samym roku zarząd OSP odbył sześć posiedzeń, na których wyznaczono osoby do przeprowadzania kontroli przeciwpożarowych w domach prywatnych i budynkach gospodarczych.

Wspomniane mundury zakupiono od druhów z Państwowej Straży Pożarnej w Nowym Mieście Lubawskim. Nota uznaniowa, poświęcona temu wydarzeniu, datowana na 28.03.1991, podpisana przez prezesa OSP w Gwiździnach Kazimierza Waruszewskiego brzmi następująco: „My Zarząd Jednostki O.S.P. w Gwiździnach postanawiamy wygospodarować z kasy Jednostki kwotę 155.000 za zakup jednego munduru w dniu 20. stycznia oraz 800.000 za zakup 5 mundurów w dniu 28. marca razem 955.000 (…) przekazano Prezesowi Jednostki w celu odkupienia w/w mundurów od strażaków zawodowych i przekazać je strażakom w naszej OSP”.

Obecna, nowoczesna remiza OSP Gwiździny. Zbudowana w latach 1985 – 1990, poświęcona 14 VI 1990 roku (fot. z archiwów własnych)



Poza wzmożoną działalnością kulturalną, oddaniem do użytku remizy oraz przyjęciem w poczet członków nowych druhów w latach 1989 – 1990 wybuchły w Gwiździnach dwa pożary, w gaszeniu, których czynny udział brała Ochotnicza Straż Pożarna. Najpierw u Wojciechowskiego zapaliła się obora, a potem w listopadzie 1990 roku zapaliły się budynki po Państwowym Gospodarstwie Rolnym (PGR), w których znajdowała się trzoda chlewna. Dzięki szybkiej interwencji druhów z Ochotniczej Straży Pożarnej uratowano 227 prosiąt. Kolejny i zarazem najbardziej dotkliwy dla lokalnej kultury pożar wybuchł 7 grudnia 1990 roku w Tylicach. W akcji gaśniczej zabytkowego kościoła brały wówczas udział jednostki straży pożarnej Nowego Miasta Lubawskiego i okolicznych wsi. Ks. Rutkowski, proboszcz parafii w Tylicach, naoczny świadek w następujący sposób opisywał tamte wydarzenia: „Pożar miał miejsce 7 grudnia ok. godz. 22. Pierwszym, który go zauważył, był sołtys Dąbrowski, który wraz z synami energicznie włączył się do akcji gaszenia. Powiadomiona przez niego jednostka straży pożarnej w NML, przybyła w ciągu kilku minut. Od razu mieszkańcy wsi rozpoczęli niebezpieczną akcję ratowania cennych eksponatów (…) 21 jednostek na zmianę gasiło kościół do godz. 330, a całkowicie akcję zakończono o godz. 700.

Działalność straży pożarnej nie ogranicza się do gaszenia pożarów, ale obejmuje też interwencje podczas wypadków drogowych oraz kontrolę pożarową domów, mieszkań i gospodarstw. W archiwum OSP Gwiździny znajduje się nawet upoważnienie z datą 13 marca 1990 roku. Jego treść jest następująca: „Na podstawie (…) rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 23. III.1976 r. w sprawie kontroli stanu ochrony przeciwpożarowej, określenia wykroczeń, na które członkowie ochotniczych straży pożarnych są upoważnieni do nakładania grzywien w drodze mandatu karnego oraz zasad i sposobu wydawania upoważnień (Dz. U. nr 13 poz. 94) UPOWAŻNIAM Samsel Jan (…) do przeprowadzenia kontroli stanu ochrony przeciwpożarowej w nieuspołecznionych gospodarstwach rolnych i innych obiektach budowlanych (…) oraz do nakładania grzywien w drodze mandatu karnego (…)”. Upoważnienie było ważne tylko dla wsi Gwiździny, od 23 marca roku 1990 do 2 kwietnia tego samego roku.

