sobota, 12 listopada 2016

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 15 KRWAWA ŁAŹNIA W GĄSAWIE)





[ Na powyższej mapie: pogańskie Prusy w latach 1224 – 1230. Przypominam, że Mazowsze, Ziemia Dobrzyńska, Ziemia Michałowska i Kujawy należały do księcia Konrada mazowieckiego. Jeśli zaś chodzi o Ziemię Chełmińską i sąsiadującą z nią od wschodu  Ziemię Sasinów (kolor ciemnozielony) to po 1223 roku zostały one ponownie przejęte przez pogańskich Prusów.
Aby zrozumieć lepiej wydarzenia z tego rozdziału warto przeczytać raz jeszcze rozdział 8, w którym znajduje się podrozdział zatytułowany: „Lisia polityka Henryka I Brodatego i jego syna Henryka II Pobożnego”.
            Powyższą mapę stworzyłem na potrzeby powieści, co nie zmienia tego, że ogromna większość zaznaczonych na niej miejscowości istniała, bądź istnieje do dnia dzisiejszego. Szczegółowe historyczne opisy na ten temat znajdziecie w kwadratowych nawiasach w poprzednich rozdziałach.
            Jak widzicie Ziemia Sasinów i Ziemia Chełmińska mimo wyprawy krzyżowej w 1223 roku zostały opanowane (ponownie) przez pogańskich Prusów. Mówiąc w skrócie Prusowie wyparli ze swych ziem najeźdźców, czyli chrześcijan. Sytuacja zacznie ulegać zmianie dopiero w latach 30-tych XIII w. kiedy za pogan „wezmą się” bracia z Zakonu krzyżackiego. Jednak póki co fabuła powieści toczy się w roku 1227, Krzyżacy jeszcze nie podjęli działań zbrojnych, a chrześcijan od Prusów oddziela Wisła, Drwęca i puszcza. ]


Listopad 1227 r. masakra w Gąsawie
            Stała w cieniu potężnego drzewa, dodatkowo osłonięta przez krzaki, w czarnym niczym noc płaszczu z głębokim kapturem nałożonym na głowę. Twarz kobiety, tak jak zawsze zakrywała maska o wyglądzie kruka. Od dnia, w którym została powalona przez Ścibora nie minął jeszcze tydzień. Kobieta właśnie strzegła z ukrycia bezpieczeństwa swego pana, księcia Konrada, władcy Mazowsza, Ziemi Dobrzyńskiej, Michałowskiej i Kujaw. Pozostali członkowie Ludzi Mroku byli rozsiani po całej wsi oraz grodzie, dyskretnie strzegli budynków, łaźni, okolicznego kościoła i dworzyska. Miejsce to było idealne na zorganizowanie zasadzki, dlatego Agafia Światosławówna kazała im ochraniać męża z narażeniem własnego życia. Księżna Mazowsza była równie okrutna jak jej mąż, nie uznawała sprzeciwów, każdy wydany przez nią rozkaz musiał być zawsze wykonany. Agafia od początku była przeciwna spotkaniu książąt w Gąsawie, twierdziła, że należy się zbroić i próbować odbić ziemie zagarnięte przez Prusów. Poza tym niepokoiły ją coraz bardziej agresywne ruchy Namiestnika Pomorza Świętopełka II Wielkiego, który przed dwoma laty zajął ziemię słupską, z której wyparł załogi duńskie, następnie zajął gród w Nakle i zacieśnił sojusz z księciem Wielkopolski i Gniezna Władysławem Odonicem. Najgorsze było to, że namiestnik Świętopełk II odważył się ogłosić księciem Pomorza i tym samym wypowiedział posłuszeństwo Leszkowi Białemu, który był księciem Małopolski zasiadającym na tronie w Krakowie. Do tej pory każdy z Piastów przestrzegał zasady zgodnie, z którą ten, który rządził Krakowem był najważniejszy.

            To właśnie Leszek Biały w roku 1220 mianował Świętopełka II namiestnikiem Pomorza. Teraz po siedmiu latach namiestnik wypowiedział mu posłuszeństwo i ogłosił się księciem. Agresywne działania Świętopełka II oraz klęska misji chrystianizacyjnej biskupa Chrystiana w Prusach były głównymi powodami zjazdu książąt w Gąsawie. Książęta mieli się naradzić, zdecydować, jakie kroki podjąć, aby odwrócić coraz bardziej beznadziejną dla nich sytuację.
            Zabójczyni z masce kruka wiedząc o tym wszystkim w duszy podzielała niepokój księżnej Agafii. Wieś Gąsawa znajdowała się, co prawda na Kujawach, a więc na ziemiach należących do księcia Konrada mazowieckiego. Problemem było to, że wieś leżała daleko od Płocka i zarazem blisko Gniezna, a szerzej Wielkopolski, którą władał Władysław Odonic, sojusznik Świętopełka II Wielkiego. Kobieta była świadoma tego, że w ciągu kilku godzin jej Pan, książę Konrad dotrze tu razem ze swoją rycerską drużyną. Nie myliła się, niebawem władca Mazowsza nadjechał. Można go było rozpoznać po herbie z białym orłem na czerwonej tarczy i odzieniu zakładanym na kolczugę. Herb ten nosił zarówno on, jak i dziesięciu rycerzy, którzy mu towarzyszyli. Pozostali książęta przybyli na miejsce spotkania w ciągu kilku kolejnych dni. Każdy z nich wyróżniał się swym wyglądem. Książę śląski Henryk zwany brodatym, tytułował się herbem z czarnym orłem na złotej tarczy. Orzeł ten miał charakterystyczny znak w postaci srebrnej przepaski sierpowej biegnącej przez jego pierś i skrzydła. Przepaska ta była zwieńczona krzyżem.
            Ku zaskoczeniu wszystkich do Gąsawy przyjechał też władca Gniezna, książę Władysław Odonic, którego stryjem i zarazem największym z wrogów był książę Władysław Laskonogi. Mimo zaproszenia zarówno Laskonogi jak i Świętopełk II nie przybyli do Gąsawy. Nie stawił się również biskup Chrystian, który postanowił pozostać w Płocku.
            Kobieta w masce kruka od kilku dni obserwowała z ukrycia każdego z nowoprzybyłych, wypatrując wszelkich oznak niebezpieczeństwa. Duże wrażenie zrobił na niej potężnie zbudowany rycerz Peregryn z Wiesenburga, który towarzyszył księciu śląskiemu Henrykowi Brodatemu. Zabójczyni złapała się na tym, że zastanawia się czy byłby on w stanie pokonać Ścibora, rycerza, który tak ją ośmieszył.
Kolejni z gości, wśród których byli między innymi arcybiskup gnieźnieński Wincenty z Niałka, biskup płocki Gunter herbu Prus, biskup krakowski Iwo Odrowąż i Paweł II biskup poznański nie wyróżniali się niczym szczególnym. Dopiero ostatni i zarazem najważniejszy z książąt, ten, który kazał zorganizować spotkanie sprawił, że zabójczyni szybciej zabiło serce. Zdecydowanie był to najpotężniejszy z Piastów, pan Krakowa i Małopolski książę Leszek Biały. Przybył z kilkunastoma rycerzami, otoczony splendorem, razem ze służbą. Robił niesamowite wrażenie, zupełnie jakby był królem, a nie tylko najważniejszym z piastowskich książąt.

Książęta i biskupi oraz rycerze po mszy świętej w tutejszym kościele powędrowali do łaźni, aby się zrelaksować i przedyskutować najbardziej naglące sprawy.
- Więc powiadasz, że biskup Chrystian zaszył się w Płocku i biadoli nad tym, że stracił swe ziemie – powiedział z lekkim uśmiechem siedzący w drewnianej kadzi wypełnionej gorącą wodą książę Leszek Biały.
- On ciągle każe o sobie mówić, że jest biskupem calutkich Prus, aż po Półwysep Sambijski. Rozumiesz to!? Ziemia Chełmińska i Lubawska wróciły do pogaństwa, a pozostałe ziemie Prusów od zarania dziejów są pogańskie, ale do niego to nie dociera, on nie pojmuje, że teraz jest biskupem tylko z nazwy – powiedział siedzący w sąsiedniej kadzi Gunter, biskup płocki.
Po chwili obaj ucichli widząc, że do pomieszczenia weszli, książę śląski Henryk, Konrad mazowiecki i pozostali. Każdy zajął jedną z pustych kadzi wypełnionych gorącą wodą. Służba cały czas dbała o potrzeby wszystkich dostojników, nie było dla nikogo zaskoczeniem, że zażyczyli sobie oni do kąpieli piwo albo miód. Pierwszy dzień, a właściwie noc dyskusji w gąsawskiej łaźni nie przyniosły żadnych owoców. Padały, co prawda pomysły zorganizowania kolejnej krucjaty na pogańskich Prusów. Jedni proponowali zaatakowanie Ziemi Chełmińskiej i odbicie Chełmna, a inni twierdzili, że lepiej będzie odzyskać Lubawę. Byli też tacy, którzy sugerowali, że w sprawie pogan należy poczekać na podjęcie działań zbrojnych przez Zakon krzyżacki. Ci ostatni wydawali się mieć najwięcej sojuszników. Padały też pomysły zorganizowania zbrojnego ataku na Pomorze w celu obalenia Świętopełka II za to co zrobił.
Mijały godziny, alkohol w połączeniu z gorącą wodą sprawił, że z powodu zmęczenia ożywioną dyskusją krótko po północy postanowiono zakończyć pierwsze z kilku planowanych obrad. W końcu w pomieszczeniu pozostał tylko książę Leszek Biały oraz jego rycerze.
- Zbieramy się do łóżek – powiedział do swych rycerzy i wyszedł z drewnianej wanny. Oni postąpili tak samo. Ich kaftany, spodnie, kolczugi oraz obuwie i inne elementy garderoby, nie wspominając o mieczach i pasach rycerskich znajdowały się w pomieszczeniach przylegających do łaźni.

Wszystko działo się bardzo szybko. Leszek Biały i jego rycerze właśnie szli się ubrać, kiedy do ich uszu zaczęły dobiegać niepokojące dźwięki, odgłosy ścierającego się oręża, odgłosy walki, krzyki spanikowanych ludzi oraz szczekanie psów. Wszyscy zaczęli biec w stronę pomieszczeń, w których zostawili swoją broń. Zabójcy w szarych płaszczach wparowali do środka w tym samym czasie. Niektórym z nagich rycerzy udało się dosięgnąć mieczy, inni od razu padli od ciosów zadanych przez napastników. Pomieszczenia łaźni w Gąsawie szybko spłynęły krwią, to była prawdziwa masakra. Niektórzy leżeli z obciętymi kończynami, otwartymi ranami lub przeciętymi tętnicami i umierali krzycząc z bólu, inni już wyzionęli ducha. Dla każdego rycerza taka śmierć była czymś strasznym. Zabijanie, kiedy przeciwnik nie ma przy sobie broni było czymś, do czego zdolni byli tylko pozbawieni honoru i nie uznający rycerskiego kodeksu zabójcy. Rycerze, którzy jeszcze żyli i byli w stanie stać własnym ciałem zasłaniali księcia Leszka Białego, któremu jakimś cudem udało się wybiec na zewnątrz. Nago na mrozie biegł po śniegu, był ranny, więc zostawiał za sobą ślady krwi. Dosiadł pierwszego napotkanego konia i ruszył galopem, pędził prosto przed siebie. Wiedział, że kilku z napastników ruszyło za nim, był tak wstrząśnięty, że nie odczuwał mrozu, pędził nago prosto przed siebie. Strzelali do niego z łuków, a strzały mijały jego głowę o cal. W końcu dostrzegł dymy unoszące się z kominów, zbliżał się do wsi. Krzyczał....
 We wsi ludzie zaczęli wychodzić z domów, zapłonęły pochodnie każdy wieśniaków wpatrywał się w miejsce, z którego dochodziły odgłosy rozpaczliwego wołania o pomoc.  Nagle zrobiło się cicho, już nikt nie krzyczał, a wieśniacy patrzyli z wytrzeszczonymi oczyma jak do wsi wbiega koń z nagim jeźdźcem na swoim grzbiecie, który był przechylony do przodu. Jeździec nie wydawał żadnych dźwięków, a w jego plecy była wbita strzała. Po chwili nagie, martwe ciało spadło z konia na śnieg pokrywając biały puch krwistą czerwienią. Tak skończył ten, który był najpotężniejszym z Piastów, tak umarł książę Leszek Biały zamordowany podstępem w listopadzie Roku Pańskiego 1227. Wieś, w której wyzionął ducha nosi nazwę Marcinkowo do dziś istnieje, a jej mieszkańcy opowiadają historię o tej strasznej nocy. [ kliknij ]