Innym przejawem aktywności OSP Gwiździny po 1989 roku są interwencje podczas wypadków drogowych. Do jednej z nich doszło 4 listopada 2004 roku na trasie Gwiździny – Mroczno. Na miejscu wypadku stawiły się zastępy z JRG PSP w Nowym Mieście Lubawskim oraz OSP Gwiździny. Przybyłe na miejsce zdarzenia zastępy zastały samochód osobowy marki Smart, który bocznym uderzeniu w drzewo został odrzucony na pobocze drogi. Wewnątrz pojazdu znajdowała się jedna osoba. Była to kierująca autem kobieta. „Ratownicy przeprowadzili rozpoznanie i zabezpieczyli miejsce zdarzenia. Poszkodowanej założono kołnierz ortopedyczny, po czym ewakuowano z pojazdu na nosze typu deska i przekazano przybyłej na miejsce obsadzie karetki pogotowia. Poszkodowana została przetransportowana na SOR w Iławie. Zastęp OSP przy użyciu narzędzi hydraulicznych odgiął prawe drzwi pojazdu w celu odłączenia akumulatora. Ruch na drodze w czasie prowadzonych działań był całkowicie zamknięty. Następnie wyciągnięto pojazd na drogę i udzielono pomocy przy załadunku na lawetę. Uprzątnięto miejsce zdarzenia i dokonano sorpcji niewielkiej ilości płynów eksploatacyjnych pojazdu, po czym przywrócono ruch na drodze. Akcja trwała 1,5 godziny, przyczyną powstania zdarzenia było niedostosowanie prędkości do aktualnie panujących warunków na drodze”.

W roku 2003 Starosta Nowomiejski Pan Stanisław Czajka przysłał naczelnikowi Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach specjalne podziękowanie za akcję usuwania szkód spowodowanych ulewami. Starosta w swoim piśmie wyraża wdzięczność „za profesjonalizm i odpowiedzialną postawę podczas usuwania szkód wywołanych intensywnymi opadami deszczu”.

Druhowie z Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach, w okresie III Rzeczypospolitej (1989 – 2011) mogą się pochwalić wieloma pucharami oraz dyplomami zdobytymi na gminnych, powiatowych oraz wojewódzkich zawodach sportowo – pożarniczych. W tym miejscu warto przybliżyć częstotliwość organizowania zawodów tego typu w naszym kraju. Zawody gminne są organizowane, co roku przez Zarząd Oddziału Gminnego ZOSP RP i Komendę Powiatową Państwowej Straży Pożarnej (PSP). Natomiast za organizację zawodów powiatowych, co dwa lata, jest odpowiedzialny Zarząd Oddziału Gminnego ZOSP RP i Komenda Powiatowa PSP. Kolejne na szczeblu regionalnym są organizowane, co cztery lata przez Zarząd Oddziału Wojewódzkiego ZOSP RP i Komendę Wojewódzką PSP zawody wojewódzkie. Najlepsi z najlepszych na zawodach wojewódzkich mogą wziąć udział w zawodach krajowych organizowanych, co cztery lata przez Zarząd Główny ZOSP i Komendę Główną Państwowej Straży Pożarnej.

Okres po 1989 roku dla OSP Gwiździny jest czasem rozkwitu przejawiającego się w wielu sukcesach sportowych. Już 5 maja 1991 roku druhowie zajęli szóste miejsce w Gminnych Zawodach Sportowo – Pożarniczych. W 2003 męska drużyna OSP Gwiździny zajęła III miejsce na II Wojewódzkich Zawodach Sportowo – Pożarniczych w Gródkach. Pierwsze miejsce zajęła OSP Miłomłyn, a drugie OSP Jedwabno. W 2005 roku (22 maja) w grupie seniorów na Zawodach Sportowo – Pożarniczych Gminy Nowe Miasto Lubawskie grupa seniorów OSP Gwiździny zajęła pierwsze miejsce. Na tych samych zawodach Młodzieżowa Drużyna Pożarnicza Dziewcząt uplasowała się na IV miejscu. Natomiast w czerwcu roku 2006 na zawodach tego samego szczebla grupa dziewcząt OSP Gwiździny zajęła II miejsce. Podium na zawodach gminnych zapewniło dziewczętom awans do zawodów powiatowych (17 czerwca 2007), na których zajęły pierwsze miejsce i awansowały na zorganizowane 23 czerwca 2007 roku III Wojewódzkie Zawody Sportowo – Pożarnicze OSP Woj. Warmińsko – Mazurskiego. Dziewczyny z OSP Gwiździny dwa razy zajęły trzecie miejsce: w klasyfikacji generalnej oraz w konkurencji „Ćwiczenia bojowe”.