Tej samej nocy, kiedy część zabójców mordowała Leszka Białego i jego rycerzy w całej Gąsawie dochodziło do tragicznych scen. Książę śląski Henryk Brodaty był już w swojej komnacie i leżał w łóżku, kiedy kilku z morderców wpadło do środka przez otwartą okiennicę i ze sztyletami w dłoniach rzuciło się na niego. Traf chciał, że w pobliżu był rycerz Peregryn z Wiesenburga, który dobył swego miecza i rzucił się na napastników, którzy zdążyli już zadać kilka ran księciu Śląska. Peregryn widząc rany na ciele swego pana wpadł w szał bitewny i mordował bandytów bez okazywania litości, niestety było ich zbyt  wielu. Udało mu się zabić tych w pobliżu łóżka, na którym leżał nieprzytomny z powodu otrzymanych ciosów zadanych sztyletem książę. Rycerz bronił swego księcia jak tylko potrafił, jednak nie był nieśmiertelny, otrzymywał cios, za ciosem, ranę za raną, walczył dzielnie aż w końcu pozostał w pomieszczeniu tylko jeden morderca. Zakrwawiony, na wpół żywy Peregryn osunął się na kolana z wycieńczenia, a morderca w tym czasie spróbował wykorzystać okazję i rzucił się ze sztyletem ku gardłu księcia, aby zadać mu śmiertelny cios. Peregryn resztkami sił podniósł się i zasłonił Henryka Brodatego własnym ciałem. W tej samej chwili do pomieszczenia wbiegło kilku z rycerzy, którzy zabili ostatniego z napastników. Zastali w komnacie ciała kilkunastu martwych zabójców i Peregryna ze sztyletem wbitym w plecy, który leżał martwy na Henryku. Szybko dostrzegli, że książę Śląska oddycha, Peregryn swym bohaterstwem ocalił mu życie zasługując tym samym na zbawienie duszy. Zginął bohatersko wypełniając swój rycerski obowiązek.

Zanim rozpoczęły się te wszystkie tragiczne wydarzenia, krótko po opuszczeniu łaźni książę Konrad mazowiecki wykorzystał okazję i zabrał do swej komnaty trzy chłopskie dziewczyny. Miał ochotę na trochę uciech cielesnych przed snem. Kiedy do jego chaty wpadł przez otwarte okno pierwszy z morderców książę właśnie leżał na plecach, a na nim siedziała naga dziewka, dwie pozostałe, również nagie leżały obok. Dziewczęta zaczęły krzyczeć widząc uzbrojonego zabójcę, który chwycił za sztylet i rzucił się na władcę Mazowsza. Konrad nie wpadł w panikę, chwycił za dziewkę i osłonił się jej ciałem. Dziewczyna umarła w jego ramionach. Zabójca błyskawicznie wyciągnął sztylet z jej pleców i ponownie spróbował zaatakować. Konrad spodziewał się takiego ruchu, dlatego cisnął ciałem dziewczyny w napastnika, a następnie rzucił się na niego zadając mu kilka ciosów w twarz. Zmiażdżył mu nos i pozbawił przytomności, po czym podniósł z ziemi sztylet, który prędzej upuścił nieznajomy i poderżnął mu gardło. Dwie nagie dziewczyny krzyczały z przerażenia, a do komnaty po chwili wpadło oknem i drzwiami jeszcze kilkunastu zabójców. Konrad spojrzał na nich i powiedział:
- Zarżnijcie wszystkich, łącznie z dziewczynami. Nie chcę żeby ktoś zaczął rozsiewać plotki o tajemniczych wojownikach w zwierzęcych maskach ochraniających mnie, księcia Mazowsza – ledwo co skończył wypowiadać te słowa, a w komnacie niewiadomo skąd pojawiło się kilku wojowników z maskach zwierząt.
Kobieta w masce kruka błyskawicznie zabiła trzech zaskoczonych zabójców, a mężczyzna w masce sokoła powalił kolejnych dwóch. Pozostali zajęli się resztą. Konrad wychodząc z komnaty zdążył jeszcze usłyszeć płacz dwóch przerażonych córek okolicznych chłopów, którym członkowie Ludzi Mroku właśnie odbierali życie.
- Ktokolwiek za tym stoi już może uważać się za martwego. Tylko głupiec wysyła zabójców na mnie, pana Mazowsza – powiedział, po czym się odwrócił w pomieszczeniu leżały same ciała. Po wojownikach w zwierzęcych maskach nie było ani śladu, wszyscy ponownie ukryli się w mrokach nocy.

Wieść o masakrze w Gąsawie i śmierci Leszka Białego błyskawicznie rozeszła się po wszystkich piastowskich dworach. Bardzo szybko zaczęto podejrzewać, że zabójców wynajął Świętopełk II Wielki lub Władysław Odonic, który był na miejscu, ale nie odniósł żadnych ran. Konrada mazowieckiego nikt nie podejrzewał, ponieważ był bratem Leszka Białego. Biskup Chrystian uparcie twierdził, że za tymi tragicznymi wydarzeniami stoi Wielki Kapłan Prusów, Kriwe z Romowe, który chciał się pozbyć za jednym zamachem wielu wrogów pogańskiej wiary. Każdy podejrzewał tego, z kim „miał na pieńku”, każdy buntował wszystkich przeciw swoim wrogom. Doszło nawet do tego, że ktoś w Płocku zaczął roznosić plotki o tym, że zabójców wynajął biskup Chrystian, ponieważ chciał się pozbyć Wincentego z Niałka, arcybiskupa gnieźnieńskiego, za którym nie przepadał. Konrad mazowiecki na początku był wściekły i zaczął rozsyłać swoich szpiegów po wszystkich piastowskich dworach. Po kilku dniach jednak ochłonął i zaczął analizować ile może zyskać na śmierci brata. Od razu sobie uświadomił, że ma szanse przejąć władzę w Krakowie po bracie i stać się panem Małopolski, co w połączeniu z jego Mazowszem i Kujawami sprawiłoby, że mógłby koronować się na króla Polski i zakończyć czasy bezkrólewia.


Listopad 1227:
        Krwawa Gąsawa, wieś z krwawą łaźnią, przeklęta Gąsawa, to tylko niektóre z nazw powtarzanych przez chłopów, mieszczan oraz ludzi szlachetnie urodzonych. Mała wieś na pograniczu Kujaw i Wielkopolski należąca do Konrada mazowieckiego nagle znalazła się w centrum uwagi wszystkich piastowskich dworów, miast i wsi. A wszystko z powodu krwawego mordu. Gąsawa była wsią graniczną, znajdował się w niej warowny gród, który stanowił pierwszą linię oporu w przypadku ataku książąt z Wielkopolski na ziemie Konrada mazowieckiego. Wszystkie księstwa umacniały swoje granice z każdej strony, ponieważ w tych burzliwych czasach książęta często walczyli nie tylko z poganami, ale też między sobą. A teraz po mordzie w Gąsawie sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, wojna domowa o to, kto ma zostać kolejnym władcą Krakowa wisiała na włosku.
Baronowie z Małopolski dowiedziawszy się o tragedii natychmiast przysłali rycerzy, którzy z honorami zabrali do Krakowa ciało swojego księcia Leszka Białego. Listopad był mroźny, co ułatwiało im transport zwłok i spowolniło ich rozkład.
           
            Mieszkańcy Krakowa z płaczem witali swego księcia. Nie tak wyobrażano sobie jego powrót. Leszek Biały wyjeżdżał do Gąsawy żywy i zdrowy, a powrócił martwy. Wóz, na którym leżało przyozdobione kwiatami ciało ciągnęły dwa konie. Kraków w roku 1227 wyglądał trochę inaczej niż miasta w Europie zachodniej. Nie miał jeszcze praw miejskich, choć wszyscy nazywali go miastem, które dawniej, przed nastaniem bezkrólewia było stolicą Polski. Natomiast księcia, który władał Krakowem zwano najważniejszym z Piastów. Miasto miało kształt nieregularny, było zlepkiem wielu wsi oraz osad kupieckich i rzemieślniczych, które na przestrzeni wieków tak się rozrosły, że z czasem doszło do ich połączenia w jeden organizm miejski położony u podnóża tajemniczego wzgórza. Wzgórze to nazywano Wawelskim, było ono święte zarówno w czasach pogańskich, jak i chrześcijańskich.  Jeszcze na długo przed przyjęciem chrztu przez Mieszka I Wzgórze Wawelskie było miejscem kultu dla Słowian wierzących w wielu bogów. Poganie zbudowali tu swoją świątynię, a u podnóża wzgórza wznieśli swe domostwa. Później po 966 r. miejsce to stało się chrześcijańskie, starych bogów przepędzono i zbudowano na Wzgórzu Wawelskim dwie chrześcijańskie katedry w stylu romańskim.
           
            Książę Konrad mazowiecki jechał konno w towarzystwie swych rycerzy kilkanaście metrów za wozem, na którym leżało ciało jego brata. Minęło kilka dni od tragicznych wydarzeń, książę Henryk Brodaty był ciężko ranny i cały czas znajdował się w grodzie w Gąsawie pod opieką cyrulików i całego hufca rycerzy, którzy przybyli ze Śląska, aby chronić swego księcia. Medycy orzekli, że stan księcia śląskiego jest zbyt poważny i póki jego rany się nie zagoją o podróży powrotnej do Wrocławia mowy być nie może. Konrad mazowiecki postanowił natomiast udać się do Krakowa i towarzyszyć bratu w jego ostatniej podróży. Właśnie patrzył zamyślony jak wóz z ciałem Leszka Białego wjeżdża na opuszczony most zwodzony. Biedota, bezdomni, nawet prostytutki z zamtuzów, pijacy z karczm na podgrodziu wszyscy wyszli popatrzeć. Jedni płakali, a inni gapili się z ciekawości.
- Co za hołota, dziwki, pijacy i hultaje. Biedacy odziani w dziurawe i brudne ubrania – pomyślał Konrad patrząc na mieszkańców krakowskiego podgrodzia. W każdym mieście na podgrodziu, czyli za miejskimi murami mieszkali ludzie najbiedniejsi, tak było u niego w Płocku i tak też było tu w Krakowie. Książę Mazowsza nie lubił przebywać w towarzystwie biedoty, prostacy budzili w nim odrazę.
            Humor księcia z Płocka poprawił się dopiero po przekroczeniu miejskiej bramy, kiedy dostrzegł, że ciało jego brata witają prawdziwi mieszkańcy Krakowa, odziani w ładne stroje kupcy, rzemieślnicy, zbrojni, rycerze, duchowni, Żydzi i inni. Jeśli tu, za miejskimi murami była jakaś biedota, prostytutki i tym podobni to pochowali się w bocznych, wąskich uliczkach, których w Krakowie nie brakowało.