V Powiatowe Zawody Sportowo – Pożarnicze w czerwcu 2007 roku zakończyły się zwycięstwem kobiecej drużyny pożarniczej z OSP Gwiździny. Natomiast w Gminnych Zawodach Sportowo – Pożarniczych Nowe Miasto Lub. – Tylice, zorganizowanych 27 maja 2007 roku, pierwsze miejsce zdobyła grupa seniorów z OSP Gwiździny. Dnia 1 czerwca 2008 roku na Gminnych Zawodach Sportowo – Pożarniczych grupa mężczyzn Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach zajęła pierwsze miejsce. Na kolejnych zawodach tego samego szczebla, które odbyły się 24 maja 2009 roku obie drużyny, męska i żeńska, zajęły pierwsze miejsce na podium.


Dzień 31 maja 1993 roku na zawsze pozostanie w pamięci członków Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach. Tego dnia kupiono pierwszy pojazd, żuka. Kupno auta zakończyło erę problemów z dojazdem do miejsca pożaru. Prędzej strażacy musieli korzystać z ciągnika i przyczepy Kółka Rolniczego. Teraz w końcu mieli swój środek transportu, na którym mogli przewozić motopompę. Nowy pojazd poświęcił ks. Marek Woziński, ówczesny proboszcz parafii pw św. Jana Bosko w Gwiździnach. 



Rok 1993. Po poświęceniu żuka ks. Marek Woziński oraz członkowie OSP Gwiździny zrobili sobie zdjęcie przy zabytkowej sikawce z 1918 roku (fot. Zdzisław Domżalski)

Rok 1993. Poświęcenie żuka przez proboszcza Marka Wozińskiego

Rok 1993. Pamiątkowe zdjęcie po poświęceniu żuka przez proboszcza Marka Wozińskiego (fot. Zdzisław Domżalski)





W 1995 roku biskup Chrapek dokonał wizytacji parafii, druhowie z OSP Gwiździny pełnili wówczas straż w kościele.

W okresie III Rzeczypospolitej jednym z najważniejszych wydarzeń dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach było nadanie sztandaru oraz zakup dwóch nowych aut, które zastąpiły wysłużonego żuka. Powagę uroczystości z 3 maja 2007 roku najlepiej oddadzą słowa zapisane we wstępie Regulaminu Sztandarów wydanego Przez Związek Straży Pożarnych RP: „Sztandar, dawna chorągiew, stanowi symbol charakteryzujący godność jednocząc ludzi we wspólnym działaniu dla ogólnego dobra. Chlubne tradycje strażackie wiążą się z odwagą i gotowością do niesienia bezinteresownej pomocy w obliczu  zagrożonego zdrowia, życia i mienia. W okresach szczególnie trudnych dla niepodległości Ojczyzny brać strażacka stawała w jej obronie, dając przykłady głębokiego patriotyzmu. Wypełnianie strażackich powinności wymagało i stale wymaga gotowości do największych poświęceń.  Właśnie takie przykłady strażackich postaw są źródłem społecznego uznania i szacunku. Dowodem godności i honoru jakimi szczyci się Ochotnicza Straż Pożarna lub oddział  Związku Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej jest posiadanie sztandaru. Natomiast fakt jego ufundowania jest wyrazem najwyższego społecznego uznania”.

Sztandar dla druhów jest czymś wyjątkowym, a uroczystość jego nadania zgodnie z regulaminem, powinna być „ściśle związana z rocznicą działalności OSP lub oddziału ZOSP RP, bądź stanowić główny element programu Dnia Strażaka (…). Wręczenie sztandaru powinno być połączone z indywidualnym uhonorowaniem strażaków i osób wspierających ich działalność (…). Przebieg uroczystości wręczenia sztandaru określa ceremoniał OSP”.