            Ciało księcia Krakowa leżało przykryte płaszczem na dębowej ławie. Pogrzeb miał się odbyć za dwa dni, więc pozostało mało czasu na zebranie informacji. Z powodu licznych pochodni ciało rozmarzło, a źrenice martwego księcia były utkwione w sklepieniu kaplicy znajdującej się pod wawelską katedrą poświęconą św. Wacławowi. Była to najstarsza chrześcijańska katedra zbudowana na Wzgórzu Wawelskim. Wokół ławy krzątało się dwóch braci z Zakonu krzyżackiego, którzy byli cyrulikami, czyli osobami biegłymi w sztukach medycznych. Przysłał ich na prośbę Konrada mazowieckiego mistrz krajowy Zakonu krzyżackiego Hermann von Balk. Białe habity z czarnymi krzyżami oraz brody sprawiały, że obu zakonników trudno było odróżnić. Kilka metrów na prawo od ławy stał sługa, który w ciszy przelewał wodę z cebra do miski. Natomiast po lewej stronie ławy z ciałem księcia przy drewnianym stoliku zapełnionym płonącymi świeczkami siedział notariusz, który wszystko skrzętnie notował.
            Cyrulicy co jakiś czas podchodzili do służącego aby zamoczyć ręczniki w wodzie. Obaj przemywali ciało księcia i wypowiadali głośno wszystkie swoje spostrzeżenia, aby notariusz mógł je zapisać.
            - Proszę o więcej świeczek. Mam za mało światła! – Krzyknął notariusz. Po chwili w podziemnej kaplicy pojawiło się dwóch kolejnych służących ze świeczkami.
            - Teraz lepiej. Więc szanowni bracia powtórzcie raz jeszcze, bom się chyba przesłyszał. Ile ran mu zadano?
            - Notariuszu, dobrze słyszałeś. Książę poza kilkoma skaleczeniami otrzymał tylko jedną groźną ranę. Strzała wystrzelona z łuku trafiła go w plecy jak uciekał konno – powiedział jeden z Krzyżaków.
            - Tylko tchórze strzelają w plecy osobie szlachetnie urodzonej! Gdyby takim sposobem zabito kogoś z pospólstwa, jakiegoś żebraka, ale żeby strzelać w plecy księciu?! Za coś takiego Bóg karze piekłem! – Dodał podniesionym głosem drugi z mężczyzn odziany w biały habit z wyszytym czarnym krzyżem.
            - Kara boska ich nie ominie. A ja opiszę dla potomnych wszystko w tych oto „Oględzinach ciała księcia Leszka, zwanego Białym, pana Krakowa zamordowanego we wsi Gąsawa Roku Pańskiego 1227” – notariusz mówił to wskazując ręką na leżące przed nim karty płótna przeznaczone do pisania.
            Książę Konrad mazowiecki stał i przyglądał się w ciszy oględzinom ciała swego brata. Osoby obecne w kaplicy były tak pochłonięte swymi obowiązkami, że nawet go nie zauważyły.
            - Kiedy upadł z konia na śnieg prawdopodobnie już był martwy. Koń niósł jego ciało aż do wsi zwanej Marcinkowo – powiedział książę Konrad mazowiecki sprawiając, że wszyscy z zaskoczeniem spojrzeli w jego stronę. Notariusz wstał na chwilę z krzesła, aby się ukłonić księciu, bracia z Zakonu krzyżackiego oraz służba oczywiście zachowali się tak samo.
            Książę Konrad nie zwrócił na nich uwagi. Podszedł do ciała brata i popatrzył na niego przez chwilę.
            - Nie martw się bracie znajdę tego, kto wysłał morderców i skrócę go o głowę – powiedział na tyle głośno, aby usłyszeli go wszyscy obecni w kaplicy.
            Potem nachylił się do ucha martwego księcia i dodał szeptem:
            - I nie martw się o tron krakowski, odpowiednio się nim zajmę – szept ten słyszał tylko on i martwy Leszek.
            Kiedy książę Mazowsza wyprostował się i skierował w stronę wyjścia skinął na dwóch zakonników, aby przerwali na chwilę oględziny i obaj do niego podeszli. Krzyżacy posłusznie wykonali jego polecenie.
            - Kiedy już skończycie oględziny udacie się z tym pismem do mistrza waszego Zakonu – mówiąc to wyjął zwinięty w rulon pergamin, na którym widniała jego pieczęć i wręczył jednemu z zakonników - Przekażcie mu, że po ustąpieniu śniegów tu w Małopolsce, na zamku w Bieczu podpiszemy stosowne dokumenty. Nie ufam gońcom, dlatego tak ważne zadanie każę wykonać wam. Nie musicie być na pogrzebie mojego brata, jeszcze dziś obaj wyruszcie.
            Dwaj Krzyżacy z pokorą pokłonili się księciu i podziękowali za zaufanie. Zapewnili, że ruszą w drogę natychmiast po skończeniu oględzin.
            Kiedy książę Konrad wyszedł z kaplicy notariusz chwycił ponownie za gęsie pióro. Umoczył je w atramencie i notował dokładnie wszystkie informacje przekazywane mu przez zakonników.
            - Na zamku w Bieczu już oficjalnie, na piśmie pozwolę Krzyżakom rozpocząć misję chrystianizacji pogańskich Prus. Oddam im w dzierżawę opanowaną przez Prusów Ziemię Chełmińską. Niech ją odzyskają, ściągną ponownie osadników, odbudują Chełmno, Grudziądz i inne grody. Jak już zrobią tam porządek z poganami to wypowiem im dzierżawę i powiększę granice mego księstwa. Problemem jest Chrystian. Ten przeklęty biskup będzie rościł sobie pretensje do Ziemi Chełmińskiej, krzyczał, że to wszystko jego i, że jest biskupem całych Prus. No nic, Krzyżacy mają dobre układy zarówno z papieżem jak i z cesarzem. Biskup może sobie protestować, ale to i tak mu nic nie da. Poza tym po śmierci Leszka, jako jego brat jestem najpoważniejszym kandydatem do objęcia tronu krakowskiego – snuł w swojej głowie piękne plany o tym jak zdobywa tron w Krakowie, przyłącza Małopolskę do swoich ziem i ostatecznie koronuje się na króla Polski kończąc czasy bezkrólewia. Uśmiechał się przy tym lekko. Po chwili idąc już główną nawą wawelskiej katedry św. Wacława dostrzegł księdza, organistę i nauczyciela z krakowskiej szkoły katedralnej, którzy patrzyli w jego stronę. Natychmiast na jego twarzy pojawiła się smutna, żałobna mina. Cała trójka ukłoniła się księciu, który przeszedł obok nich i usiadł w ławce, aby pomodlić się za duszę brata i spełnienie wszystkich swoich ambitnych planów.


[ Zbrodnia w Gąsawie i śmierć Leszka Białego są wydarzeniami historycznymi. Peregryn z Wiesenburga jest postacią historyczną. Był on rycerzem Henryka Brodatego, który w 1227 r. w Gąsawie podczas ataku zabójców zasłonił swego księcia własnym ciałem. Obaj byli wówczas bez zbroi, prawdopodobnie szykowali się do snu albo wychodzili z łaźni. Henryk Brodaty został ciężko ranny, ale przeżył dzięki rycerzowi Peregrynowi, który oddał za niego życie. Leszek Biały był ostatnim z książąt, którego wszyscy uznawali, jako księcia zwierzchniego, czyli tak jakby najważniejszego. Niektórzy nawet liczyli, że Leszek, jako książę Krakowa i Małopolski koronuje się na króla i zakończy w Polsce czasy bezkrólewia. Niestety Leszek został zamordowany w Gąsawie, a jego śmierć jeszcze bardziej pogłębiła spory między polskimi książętami. Zaczęły się wzajemne oskarżenia o to, kto wynajął morderców i wysłał ich do Gąsawy. Książęta polscy zamiast się zjednoczyć i walczyć ze wspólnym wrogiem, czyli z Prusami zaczęli się ze sobą spierać. Konrad mazowiecki i biskup Chrystian zostali sami w Płocku, nie mieli co liczyć na to, że uda im się namówić skłóconych Piastów do kolejnej wyprawy krzyżowej przeciw Prusom w celu odbicia Ziemi Chełmińskiej i Ziemi Lubawskiej. Kryzys w rozbitej na dzielnice Polsce się pogłębiał, a Prusowie coraz częściej organizowali najazdy na ziemie chrześcijan. W tej sytuacji kilka miesięcy po pogrzebie brata książę Konrad mazowiecki 23 kwietnia 1228 r. na zamku w Bieczu (Małopolska) podpisał dokument, w którym już oficjalnie poprosił Krzyżaków o pomoc i nadał im opanowaną przez pogan Ziemię Chełmińską oraz wieś Orłowo na Kujawach. Książę Konrad i Krzyżacy rozumieli „darowiznę” (dzierżawę) na swój sposób. Zakonnicy z czasem stwierdzili, że otrzymane ziemie należą tylko do nich, a książę „łudził się”, że tak naprawdę może odebrać Krzyżakom „darowiznę” w każdej chwili.
            Poza tym książę Konrad mazowiecki doszedł do wniosku, że jako brat zabitego Leszka Białego powinien objąć władzę w Krakowie. Niestety dla niego pretensje o tron krakowski zgłosili też Władysław Laskonogi i Henryk Brodaty. Wojna domowa wisiała w powietrzu, a najazdy Prusów na ziemie chrześcijan były coraz częstsze.
Jako ciekawostkę warto dodać, że w 1228 roku rycerstwo małopolskie wybrało na swego księcia Władysława Laskonogiego. Konrad mazowiecki nie mógł się pogodzić z ich decyzją, sądził, że jako brat zabitego Leszka Białego miał największe prawa do objęcia władzy w Krakowie. ]


Płock. Listopad 1227:
            Urocza Ludmiła stała w oknie swej komnaty położonej na najwyższym piętrze wieży i spoglądała na Płock, najważniejszy z grodów w księstwie jej ojca, księcia Konrada, zwanego przez możnych i pospólstwo mazowieckim. Delikatny mroźny wiatr owiewał jej twarz i wzbijał w powietrze kosmyki czarnych włosów. Mroźne powietrze, które buchnęło w nią natychmiast po otwarciu okiennicy nie stanowiło dla piętnastoletniej dziewczyny problemu, bowiem od dzieciństwa była wyjątkowo odporna na zimno. Młoda księżna była ubrana tylko w nocną koszulę, kominek znajdował się dość daleko od okna, więc aby się nie przeziębiła jedna ze służących kazała jej owinąć się kocem. Mimo przejmującego morzu lubiła wstawać o świcie i patrzeć na wschodzące słońce. Właśnie podziwiała pierwsze promienie, które powoli rozświetlały zamarzniętą Wisłę, pokryte białym puchem pola i budynki położone po drugiej stronie rzeki oraz te za drewnianą, okrążającą całe miasto palisadą. Tam mieszkali najbiedniejsi, którzy w razie ataku musieli ratować się ucieczką. Promienie słoneczne szły jednak dalej i oświetlały również baszty, bramy i wartowników na palisadzie okrążającej całe miasto. Szczęśliwcy, którzy mogli mieszkać wewnątrz w razie niespodziewanego ataku mieli o wiele większe szanse na przeżycie od biedoty mieszkającej po zewnętrznej stronie, za palisadą, bramami, mostami zwodzonymi i fosą. Wieża, w której znajdowała się komnata Ludmiły była oczywiście częścią drewnianego grodu zbudowanego obok ceglano kamiennej Katedry Wniebowzięcia NMP na Wzgórzu Tumskim. Całe wzgórze było okrążone swoją własną podwójną palisadą z basztami obronnymi i bramą wjazdową z mostem zwodzonym opuszczanym na głęboką fosę od strony Wisły.
Płock na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie twierdzy nie do zdobycia. Z jednej strony palisada i fosa okrążająca całe miasto, a z drugiej dodatkowo wewnątrz miasta wzgórze z grodem i katedrą, które też miało swoją własną podwójną palisadę i fosę.

            Ludmiła od swoich nauczycieli oraz rozmaitych podróżników, rycerzy i kupców słyszała nie raz opowieści o tym jak wyglądają miasta i grody na zachodzie, w cesarstwie niemieckim, Francji, Italii i wielu innych krajach. Tam miasta otacza się często prawdziwym murem z kamieni i cegieł, a zamiast drewnianych grodów buduje się zamki. Młoda, licząca piętnaście wiosen księżna często naciskała ojca na to żeby otoczył Płock prawdziwym murem z cegieł i kamieni, a gród przebudował na zamek. Książę Konrad mazowiecki miał słabość do wszystkich swoich dzieci, zawsze tłumaczył Ludmile, że czasy są zbyt niespokojne i dopiero jak uda się uporać poganami nieustannie najeżdżającymi jego ziemie będziemy mógł pomyśleć o zbiórce złota na przebudowę całego miasta na wzór zachodni. Póki co z cegły i kamienia w Płocku była zbudowana tylko, stojąca obok drewnianego grodu na Wzgórzu Tumskim Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz wzniesiony przed kilkoma laty budynek zakonu norbertanek.
            - Jak mamy stawić opór poganom skoro wszystko, grody, zamki, palisady budujemy z drewna? – Księżna Ludmiła zadała to pytanie swoim służącym, trzem młodym dziewczętom, które prędzej odciągnęły ją od okna, zamknęły okiennice i przygotowały poranną kąpiel. Po kąpieli, kiedy już obmyły całe ciało swej księżnej i zaczęły ją ubierać Ludmile zebrało się na rozmowę o fortyfikacjach obronnych Płocka i walce z pogańskimi Prusami.  
Tak tu już było wśród książąt, księżnych i ich dzieci, że każde miało do swojej dyspozycji własnych służących. Ludmiła nie była tu wyjątkiem.
Trzy młode dziewczyny były córkami najbogatszych z rycerzy służących księciu Konradowi mazowieckiemu. Służba na dworze księżnej Agafii, jej męża lub jednej z ich córek albo synów była prawdziwym zaszczytem. Osoby takie zawsze słyszały najnowsze plotki, cieszyły się poważaniem i były blisko ludzi władzy. Dla bogatych służba na dworze była zaszczytem, a dla biednych stanowiła szansę na lepsze życie, zdobycie znajomości i pieniędzy.
            - Nie wiem Pani, nie znam się na prowadzeniu wojen – odpowiedziała księżnej Ludmile jedna ze służących.
            - Pani, nie kłopocz się, takie sprawy lepiej zostawić mężczyznom – dodała kolejna służka z lekkim uśmiechem.
            Trzecia z dziewcząt milczała i pomagała swej księżnej ubrać koszulę z rękawami, a na nią jasnoniebieski zakładany przez głowę surcot, z wycięciami po bokach, bez rękawów. Na samym końcu dziewczęta ubrały na nogi swojej pani trzewiki. Kiedy rytuał ubierania Ludmiły dobiegł końca młoda księżna postanowiła wyjść ze swej ciepłej, ogrzewanej przez ogień w kominku komnaty.
            To miał być kolejny listopadowy dzień. Książę Konrad wyjechał przed dwoma dniami na ważne spotkanie do wsi Gąsawa, na którym miało dojść do podjęcia decyzji o zorganizowaniu wielkiej wyprawy wojennej przeciwko pogańskim Prusom. Ludmiła już nie mogła się doczekać momentu, w którym zniknie niebezpieczeństwo ciągłych ataków ze strony pogan.
            Ludmiła wyszła z komnaty w towarzystwie swoich trzech służek. Na zewnątrz tak jak zawsze stało dwóch wartowników oraz tu i tam krzątali się służący. Jeden z nich właśnie czyścił tarcze i miecze wiszące, jako ozdoba na ścianach w korytarzu, a drugi ze służących dorzucał drwa do wszystkich kominków ogrzewających korytarz na tym piętrze wieży. Drzwi naprzeciwko jej komnaty były zamknięte. Za nimi mieszkał jej dwunastoletni braciszek, Siemowit, który był dość wybuchowy, nawet tu na korytarzu było słychać jak krzyczy na swych służących i pogania ich żeby go szybciej ubierali. Prawie cała wieża była zamieszkiwana przez dzieci księcia Konrada i ich służbę.
            Piętnastoletni Kazimierz [ w przyszłości będzie zwany Kazimierzem kujawskim ], który każdego uczył się fechtunku pod czujnym okiem starego rycerza Żyrosława oraz najstarszy z braci Ludmiły, Bolesław [ w przyszłości Bolesław I mazowiecki, książę sandomierski w latach 1229-1232 ], który miał już osiemnaście lat i aspiracje do przejęcia władzy mieli swoje pokoje piętro niżej. Na tym samym piętrze mieszkał też jedenastoletni Siemowit, kolejny z braci Ludmiły. Jej rodzeństwo było bardzo liczne, jedni marzyli o objęciu władzy po ojcu, a inni pragnęli zostać duchownymi. Ludmiła natomiast miała w sobie coś z wojowniczki, interesowały ją turnieje rycerskie, wszystko to, co było związane z walką. Chciała zostać kobietą rycerzem, księżną, która zostanie pasowana na rycerza. Jej plany doprowadzały ojca i matkę do ataków furii.
            Kiedy Ludmiła razem ze służkami zeszła na najniższy poziom wieży skierowała się w stronę sali jadalnej. Wieża mieszkalna była połączona z innymi budynkami oraz pozostałymi wieżami w grodzie, dlatego nawet, jeśli pogoda była mroźna lub deszczowa nie trzeba było wychodzić na dwór żeby przejść z jednego budynku do drugiego.
            Przed szerokimi drzwiami jadalni stało tradycyjnie dwoje wartowników, Wincenty i Damroka, bardzo zdolna wojowniczka, której zadaniem była ochrona tej części grodu. Miała ona w sobie coś, co przyciągało Ludmiłę. Damroka nie była, co prawda prawdziwym rycerzem, nie nosiła pasa rycerskiego, nigdy nie była pasowana, ale mimo tego zaliczano ją do silnych wojowniczek. Nawet prawdziwi rycerze cenili jej umiejętności walki mieczem i toporem.
            Ta część grodu tętniła życiem. Służący cały czas wnosili do jadalni kielichy z winem, kufle wypełnione piwem i talerze pełne wykwintnych potraw, godnych rodziny księcia.
            - Tu się rozstaniemy. Jak będziecie potrzebne to po was poślę – powiedziała Ludmiła do swoich trzech służących. Dziewczęta ukłoniły się swej pani i oddaliły w stronę kuchni, tam gdzie jadała służba.
            Ludmiła skierowała się w stronę drzwi do jadalni, Wincenty i Damroka widząc ją ukłonili się, oni byli zwykłymi wartownikami, a ona córką jednego z najpotężniejszych książąt w Polsce.
            Młoda księżna już miała przekroczyć drzwi jadalni, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk upadającego na podłogę kufla z piwem. Okazało się, że jeden młodych niewolników, chłopiec liczący jakieś czternaście lat potknął się... Gdyby tego było mało oblał piwem skórzany but przechodzącego obok wojewody płockiego Arnolda. Niewolnicy stali najniżej w hierarchii, łapano ich podczas wypraw łupieżczych na ziemie pogańskich Prusów lub Litwinów albo kupowano na targach. W grodzie płockim było ich kilkunastu, wykonywali najcięższe prace. Większość się nimi brzydziła, byli warci mniej niż chłopcy stajenni i pachołkowie. Każdego z niewolników można było rozpoznać po tym, że nosił na nogach kajdany z dłuższym łańcuchem, który umożliwiał poruszanie się.
            - Wojewoda podstawił mu nogę – powiedziała szeptem Damroka, wiedziała, że stojąca blisko księżna Ludmiła ją usłyszy.
            - Ścierwo, jak mogłeś wylać piwo! – Krzyczał wojewoda i kopał zapłakanego niewolnika.
            - Wy-bacz-cie Pa-nie, wy-bacz-cie! – Jąkał się, przepraszał, szlochał i błagał jednak to nie wzruszało wojewody Arnolda, jednej z najpotężniejszych osób w księstwie mazowieckim. Wojewodowie byli zastępcami książąt, ich prawą ręką, a teraz, kiedy Konrad mazowiecki wyjechał do Gąsawy, wojewoda Arnold nie liczył się z nikim.
            - Wychłostajcie to coś! Dwadzieścia batów! – Krzyknął wojewoda w stronę wartowników.
            - Szlachetny wojewodo, wybacz, ale nie możemy opuścić naszej warty. Zaraz poślę kogoś ze służby po zbrojnych, którzy go wyprowadzą na zewnątrz i wychłostają – powiedziała Damroka patrząc w stronę wojewody.
            - Jak śmiesz! Moje rozkazy są absolutne! Natychmiast masz go wyprowadzić i wychłostać, za karę czterdzieści batów! – Wojewoda był wściekły, brwi miał zmarszczone, mówił głosem nie uznającym sprzeciwu.
            Damroka nie miała wyjścia. Zostawiła Wincentego samego na warcie przy drzwiach wiodących do jadalni i ruszyła w stronę zapłakanego niewolnika. Pozostali członkowie służby noszący naczynia i potrawy stali obserwując dramatyczną sytuację. Wojewoda był znany ze swego okrucieństwa, lubił znęcać się nad niewolnikami, czasem nawet potrafił uderzyć swoje służące. 
           O okrucieństwach wojewody Arnodla podczas walk z pogańskimi Prusami krążyło po całym Mazowszu wiele opowieści. Jedna z nich mówiła, że miesiąc temu wojewoda ruszył z rycerzami z Płocka walczyć z Prusami, którzy najechali wsie w kasztelanii Sierpc. Tamtejszy kasztelan ruszył w pościg i zarazem przysłał do Płocka swego giermka z prośbą o pomoc. Wojewoda Arnold i kasztelan z grodu Sierpc spędzili w pruskiej puszczy dwa dni, bezlitośnie wyżynali pogan, uwolnili wielu chrześcijańskich niewolników. Wojewoda nie okazał litości żadnemu poganinowi, kazał ich wieszać na gałęziach albo ścinać mieczem. Udało mu się nawet spalić kilka pruskich gospodarstw zabijając przy tym dziesiątki pogańskich kobiet i dzieci. Mieszkańcy Sierpca witali go jak bohatera, kiedy wrócił do grodu razem z kasztelanem i uwolnionymi chrześcijanami. Przyprowadził pod Sierpc wielu pruskich wojów, których kazał powiesić od północnej strony grodu. Było ich tak wielu, że las na północ od Sierpca ludzie zaczęli nazywać lasem wisielców. 
            - Szlachetny wojewodo, czy to nie jest zbyt surowa kara? Mój niewolnik może jej nie wytrzymać? – Powiedziała słodkim głosem księżna Ludmiła i podeszła blisko Arnolda. Liczący już ponad trzydzieści lat wojewoda miał słabość do pięknych dam, a piętnastoletnia córka księcia Konrada była nie tylko piękna, ale też urocza, swoim wdziękiem potrafiła zmanipulować i oczarować niejednego mężczyznę.
            - Księżno Ludmiło nie wiedziałem, że to twój niewolnik – powiedział wojewoda spokojnym miłym głosem.
            - Uznałam, że – mówiąc to uśmiechnęła się słodko i podeszła do wojewody - moje trzy służące mają zbyt wiele obowiązków, dlatego kupiłam sobie tego chłopczyka żeby sprzątał komnatę i zanosił do praczek moje stroje. Top taki mój chłopiec na posyłki, który czasem pomaga w kuchni. Jeśli skarzesz go na czterdzieści batów to biedactwo nie da rady mi wiernie służyć, wojewodo chyba nie chcesz mnie narażać na koszty kupna nowego niewolnika? – Stała blisko niego, Arnold czuł zapach perfum Ludmiły, jako dama i księżna włosy miała splecione, a jej surcot, czyli suknia była wysoka, zasłaniała piersi. Wojewoda patrzył na nią zauroczony.
            - Może trochę przesadziłem, przecież w sumie nic się nie stało – powiedział wojewoda.
            - Więc wojewodo Arnoldzie chodźmy na śniadanie, opowiesz mi o swoich bohaterskich walkach z tymi paskudnymi poganami z północy.
            Ludmiła weszła razem z wojewodą do jadalni, a zapłakany niewolnik wykorzystał okazję i zwiał z korytarza, schował się gdzieś na terenie grodu, z dala od wojewody, rycerzy i wartowników. Gdyby uciekł z łańcuchami na nogach gdzieś poza teren grodu to zostałby schwytany i skazany na śmierć. Na szczęście dzięki Ludmile wojewoda szybko o nim zapomniał i chłopiec nie poniósł żadnych konsekwencji.

            Śniadanie z wojewodą nie należało do przyjemnych. Usiedli obok siebie w ogromnej sali, w której zasiadało całe rodzeństwo Ludmiły oraz jej matka księżna Agafia siedząca obok pustego krzesła swego męża, księcia Konrada mazowieckiego. W jadalni poza wojewodą Arnoldem znajdowało się jeszcze dwóch goszczących w Płocku kasztelanów z Płońska i Ciechanowa oraz kilku znamienitych rycerzy służących księciu.
            - Ludmiła objadła się warzywami i jagnięciną oraz wypiła dość dużą ilość piwa, aby ochłonąć po tym, co się stało. Sama siebie nie rozumiała, zastanawiała się, dlaczego skłamała i tak się poświęciła dla zwykłego niewolnika.
            Jedli już prawie godzinę. Ludmiła powiedziała wojewodzie, że zaraz musi iść ze swoją matką na poranną mszę świętą do katedry. Arnold z radością odpowiedział, że będzie im towarzyszył. Ludmiła się do niego uśmiechnęła, a w myślach prawie spłonęła ze złości, chciała się uwolnić jak najszybciej od kasztelana, za którym nie przepadała.