Wiele radości druhom OSP z Gwiździn przyniósł dzień 1 stycznia 2015 r., w którym ich jednostkę włączono do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego (KSRG). Jest to jedenasta jednostka OSP z powiatu nowomiejskiego, która działa w strukturach KSRG.



Dzień 3 maja 2007, uroczysty pochód na Mszę świętą do kościoła pw św. Jana Bosko w Gwiździnach. Początek uroczystości nadania sztandaru i poświęcenia dwóch nowych samochodów (fot. Tomasz Waruszewski)





Sztandar OSP Gwiździny. Zarząd Główny Związku OSP RP w 2000 roku zatwierdził "Regulamin sztandarów". Zgodnie z nim na głównej stronie (awersie) umieszczony jest Znak Związku OSP RP, a na rewersie - wizerunek św. Floriana. W regulaminie określono kolory, wielkość liter, wymiary oraz obowiązujący wzór. Data 1910 widoczna na sztandarze do niedawna była uznawana za datę powstania Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach. Najnowsze odkrycia, a dokładnie przetłumaczenie niemieckiej kroniki szkolnej podważyły rok 1910 jako datę założenia OSP. Z obecnym materiałem źródłowym nie potrafimy ustalić kiedy dokładnie założono OSP w Gwiździnach. Najstarsze zapiski o straży we wsi pochodzą z drugiej połowy XIX wieku  (fot. z archiwów własnych).




Dzień 3 maja 2007. Poświęcenie aut przez kapelana Bernarda Zakrzewskiego. Na zdjęciu jest również obecny ks. proboszcz Piotr Hojak (fot. Zdzisław Domżalski)



Artykuł pragnę zakończyć wybranymi zdjęciami









Zawody powiatowe Kurzętnik 2007 









ZAWODY WOJEWÓDZKIE


















Prezesi OSP Gwiździny
Data wstąpienia do straży
Zajmował stanowisko prezesa w latach
Informacje dodatkowe 
Antoni Domżalski[1]
1910 (?)


Leonard Domżalski

? - 1939
Sołtys wsi Gwiździny do 1939 roku.
Henryk Modrow

1939 - 1945
Dziedzic z majątku w Gwiździnach.  Kierował strażą podczas okupacji. Mimo, że był ewangelikiem, ochraniał mieszkańców wsi oraz katolickich duchownych przed terrorem okupantów. Po wkroczeniu Rosjan na Ziemię Lubawską, w styczniu 1945 roku musiał uciekać do Niemiec.
Teofil Dembiński

1945 - 1951

Flaszyński

1951 - 1960

Tafel Feliks


1960 - 1985
W latach 1960 – 1985 wymiennie pełnił funkcję prezesa oraz naczelnika. Co 5 lat zamieniał się ze Stefanem Chałą.
Stefan Chała
1950 rok
1960 - 1988
Imię ojca: Franciszek.
Data urodzenia: 21 VII 1932.

Kazimierz Waruszewski

Dariusz Waruszewski


1988 – 2016


Od 2 stycznia 2016 r.

Tabela przedstawia wszystkich Prezesów OSP Gwiździny



[1] Tezę, że właśnie on był pierwszym prezesem lub naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Gwiździnach opieram na wnioskach, które wyciągnąłem po przeczytaniu książki Stanisława Gizińskiego, Pożarnictwo Pomorza Nadwiślańskiego…. Autor twierdzi, że prezesami straży ochotniczych w XIX i pierwszej połowie XX wieku byli najczęściej przedstawiciele władz samorządowych. Rodzina Domżalskich zawsze była związana ze strażą, nawet obecnie Zdzisław Domżalski jest naczelnikiem, a w roku 1939 Leonard Domżalski, syn Antoniego był sołtysem wsi Gwiździny. Z tych przesłanek wyciągam wniosek, że pierwszym prezesem był Antoni, a drugim Leonard Domżalski.



Autor: Tomasz Chełkowski


Kontakt: 
ziemialubawska@protonmail.com





Wszelkie prawa zastrzeżone!
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)