            Drewniany, potężny gród zamieszkiwany obecnie przez Konrada mazowieckiego oraz monumentalna, potężna, zbudowana z kamienia katedra z grubymi ścianami były najwspanialszymi z płockich budynków. Wszystko znajdowało się na Wzgórzu Tumskim, na którym podobno w dawnych czasach stała pogańska świątynia. Wieża, w której mieszkała Ludmiła oraz jej rodzeństwo była jedną z trzech wież dobudowanych do grodu. Nie bez powodu katedrę jakiś czas po przyjęciu chrztu przez Mieszka I zbudowano na wzgórzu obok grodu mazowieckich książąt. Było to miejsce strategiczne, otoczone dodatkowymi umocnieniami, najbezpieczniejsze w mieście. Misjonarze, księża, proboszczowie, a potem biskupi, którzy przybywali na tereny pogańskie zawsze nakazywali budowę kościołów w najbezpieczniejszych lokalizacjach. Tak, aby w razie ataku pogan na miasto Najświętszy Sakrament nie został zbezczeszczony, a życie proboszcza lub biskupa nie było zagrożone. 
Msza święta w trójnawowej, zbudowanej dawno, bo w XI wieku przez króla Polski Bolesława Śmiałego katedrze gnieźnieńskiej nie była tak wspaniała jak zawsze. Ksiądz stojący przy ołtarzu, w prezbiterium zakończonym absydą podczas kazania, co prawda starał się, nauczał o tym, że tylko Ewangelia Chrystusa jest prawdziwa, a wszystkie inne nauki są pogaństwem. Gestykulował, podnosił głos tak żeby echo rozchodziło się po trzech nawach kamiennej katedry. Z przodu, w części katedry zwanej transept stali najważniejsi z wiernych, czyli rodzina księcia Konrada mazowieckiego, jego urzędnicy i rycerze. Nieco dalej musieli stać zamożniejsi mieszkańcy Płocka, znamienitsi rzemieślnicy i zwykli zbrojni. Na samym końcu, czyli przy wejściu i na zewnątrz katedry swoje miejsca miało pospólstwo, biedota, jednym słowem najbiedniejsi z mieszkańców Płocka. Im ktoś był wyżej urodzony i bogatszy, tym bliżej ołtarza mógł się modlić.
Ludzie słuchali kazania w milczeniu. Duchowny podkreślał, że tylko Kościół katolicki i Jego nauka prowadzi do zbawienia.
- Ci, którzy nie słuchają nauk Jezusa, nie biorą sobie do serca nauki Kościoła są głupcami, którzy nie zostaną zbawieni! Tylko ludzie ochrzczeni mogą być zbawieni! Nikt, kto wierzy w jakichś bożków albo składa ofiary ze zwierząt, modli się do drzew nie może być zbawiony! Tylko Ewangelia, tylko Chrystus, tylko Kościół! Reszta to ohydne pogaństwo!  Prusowie, Litwini, Saraceni w Ziemi Świętej to wszystko są poganie, którzy odrzucają Jezusa! Należy ich nawrócić po dobroci lub siłą! Bowiem lepiej żeby pod przymusem przyjęli chrzest i zostali zbawieni, niż żeby trwali w swoich błędach i po śmierci poszli do piekła na wieczne męki!
Prości ludzie byli pod wrażeniem, już mieli ochotę wybiec z katedry, chwycić za miecze i ruszyć na pogańskich Prusów. Niektórzy płakali, zaklinali się, że poświęcą życie, aby zgładzić ohydnych pogan z północy. Ludmiła jednak wiedziała, że osoba głosząca kazanie musi tak mówić. Czasy były niespokojne, a prostymi ludźmi łatwo manipulować. Prostaczków przekonanych, że działają zgodnie z wolą Boga wystarczy tylko uzbroić i kazać walczyć z poganami. Ruszą i oddadzą swe życia wierząc, że robią dobrze. Takie było zadanie księdza, utwierdzić wiernych, że Kościół jest dobry, a poganie źli. Starał się, ale nie był tak zdolnym mówcą jak biskup płocki Gunter, który obecnie przebywał razem z jej ojcem we wsi Gąsawa na ważnym spotkaniu.
Ludmiła z jednej strony rozumiała, że tak trzeba, a z drugiej odczuwała lekki niepokój, którego nie pojmowała. W końcu nawet papież nauczał, że tylko chrzest i słuchanie nauk Kościoła daje zbawienie. Nie potrafiła zrozumieć uporu pogańskich pruskich i litewskich plemion, które nie chciały się nawrócić na jedyną prawdziwą religię i do tego ośmielały się atakować chrześcijańskie wsie i grody.

Ludmiła po wyjściu z katedry z powodu dotkliwego mrozu postanowiła udać się z powrotem do grodu. Znalazła wymówkę, aby uwolnić się od natrętnego wojewody i powróciła do swojej komnaty w drewnianej wieży. Długo jednak tam nie przebywała, ponieważ po chwili przez jedną z płockich bram, a potem przez bramę na Wzgórzu Tumskim przejechał jeździec z wieściami, które wstrząsnęły wszystkimi, począwszy od księżnej Agafii, jej córek i synów, poprzez rycerzy, a skończywszy na biedocie i prostytutkach, których w Płocku nie brakowało. Okazało się, że nocą w Gąsawie doszło do zabójstwa księcia Leszka Białego. Poza tym ciężkie rany odniósł książę śląski Henryk Brodaty.  Zginęło też wielu rycerzy, służących i chłopów.
- To byli dobrze wyszkoleni i uzbrojeni zabójcy, a nie jakaś przypadkowa zgraja łotrów – tłumaczył zbrojny wysłany z wieściami przez księcia Konrada mazowieckiego – książę śląski ledwo uszedł z życiem, nasz książę Konrad też został zaatakowany i musiał się bronić, ale dzięki Bogu nie został ranny – mówił popijając piwo. Siedział w sali, w której byli obecni wszyscy płoccy dostojnicy. Księżna Agafia się nie odzywała, Ludmiła stała razem z siostrami i braćmi próbując pojąć to, co właśnie usłyszała.
- Ktoś nasłał zabójców na jej ojca i pozostałych polskich władców. Kto mógł posunąć się do tak szalonego czynu? Poganie, Niemcy, a może któryś w piastowskich książąt? – Analizowała w swojej głowie różne możliwości.
- Jakie rozkazy wydał książę? – Pytanie głośno zadał Arnold, wojewoda płocki.
Zbrojny spojrzał na dostojnika i odrzekł po chwili:
- Książę każe wszystkim przygotować się na najgorsze. Niech kasztelani uzbroją chłopów, należy umocnić gród w Michałowie, wszystkie granice, nie tylko z poganami należy umocnić. Nie wiemy, kto przysłał zabójców, póki co nie wiemy nic. Książę razem z ciałem swego brata planuje udać się do Krakowa. My mamy zadbać o bezpieczeństwo księstwa póki nie wróci.

            Ludmiła była oszołomiona. Przed chwilą wróciła do siebie, rozkazała służącym, aby ją rozebrały i przygotowały kolejną kąpiel w wannie, którą własnie przyniesiono do jej komnaty. Jej trzy służki podczas napełniania wanny gorącą wodą, którą przynosiły w wiadrach milczały, ona też milczała, nie miała ochoty na rozmowę. W ciszy weszła do wody i kazała dziewczętom wyjść. Siedziała tak ponad godzinę, próbowała pozbierać myśli.
Kolejne dni były bardzo chaotyczne. Nadciągnął grudzień jednak nikt nie potrafił się cieszyć z nadchodzącego Bożego Narodzenia, wręcz przeciwnie panowała ponura atmosfera. Rycerze, zbrojni oraz wcieleni, często siłą do „wojska” synowie chłopów i mieszczan musieli siedzieć w granicznych grodach oraz strażnicach wypatrując niebezpieczeństwa. Po ulicach Płocka kręciło się więcej zbrojnych niż zwykle, podobnie przy bramach miejskich zwiększono ilość wartowników. Książę Konrad przysłał gońca z listem, w którym wyjaśnił, że wiele ważnych spraw związanych z pogrzebem brata zatrzymało go w Krakowie.

W pewnym momencie Ludmiła doszła do wniosku, że nie może tak być w nieskończoność. Zbliżały się święta, postanowiła, że uda się na płocki targ, aby sprawdzić, jakie towary oferują podróżni kupcy, których z nastaniem grudnia pojawiało się w Płocku coraz więcej. Towarzyszyli jej zbrojni z grodu, więc czuła się bezpiecznie.
Chodziła od jednego kupieckiego wozu do drugiego. Faktycznie, niektórzy z kupców przywieźli wiele egzotycznych towarów. Najbardziej lubiła kupców, którzy opowiadali jej o pięknych europejskich miastach takich jak Rzym, Magdeburg albo Paryż. Dzięki rozmowom z tymi podróżującymi po świecie ludźmi zawsze dowiadywała się wielu ciekawych rzeczy. Była to dla niej cenna wiedza. Tego dnia kupiła dość dużą ilość biżuterii, futer, sukni oraz włoskich butów. Jej trzy służące musiały jej towarzyszyć i wszystko dźwigać.
Plac targowy był pełen ludzi, których nie odstraszała mroźna zima. Zresztą tego dnia wykonywano kilka wyroków śmierci na skazańcach, dla ludzi oglądanie jak kat ścina przestępcom głowy stanowiło wspaniałą rozrywkę, dzięki której mogli, choć na chwilę zapomnieć o trudach dnia codziennego i niebezpieczeństwie, które im grozi ze strony pogan.
Ludmiła nie była zainteresowana oglądaniem egzekucji, wolała podejść do odzianego w piękny zdobiony ornamentami roślinnymi płaszcz kupca, którego dostrzegła w zachodniej części placu. Bursztynowe wyroby, oraz sztylety z ozdabianymi rękojeściami i pochwami, które miał w swojej ofercie przyciągnęły jej uwagę. Lubiła broń, a te sztylety wydawały jej się takie piękne i zarazem egzotyczne, przywiezione z daleka. Kupiec wyjaśnił, że kupił je w Gdańsku od innego kupca, który zdobył te piękne przedmioty w Brytanii. Podziwianie ich zupełnie pochłonęło Ludmiłę, która nie dostrzegła kilku zakapturzonych mężczyzn przyglądających się jej z oddali.
Dopiero krzyk kobiet zwrócił jej uwagę. Spojrzała w stronę drewnianego podwyższenia i ze zdziwieniem zauważyła jak kat przeszyty strzałą osuwa się na ziemię. Kilku mężczyzn, którzy wyrośli jak z podziemi zaatakowało zaskoczonych płockich strażników, widocznie próbowali uwolnić skazańca, który miał właśnie zostać ścięty. Zbrojni ochraniający Ludmiłę natychmiast otoczyli dziewczynę rozglądając się nerwowo zaczęli ją prowadzić w stronę grodu. Trzy służące w panice dźwigały wszystkie zakupione towary. Ludzie biegali, krzyczeli starali się uciec z placu targowego. Kupcy w pośpiechu chowali swoje towary, strażnicy przy miejscu egzekucji walczyli z tajemniczymi zakapturzonymi napastnikami.
Kilka osób leżało martwych na śniegu.
- Rzućcie te towary i uciekajcie! – Krzyknęła do swoich trzech służących. Nagle zaczęła wrzeszczeć widząc jak jedna z jej dziewczyn upada. Wyrwała się strażnikom i podbiegła do niej. Dziewczyna miała szyję przebitą bełtem wystrzelonym z kuszy. Była już martwa.
W pobliżu Ludmiły nagle pojawiło się kilku zakapturzonych mężczyzn, którzy spod płaszczy wyciągnęli miecze. Strażnicy natychmiast ich zaatakowali. Walka była bardzo krwawa, martwi byli po obu stronach. Ludmiła zaczęła uciekać w stronę grodu razem z dwiema służącymi. Przebiegły kilka ulic. Wzgórze Tumskie było coraz bliżej. Zostawiły za sobą wszystkich walczących i martwych ludzi. Kiedy już myślały, że są bezpieczne na głównej ulicy prowadzącej do jedynej bramy, przez którą od strony Wisły można wejść za palisadę otaczającą całe wzgórze ponownie na ich drodze pojawili się dwaj zakapturzeni napastnicy.
- O co im chodzi? Czy to mnie chcą dopaść? – Pomyślała Ludmiła i uciekła z dziewczętami w jedną z bocznych uliczek. Uciekały wąskimi uliczkami, wołały o pomoc jednak ludzie pozamykali okiennice, i drzwi ze strachu. Niektórzy krzyczeli, że to kolejny atak pogańskich Prusów. W końcu znalazły otwarte drzwi prowadzące do stajni na tyłach jednej z płockich karczm. Rozpaczliwie szukały tam jakiegoś schronienia jednak zakapturzeni mężczyźni szybko je znaleźli. Służące zasłoniły Ludmiłę, tak jakby swoimi ciałami były w stanie powstrzymać ostrza mieczy.
- Córko naszego wroga teraz zginiesz. Bądźcie przeklęci chrześcijanie, za moją żonę i zamordowaną córeczkę – pruski wojownik chwycił za miecz i sieknął kolejną ze służących Ludmiły zabijając dziewczynę na miejscu. Kolejny z Prusów sztyletem zabił ostatnią ze służek.  
- Teraz nadszedł czas na ciebie, chrześcijańskie ścierwo – wypowiadając te słowa splunął.
Ludmiła w ich oczach dostrzegała tylko nienawiść. Wiedziała, że zaraz zginie, ci dwaj nienawidzili jej zapewne za to, że jest chrześcijanką. Musieli stracić kogoś ze swoich bliskich podczas którejś z wypraw krzyżowych do Prus albo zwykłych potyczek z chrześcijańskimi rycerzami jej ojca. Teraz zabiją ją w ramach zemsty.
Próbowała się bronić, ale nie miała szans z potężnie zbudowanymi pruskim wojownikami. Jeden z nich złapał ją za szyję i zaczął dusić.
- Będę cię zabijał powoli, wszystkich was pozabijamy. Atakujecie nas, zabijacie, wciskacie na siłę swojego Chrystusa. Wasz ukrzyżowany bóg nie pokona naszych Bogów. A teraz giń! – Krzyknął i uderzył dziewczynę w brzuch.
Upadła. Krztusiła się i trzymała za brzuch, a on stał nad nią i się śmiał. Całe życie była otoczona służącymi, które dbały o nią na każdym kroku. Jeszcze nigdy, nikt jej tak nie obrażał, nigdy nikt jej nie uderzył, a teraz miała zginąć, tylko dlatego, że jest córką chrześcijańskiego księcia, który walczy w pogańskimi Prusami. Nie potrafiła się z tym pogodzić!

- Pora zakończyć twoje nędzne życie – powiedział jeden z Prusów i złapał za rękojeść miecza. Drugi z napastników stał obok i śmiał się patrząc jej prosto w oczy. Po chwili ten, który się śmiał zaczął pluć krwią, odwrócił się i upadł, nie ruszał się... Ludmiła zobaczyła, że ma wbitą w plecy siekierę. W tym samym czasie spadł też cios od tyłu na drugiego z mężczyzn, który jednak zdążył się odwrócić i wytrącić napastnikowi nóż z ręki. Był to chłopak niewiele starszy od niej. Zebrał się na odwagę, chwycił za siekierę i zabił od tyłu z zaskoczenia jednego z nich. Drugiego chciał załatwić nożem, ale mu się nie udało. Chłopak zaczął się cofać, widząc miecz, który Prus dzierży w dłoniach.
- Uciekaj księżniczko! Uciekaj! – Krzyknął patrząc na Ludmiłę.
Dziewczyna była jednak zbyt obolała i wystraszona. Nigdy nie widziała na oczy tego młodzieńca, nie wiedziała, kim był. On jednak ryzykował życie żeby ją ocalić. Widziała jak pruski wojownik zupełnie ją zlekceważył i odwrócił się do niej plecami. Całą swoją uwagę skupił na młodzieńcu, który wbił siekierę w plecy jego towarzysza. Postarała się opanować nerwy, musiała powstrzymać swoje trzęsące ręce i nogi. Kiedy już się trochę uspokoiła skoczyła na plecy zaskoczonego mężczyzny, drapała, dusiła, robiła, co tylko mogła…
Młodzieniec obserwując zaskakujący przebieg wydarzeń chwycił za stojące niedaleko widły i wbił je  w brzuch mężczyzny. Prus wypuścił w ręki miecz i padł na ziemię.
- Księżniczko nic ci nie jest?! – Podbiegł z wystraszoną miną do dziewczyny.
Patrzyła na niego, potem spojrzała na ciała swoich dwóch służących, wiedziała, że trzecia też nie żyje. Wszystkie były z nią od wielu lat, kochały ją i się nią opiekowały, a teraz były martwe.
Młodzieniec pomógł jej wstać. Potem wyjrzał na zewnątrz i upewnił się czy jest bezpiecznie. Pobiegł natychmiast w stronę grodu. Szybko napotkał na jednej z ulic rycerzy, którzy dobijali ostatnich z zakapturzonych napastników. Przyprowadził ich do księżnej, która ze łzami w oczach podbiegła do rycerzy.
Kolejny atak pogan został odparty. W ciągu kilku dni ustalono, że próbowali uratować skazańca, na którym akurat kat wykonywał wyrok. Widocznie byli z nim jakoś powiązani. Rycerstwo płockie doszło do wniosku, że atak na księżniczkę musiał być czymś, czego napastnicy na początku nie planowali. Po prostu księżniczka znalazła się w złym miejscu o niewłaściwej porze. Sama Ludmiła twierdziła, że napastnikom od początku chodziło tylko o nią, a skazaniec był pretekstem mającym odwrócić uwagę rycerzy i zbrojnych, jednak nikt, nawet jej matka księżna Agafia nie potraktował dziewczyny poważnie.
Jedynym jasnym punktem dla Ludmiły był starszy od niej o dwa lata, siedemnastoletni młodzieniec, który ocalił jej życie. Przekonała matkę żeby w ramach wdzięczności przyjęto go na służbę w grodzie. Miał na imię Falibor i przybył do Płocka kilka miesięcy temu. Powiedział, że mieszkał w przygranicznej wsi na północy Mazowsza, ale niestety Prusowie ją spalili, a jego rodzinę wymordowali.
Ludmiła zawdzięczała mu życie i zadbała żeby został jednym z jej służących, który będzie sprzątał komnatę i spełniał wszystkie jej zachcianki. Musiała jeszcze znaleźć kogoś w miejsce trzech martwych służących, dziewczyn, które będą dbały o jej ubiór, wygląd i wszystkie inne kobiece sprawy.
Falibor mógł spać razem z innymi służącymi i jadać w grodzie. Dla prostego pachołka, chłopca stajennego, który stracił wszystko był to prawdziwy awans. Ludmiła o tym wiedziała, obiecała sobie, że nie pozwoli żeby jej wybawca wiódł dalej żałosny żywot chłopca stajennego. Falibor powiedział jej, że nie potrafił czytać, ani pisać, nie był też zbyt biegły w strzelaniu z łuku i walce na miecze. Ludmiła poprosiła Damrokę oraz Wincentego, dwoje zaufanych zbrojnych z grodu, aby go nauczyli jak walczyć. Obiecała też, że w podzięce za uratowanie życia sama nauczy go pisać i czytać.


Falibor właśnie wszedł do komnaty Ludmiły. Był z siebie dumny, oszukał wszystkich, nikt nawet nie domyślał się prawdy... Spojrzał na łóżko zasłonięte baldachimem, wiedział, że gdyby go odsłonił ujrzałby śpiącą Ludmiłę, córkę księcia Konrada mazowieckiego, wielkiego rycerza, chrześcijanina, człowieka, którego nienawidził i z głębi serca pragnął zabić. Musiał udawać chrześcijanina, głupka i niedorajdę, który nie umie pisać i walczyć, bardzo długo się przygotowywał do tej roli i był z siebie dumny. On, Falibor dał radę wszystkich oszukać. Minęły dopiero trzy dni, od kiedy zamieszkał w grodzie, trzy dni od ataku na Płock. Cieszył się, że plan opracowany ze szczegółami przez mistrza udało się w całości zrealizować.
Dorzucił drew do kominka i upewnił się, że Ludmiła na pewno śpi. Po czym podszedł do okna i otworzył drewnianą okiennicę. Przyłożył ręce do ust i wydał z siebie cichy dźwięk, po czym czekał i zerkał w stronę baldachimu upewniając się, czy księżniczka, aby na pewno śpi. Czarny, specjalnie wyszkolony gołąb właśnie usiadł na parapecie. Młodzieniec wyjął z kieszeni małą zwiniętą w rulon wiadomość, pogładził go po piórach i przywiązał do nogi ptaka.
- Leć do mistrza – powiedział szeptem. Gołąb natychmiast pofrunął, a Falibor zamknął okiennicę.
Czarny gołąb leciał nocą nad pogańskimi Prusami, a dokładniej Ziemią Sasinów i ruinami Lubawy, a potem nad Galindią, aż w końcu dotarł do pruskiej krainy zwanej Nadrowią. Dopiero tam wylądował z gracją na parapecie pomieszczenia, w którym było jasno. Mężczyzna, który podszedł do ognia pogłaskał gołębia w nagrodę i odwiązał wiadomość. Po czym zaczął czytać: „Mistrzu twój plan się powiódł. Zostałem służącym w grodzie, służę jednej z jego córek. Chrześcijanie ukłonią się przed naszymi bogami i Tobą mistrzu albo spłoną na stosach ofiarnych”.
Starzec z długą brodą i laską uśmiechnął się pod nosem.
- Jestem z ciebie dumny Faliborze, bogowie nagrodzą cię za oddanie w walce z naszymi wrogami – powiedział cicho sam do siebie. Po czym wstał i położył list obok tego, który otrzymał od innego ze swoich szpiegów jakiś czas temu, a którego treść brzmiała: „Mistrzu plan został zrealizowany tylko w części. Książę Leszek Biały został zabity, niestety Henryk zwany Brodatym i Konrad mazowiecki przeżyli. Wszyscy nasi ludzie zabici”. Kriwe z Romowe usiadł na krześle i się zamyślił.
- Widocznie taka jest wola Bogów – powiedział po chwili.


[ Nie wiemy ile nieślubnych dzieci miał książę Konrad mazowiecki. Zapewne sporo z dziewczynami służącymi na jego dworze, kochankami, z którymi spotykał się po kryjomu, może nawet z prostytutkami z płockich zamtuzów (domów publicznych). W tamtych czasach nieślubne dzieci książąt nikogo nie dziwiły, dziecko z pozamałżeńskiego związku i tak nie miało żadnych praw do książęcego tronu. Co innego dzieci, które książę Konrad miał ze swoją żoną Agafią Światosławówną. Wiemy, że było ich dziesięcioro, o jednych wiadomo wiele, a o drugich prawie nic:

            - Bolesław, Kazimierz i Siemowit – o tych trzech synach Konrada i Agafii w Internecie i książkach znajduje się sporo informacji. Kazimierz był księciem kujawsko-łęczyckim, a jego dwaj bracia po śmierci ojca walczyli między sobą o Mazowsze.

            - Eudoksja – jedna z córek księcia, która urodziła się pomiędzy rokiem 1215 a 1225. Nie znamy dokładnej daty jej urodzin. Wiemy natomiast, że była żoną hrabiego Breny Dytryka I z dynastii Wettynów.

            - Ludmiła – kolejna tajemnicza córka księcia Konrada. Urodziła się prawdopodobnie przed 1225 rokiem, nie wiemy, kiedy zmarła. Możliwe, że należała do zakonu norbertanek w Płocku. (Umieściłem ją w mojej powieści i wymyśliłem sobie, że Ludmiła urodziła się w 1212 roku i w wieku piętnastu lat prawie została zabita przez Prusów podczas podstępnego ataku na Płock. Ot, co taka moja fantazja!)

            - Ziemmomysłmało wiemy o tym synu, nie znamy nawet dokładnej daty urodzin i śmierci. Prawdopodobnie urodził się w latach 1216-1228, a zmarł w 1241 roku.

            - Salomea jedna z córek księcia Konrada i księżnej Agafii. Możliwe, że była klaryską w Skale. Urodziła się między 1220, a 1225 rokiem. Zmarła w 1268 r.

            - Judyta o niej wiemy trochę więcej, była zoną Mieszka II Otyłego, urodziła się między 1222 a 1227 rokiem. Zmarła w latach 1257-1263.

            - Dubrawka kolejna córka księcia, o której niewiele wiemy. Urodziła się ok. 1230 r., a zmarła w 1265 r.

            - Mieszko synek księcia Konrada i Agafii, który zmarł w dzieciństwie. Urodził się ok. 1235 r. i żył jakieś 2-3 lata. ]



Ścibor i wampirzyca z okolic Świecia nad Wisłą
Listopad 1227:

Rycerz Ścibor obudził się zlany potem. Gród w Świeciu nie był zbyt imponujący, zaoferowano im tu na noc jeden mały pokój z sianem i skórami, o normalnych łóżkach z pościelą mogli tylko pomarzyć. Jemu jednak to nie przeszkadzało, podobnie jego giermkowi, który też wydawał się być zadowolony, ponieważ właśnie chrapał leżąc na sianie przykryty skórą niedźwiedzia. Obok niego spał Arellis, Prus i zarazem poganin z galindzkiej puszczy. Ścibor cieszył się, że on i osoby mu towarzyszące nie musieli szukać noclegu na podgrodziu albo w jednej z okolicznych wsi. Czasy były niespokojne, a Prusowie kilka razy w miesiącu organizowali ataki paląc chłopskie chaty, a czasem całe wsie i biorąc ludzi w niewolę. Wisła zamarzła, więc poganie mogli nadciągnąć z każdej strony i o każdej porze.
Rycerz i zarazem były kasztelan z Chrośla na Ziemi Lubawskiej leżał na plecach i rozmyślał o swoim śnie. Znowu to samo, po raz kolejny śnił o rzezi mieszkańców Konstantynopola. Te tragiczne wydarzenia zmieniły go na zawsze, dręczyły każdej nocy w snach krwawych i okrutnych, pokazujących, do czego z powodu żądzy władzy i bogactwa mogą posunąć się ludzie. Wiedział, że to nie była jego wina, podczas IV wyprawy krzyżowej zorganizowanej w latach 1202-1204 był tylko giermkiem. Mimo tego miał koszmary, widział w nich jak chrześcijanie z Europy, wśród których przybył, mordują mieszkańców Konstantynopola, którzy też byli chrześcijanami, bogatymi chrześcijanami.
            Po chwili wstał, podszedł do okna i otworzył drewnianą okiennicę. Starał się kroczyć powoli tak żeby skrzypiące deski nie obudziły Izbora i Arellisa oraz Skarbmiry, Meldi i Drogis, które spały przytulone do siebie i przywalone zwierzęcymi skórami w tym samym pomieszczeniu. Mroźne powietrze od razu uderzyło w rozgrzane ciało dumnego rycerza. Były kasztelan stał i obserwował nocną, zimową scenerię rozświetloną przez promienie księżyca, który tak jak słońce przez niektórych pogan był uznawany za bóstwo.
            Świecie, gród mały i biedny, z Płockiem nie mający szans się równać, w jego oczach nie wyglądał żałośnie. O nie! Ścibor wiedział, że tutejsi ludzie dużo wycierpieli przez ostatnie lata. O tak! Wojny z Prusami dały im ostro w kość, wiele matek straciło swe dzieci albo mężów. Dziesiątki mieszkańców grodu i okolicznych wsi na zawsze utraciło swych bliskich, a wszystko z „winy pogan, Prusów przeklętych, którzy wiary w Chrystusa przyjąć nie chcą. Mało tego te pogany przeklęte Ziemię Lubawską i Lubawę zniszczyli, biskupa Chrystiana przepędzili, ba nawet Ziemię Chełmińską, aż do Wisły zagarnęli” – Ścibor słyszał podobne opinie w wielu grodach i od wielu ludzi, zarówno kasztelanów jak i zwykłych zbrojnych oraz kupców. Tu w Świeciu ludzie gadali podobnie, za całe zło na świecie obwiniali pogańskie plemiona Prusów.
            Ścibor jednak wiedział, że poganie też cierpią, Drogis, poganka i jego towarzyszka, opowiadała mu jak kilka lat temu, kiedy Ziemia Chełmińska należała jeszcze do biskupa Chrystiana chrześcijańscy rycerze przekroczyli rzekę Osę i złupili ziemie zamieszkiwane przez pruskie plemię Pomezan. Drogis miała wtedy osiemnaście lat, jej rodziców zabito, a małą siostrzyczkę uprowadzono do niewoli. Ścibor wiedział, że Drogis oraz Meldi i Arellis mają za co nienawidzić chrześcijan. Nawet nie próbował namawiać ich do przyjęcia chrztu, postanowił jednak, że będzie wszystkich ochraniał. Codziennie modlił się do Boga żeby zesłał na niego jakiś znak, wskazówkę jak powinien postąpić, modlił się też za Divana i Mojmirę, których losy były nieznane.
Księżyc świecił jasno. Ścibor widział stąd palisadę okrążającą gród oraz dachy drewnianych chat na podgrodziu. Stał jeszcze przez chwilę wypatrując niebezpieczeństwa. Nic nie dostrzegł, ta noc była spokojna, nigdzie nie unosił się odór śmierci, nic nie wskazywało na to, że może wydarzyć się coś złego.
            Kiedy zamknął okiennicę na zasuwę podszedł do kominka, w którym przygasał ogień i wrzucił do środka kilka drewek. Ogień z kominków w grodach i chatach był jedynym źródłem ciepła podczas mroźnych nocy. Poza nim śpiącym pozostawały tylko skóry zwierząt, którymi wszyscy się przykrywali.

        Cała szóstka wstała wcześnie rano, aby zaraz po śniadaniu, konno opuścić Świecie. Dachy drewnianej wieży obronnej i mieszkalnej oraz budynków w grodzie pokrywał białych puch. Najpierw przejechali przez bramę, która była połączona z palisadą ochraniającą gród. Ścibor zauważył, że podwojono ilość wartowników. Przy bramie stało aż czterech, a na każdej drewnianej baszcie połączonej z palisadą dookoła grodu znajdowało się trzech łuczników. To była ostatnia linia obrony, jeśli poganom albo jakimś innym wrogom Świętopełka II Wielkiego udałoby się wkroczyć na podgrodzie to musieliby jeszcze się długo męczyć, aby zdobyć sam gród, w którym mieszka kasztelan Świecia. Na podgrodziu, które też było otoczone drewnianą palisadą z basztami wielu ludzi było już na nogach. Kowale i rozmaici rzemieślnicy otwierali swoje kuźnie i warsztaty, kupcy rozstawiali stoły. Dyby stały puste, do żadnego z pręgierzy nikogo nie przywiązano. Zresztą gdyby tak zrobiono to taka osoba zapewne nie przeżyłaby mroźnej nocy.

Meldi i pozostałe dziewczyny spoglądały na wesołe twarze dzieci rzucających się śnieżkami oraz dorosłych, którzy mieli raczej ponure miny. Świecie było dość silnie chronione jednak tutejsi mieszkańcy bali się pogan zza Wisły. Strach oraz bieda sprawiały, że tutejsi ludzie bardzo różnili się od mieszkańców Płocka, oraz innych dużych miast takich jak Gniezno, nie wspominając o Poznaniu, Gdańsku albo Krakowie. Ci, którzy mogli opuścili Świecie już dawno i udali się do potężniejszych miast albo do grodów położonych w głębi księstwa, daleko od pogańsko-chrześcijańskiej granicy. Bogatsi kupcy z powodu zagrożenia pruskimi atakami nie zaglądali tu zbyt często, w „miasteczku” nie było nawet żadnego zakonu, a w tutejszej szkole parafialnej brakowało nauczycieli. Tylko nieliczni mogli sobie pozwolić na droższe płaszcze i kaftany, pozostali ubierali się w zwykłe zwierzęce skóry albo jakieś inne, często dziurawe wełniane znoszone łachmany.
 Wyjechali z podgrodzia przez, przed chwilą otwartą, bramę północną, której strzegło pięciu wartowników uzbrojonych w topory i tarcze. Kolejnych dwóch stało na drewnianej baszcie obronnej obok bramy. Kiedy oddalili się mniej więcej kilometr zauważyli przed sobą grupę kilkunastu chrześcijańskich zbrojnych oraz kilku pasowanych rycerzy, którzy zmierzali konno w stronę Świecia. Wszyscy mieli szczęśliwe miny, jechali śpiewając jakąś pieśń w języku polskim. Przed nimi szło dziesięć kobiet i kilkoro dzieci o pruskich rysach twarzy, wszyscy mieli związane sznurem ręce i bardzo smutne miny. Niektórzy płakali, maszerowali jak na ścięcie. Poza tym dwa konie ciągnęły wóz wyładowany różnymi łupami, począwszy od broni, a skończywszy na odzieży i jedzeniu. Kiedy ich mijali Ścibor dowiedział się od jednego z rycerzy, że wysłano ich z Gdańska, jako wsparcie do Świecia. Po drodze stwierdzili, że przeprawią się nocą przez zamarzniętą Wisłę na tereny pogan, aby utrzeć im nosa i zdobyć z zaskoczenia jak najwięcej łupów. Pochwycili te kobiety pomiędzy ruinami Grudziądza i rzeki Osy. Zaatakowali ich nocą, kiedy spali w swych chatach, mężczyzn pomordowali, a kobiety i dzieci wzięli do niewoli, było ich trochę za dużo, dlatego część musieli zabić.
Ścibor powinien się cieszyć ze zwycięstwa swych braci w wierze, ale jakoś jego usta pozostawały smutne. Od czasów wypraw krzyżowych do ziemi świętej przestał dzielić ludzi na dobrych chrześcijan i złych pogan. Wiedział, że jest wyjątkiem, rozumiał, że tak jest urządzony świat, kiedy był kasztelanem w Chroślu poganie też wzięli do niewoli wielu z jego poddanych, atakowali tak intensywnie, że w końcu musiał kazać wszystkim uciekać w stronę Mazowsza. Chrześcijanie napadali i mordowali pogan, a poganie robili to samo z chrześcijanami. Ciągłe wojny, najazdy, branie ludzi w niewolę, mordowanie, gwałty, tak było wszędzie, gdzie chrześcijanie graniczyli z poganami. Tu pogan nazywano Prusami, a w Ziemi Świętej mówiono na nich Saraceni lub muzułmanie.
Jechali w milczeniu, czasem odwracając zakapturzone głowy, aż w końcu rycerze i niewolnicy zniknęli im z oczu. Meldi musiała powstrzymać Arellisa, którego aż świerzbiło żeby zawrócić i zaatakować rycerzy. Rozumiała go doskonale, ponieważ oboje byli poganami, pochodzili, co prawda z Galindii, ale współczuli wszystkim plemionom pruskim, których członkowie dostawali się do chrześcijańskiej niewoli. Teraz jednak wędrowali razem ze Ściborem, obiecali sobie, że będą się trzymać blisko niego. Tak postanowili krótko po tym jak księżniczka Lulki wyjechała do klasztoru w Trzebnicy na Śląsku.

- Na szczęście nie widziałam wśród nich znajomych twarzy. Te zniewolone dzieci, dziewczynki, myślałam, że może któraś z nich będzie… – głos jej się łamał. Drogis wypowiedziała te słowa dość głośno, dało się w nich wyczuć ogromny smutek. Dopiero teraz wszyscy zrobili wstrząśnięte miny przypominając sobie, że dziewczyna pochodzi z Pomezanii, mieszkała razem z siostrą i rodzicami blisko rzeki Osy. Przed pięcioma laty, kiedy Ziemia Chełmińska należała jeszcze do chrześcijan rycerze zamordowali całą jej rodzinę, a dziewięcioletnią wówczas siostrę o imieniu Geniks uprowadzili w niewolę. Drogis miała wtedy szczęście w nieszczęściu, ponieważ chrześcijanie uznali ją za martwą i zostawili leżącą blisko ciał rodziców.
- Gdyby któraś z tych dziewczynek była twoją siostrą to bym ją dla ciebie wykupił z niewoli – Ścibor tymi słowami chciał pocieszyć dziewczynę, która milczała, otarła łzy z policzka i przez jakiś czas jechała nie odzywając się do nikogo.

Ostatnie pięć lat odcisnęło na tych ziemiach straszne piętno. Prusowie opanowali tereny po drugiej stronie Wisły, czyli Ziemię Chełmińską, zniszczyli Chełmno oraz inne grody i co jakiś czas przeprawiali się przez rzekę w okolice Świecia atakując z zaskoczenia wsie chrześcijan. Gród Świecie od dziesięcioleci ochraniał Pomorze Gdańskie od południa i zarazem strzegł przeprawy przez rzekę. Jednak teraz po zamarznięciu Wisły poganie nie musieli korzystać z przeprawy, mogli przejść po lodzie i nękać swych wrogów w każdym miejscu. Tak samo niebezpiecznie tej zimy było też na Ziemi Dobrzyńskiej, Michałowskiej, Mazowszu i Kujawach, gdzie po zamarzniętej Wiśle i Drwęcy Prusowie atakowali, co jakiś czas grody i wsie należące do księcia Konrada mazowieckiego.
            Sześcioro wędrowców jechało przez las po zaśnieżonym szlaku. Byli już ładnych kilka kilometrów od Świecia, mróz tego dnia ostro dawał się im we znaki. Po drodze zdążyli już minąć jedną wieś, w której chłopi powiedzieli im, że dwa tygodnie temu oddział około dwudziestu pogan nadciągnął od strony Wisły, zabił wielu mężczyzn i porwał kilka kobiet w niewolę.
- Te pogany w Chrystusa nie wierzące wymordowaliby nas wszystkich, a baby nam w niewolę porwali albo pogwałcili gdyby nie nadciągnęli rycerze ze Świecia i ich nie przegonili – tak powiedział im jeden z mieszkańców tej wsi. Podobne historie słyszeli w wielu mijanych wsiach.  

***

- Przyczyn jest kilka. Dawniej każdy, kto chciał udać się do Gdańska wsiadał w Płocku lub w Chełmnie do łodzi i płynął Wisłą – powiedział Ścibor.
- A w Lubawie najpierw się wskakiwało na tratwę albo małą łódź, która płynęła Drwecą do Wisły, tam przesiadaliśmy się na większy statek i potem z prądem rzeki aż do Gdańska - dodał po chwili Izbor.
- I towary też tak transportowaliście? – zapytał Arellis.
- Oczywiście! Transport rzeczny jest o wiele szybszy od konnego. No, ale pojawili się paskudni poganie tacy jak ty, którzy nas przepędzili z Lubawy, zabrali biskupowi nawet Ziemię Chełmińską – powiedział z przekąsem Izbor patrząc na Arellisa, pogańskiego wojownika z Galindii i zarazem konkurenta w zdobywaniu serca uroczej Drogis.
- Widocznie wasz bóg jest słabszy od naszych Bogów – odgryzł się Arellis.
- Jeśli znowu się pobijecie to was obu przywiążę do drzewa i zostawię na mrozie – powiedziała Drogis, która jechała razem z Meldi na jednym koniu. Dziewczyna uśmiechała się i starała zapomnieć o rycerzach i niewolnikach, których minęli kilka godzin temu. Dziewczyny starały się żeby ich gniada klacz zawsze znajdowała się między rumakami Izbora i Arellisa, tak było bezpieczniej dla obu narwańców, którzy we wszystkim ze sobą konkurowali.
Licząca już piętnaście wiosen Skarbmira jechała na jednym koniu razem z rycerzem i zarazem byłym kasztelanem, Ściborem. Dziewczynka, którą przed pięcioma laty Divan ocalił na targu niewolników wypiękniała, jej słomiane włosy sięgały obecnie kilka centymetrów poniżej ramion, policzki dalej miała rumiane, a rysy twarzy łagodne. Piersi bardzo jej urosły. Wyglądała jak typowa Słowianka, była piękna, i podkochiwała się w młodym giermku. Niestety Izbor konkurował z Arellisem o względy liczącej dwadzieścia trzy wiosny Drogis, która również była ładna, miała piękne piwne oczy, brązowe włosy i jasną cerę. Drogis, poganka z Pomezanii, wiedziała, że obaj się w niej podkochują jednak nie miała ochoty na odwzajemnianie ich uczuć, traktowała obu jak przyjaciół i skupiała się tylko na odnalezieniu siostry, którą pięć lat temu chrześcijanie uprowadzili do niewoli z ich gospodarstwa.
Bogowie lub Bóg muszą mieć niesamowite poczucie humoru skoro sprawili, że tak różne osoby połączyły się w jedną drużynę, która wyruszyła na poszukiwanie przygód. Meldi była pogańską kapłanką, ona i Arellis pochodzili z Puszczy Galindzkiej. Drogis również była poganką, ale urodziła się w Pomezanii. Skarbmira natomiast miała korzenie słowiańskie, podobnie jak giermek Ścibora Izbor, który pochodził z Płocka. Chrześcijanie i poganie podróżujący wspólnie. Taki widok dziwił i zaskakiwał każdego, kogo napotkali na swojej drodze.

Po opanowaniu przez Prusów Ziemi Chełmińskiej i Ziemi Lubawskiej poganie coraz częściej organizowali najazdy na ziemie chrześcijan położone po drugiej stronie Wisły i Drwęcy. Im dalej Ścibor i jego towarzysze wędrowali na północ od Świecia tym mniej zamieszkanych wsi napotykali na swojej drodze. Chrześcijańscy chłopi zamieszkujący niegdyś tutejsze wsie położone blisko Wisły zostali praktycznie wyrżnięci lub uprowadzeni w niewolę przez pogan. Prusowie potrafili niepostrzeżenie przeprawić się przez rzekę w grupie kilkunastu lub kilkudziesięciu konnych jeźdźców i spowodować prawdziwe spustoszenie. Zanim rycerze w Świeciu lub w Starogardzie Gdańskim zdążyli przybyć z odsieczą to po poganach najczęściej nie było śladu. W ciągu kilku ostatnich lat nie było miesiąca, w którym Prusowie by nie spalili jakiejś przygranicznej wsi. Chrześcijanie oczywiście nie pozostawali im dłużni urządzając bezlitosne i krwawe wyprawy odwetowe.
            Czasy były bardzo niespokojne, zarówno Pomorze należące do Świętopełka II Wielkiego, jak i Kujawy, Ziemia Dobrzyńska, Michałowska i Mazowsze będące własnością księcia Konrada były ciągle narażone na niespodziewane ataki Prusów. Chłopi pouciekali z wielu przygranicznych wsi, gród w Michałowie był ciągle najeżdżany, a tamtejsze rycerstwo nieustannie prosiło księcia o przysłanie posiłków. Zdarzało się, że niektóre ataki Prusów docierały aż w okolice Dobrzynia i Płocka.

Belno, taką nazwę nosiła kolejna wieś, którą napotkali na swojej drodze. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, mały drewniany kościółek, i kilkanaście chat. Na oko mieszkało w niej może ze trzydzieści osób. Szybko dowiedzieli się, że tak jak w innych przygranicznych wsiach księża pouciekali ze strachu przed poganami i teraz każdy, kto zapragnął uczestniczyć we mszy musiał jeździć aż do grodu Świecie.
Było już prawie południe, więc postanowili zatrzymać się w tutejszej karczmie, aby coś zjeść i napić się piwa. O tej godzinie w środku znajdowało się tylko kilku chłopów, którzy zdziwili się na widok obcych. Kiedy Ścibor razem z innymi wszedł do środka i odchylił płaszcz, karczmarz dostrzegł od razu jego rycerski pas oraz rękojeść miecza wystającą z pochwy. Obuwie i szaty Ścibora, nie wspominając o kolczudze pod płaszczem były wiele warte, więc karczmarz się uśmiechnął i kazał im usiąść przy wolnym stoliku. Od razu przysłał do nich jedną ze swoich młodych córek. Tutejsze piwo okazało się być wyborne, wszyscy wypili po dwa kufle. Suszone mięso i placki też smakowały całkiem nieźle.
- Ten karczmarz opowiedział mi ciekawą historię o pogańskim bogu, kiedy byłem przy barze żeby mi dolał piwa do kufla – stwierdził Izbor jedząc placek i zapijając go piwem.
- Pewnie ci jakichś bajek naopowiadał, a ty mu uwierzyłeś – stwierdził z lekkim uśmiechem Arellis - jak to naiwny chrześcijanin – dodał po chwili z szyderczym uśmiechem po raz kolejny drażniąc giermka. Ścibor i pozostali nie zwracali uwagi na ich słowne utarczki, czekali aż Izbor w końcu opowie im, co usłyszał.
- Nie wiem, czy to bajki. Starzec powiedział, że jeśli chcemy się dostać do Starogargu Gdańskiego to będziemy musieli jechać okrężną drogą, od zachodu, albo od wschodu przez zamarzniętą Wisłę – wymamrotał Izbor popijając swój browarek.
- Czemu mamy nadkładać drogi? Kto nam zabroni jechać prosto na północ? – Zapytał zdziwiony rycerz.
- Na północ od wsi znajduje się, jak to powiedział karczmarz, Las Demonów. Tam podobno żyją potwory, każdy się boi zbliżać do tego lasu – wyjaśnił Izbor.
- Jakie potwory? – Dopytywała Meldi.
- Nie wiem, karczmarz mówił tylko, że potwory.
Meldi popatrzyła z obawą na Arellisa. Oboje pochodzili z głębi pogańskiej galindzkiej puszczy, więc wiedzieli wiele o potworach.
- Tu na ziemiach chrześcijan potwory wyginęły dawno temu. Tam, gdzie żyją ludzie ochrzczeni nie ma miejsca dla demonów i innego plugastwa. Tak przynajmniej słyszałem – stwierdził Izbor.
- Zło czai się wszędzie. Nawet w Rzymie nocą można się natknąć na wampira albo jakiegoś innego demona. Kościół je zwalcza, dlatego wiele z tych stworzeń wolało uciec do Prusów i Litwinów, tam czują się bezpieczniej – wszyscy siedzący przy drewnianym stole patrzyli z wytrzeszczonymi oczami na Ścibora, który wypowiedział te słowa.
- Nigdy nie widziałem wampira albo innego demona. To one istnieją? Mistrzu, mówisz poważnie? – Ścibor był zaskoczony słowami rycerza.
- W naszym lauksie starcy opowiadali dużo o bogach i demonach. Ja jednak nigdy żadnego nie widziałem na własne oczy – stwierdził Arellis.
- Demony naprawdę istnieją – stwierdziła Meldi - to, że ich nie widziałeś nic nie znaczy.

Wieś Belno nie należała do zamożnych, a karczma była mała, parterowa, tylko z piwem oraz jedzeniem. Bez pokoi do wynajęcia. Nigdzie we wsi nikt im nie zaoferował pokoi na nocleg, więc postanowili przenocować razem z końmi w stajni.  Było to najlepsze rozwiązanie, biorąc pod uwagę fakt, że na zewnątrz panowała mroźna zima.

Skarbmirę obudziły dźwięki dochodzące z zewnątrz. Wstała i narzuciła na siebie płaszcz, którym prędzej była przykryta śpiąc na sianie. Nie chciała budzić Ścibora i pozostałych, wyszła z ciekawości oraz w celu zaspokojenia potrzeby fizjologicznej. Na zewnątrz królowały ciemności, szła i słyszała chrupanie śniegu pod stopami. Była coraz bliżej dźwięków, które przed kilkoma minutami ją obudziły. Okazało się, że kilkanaście metrów od stajni stoi dwóch mężczyzn, którzy ostro ze sobą dyskutują.
            Dziewczyna ich nie widziała, ale za to słyszała dyskusję obu doskonale. Już chciała odejść, kiedy nagle do jej uszu dobiegły niepokojące dźwięki. Mężczyźni jakby zaczęli jęczeć, dusić się… Po chwili już nie wydawali żadnych odgłosów. W miejscu, w którym stali zapłonęło kilka pochodni, Skarbmira zauważyła, że jeden z mężczyzn trzymających pochodnię, w wolnej ręce ma zakrwawiony nóż. Po chwili do jej świadomości dotarł cały tragizm obecnej sytuacji. To byli Prusowie, którzy po ciemku zaczaili się na dwóch głośno rozmawiających mieszkańców wsi i poderżnęli im gardła. Teraz zapalali pochodnie i rzucali je na dachy krytych strzechą chat. Po kilku minutach wieś stanęła w płomieniach. Ludzie w panice wybiegali na zewnątrz, a poganie zabijali nieuzbrojonych mężczyzn oraz ogłuszali albo krępowali sznurem kobiety i dzieci.
            Skarbmira spanikowała, w jej niebieskich oczach pojawiły się łzy oraz strach. Zaczęła biec po śniegu z powrotem w stronę stajni, kiedy ta nagle też zaczęła płonąć.
- To niemożliwe, Izbor, Meldi i inni oni nie mogą zginąć, nie mogą spłonąć żywcem, Boże proszę obroń ich – pomyślała z przerażoną miną i zaczęła uciekać na północ, nie miała wyjścia z każdej innej strony biegali ludzie z pochodniami.

Ścibor obudził się błyskawicznie, trącił łokciem swojego giermka oraz szarpnął Arellisem. Kazał im natychmiast obudzić dziewczyny i szykować się na najgorsze. Po kilku sekundach stajnia zaczęła płonąć. Na szczęście wszyscy spali w ubraniach przykryci swoimi płaszczami. Otworzyli boksy i pozwolili wybiec spanikowanym koniom. Ścibor chwycił za swój miecz, był wściekły. Pierwszy z Prusów, który stanął na jego drodze nie miał żadnych szans, rycerz chwycił za rękojeść i silnym ciosem zmasakrował mu mieczem głowę, po chwili rozpłatał kolejnego z pogan. We wsi rozgrywały się straszne sceny. Ludzie biegali, niektórzy płonęli żywcem, jeszcze inni leżeli martwi na śniegu. Płonące drewniane budynki bardzo rozjaśniły ciemności, zrobiło się jasno, prawie jak za dnia. Ścibor najpierw dopilnował, czy wszyscy z jego towarzyszy wyszli ze stajni, szybko uświadomił sobie, że nigdzie nie widać Skarbmiry. Prusów było kilkunastu, może nawet dwudziestu. Meldi i Drogis wyjęły swoje sztylety, Izbor chwycił za miecz i razem ze Ściborem osłaniał dziewczyny.
W tym samym czasie Skarbmira uciekała na północ od wsi. Kilku Prusów dostrzegło młodą, piękną uciekającą dziewczynę, która na targu niewolnic by była cennym towarem. Oczywiście zaczęli ją gonić.

***

Dziewczyna w ciemnozielonym sięgającym do ziemi płaszczu z głębokim kapturem, który skrywał jej twarz właśnie wracała ze Starogardu Gdańskiego do swojego domu, który znajdował się w Lasie Demonów. Choć dom to zbyt duże słowa, była to po prostu drewniana chata, kryta strzechą, z jednym pomieszczeniem na środku, którego znajdowało się palenisko [ognisko]. Dziewczyna na plecach miała przewieszony duży tobołek. Z wielu powodów nie przepadała za ludźmi, nie miała jednak wyjścia i co jakiś czas udawała się do jednego z ludzkich grodów, takich jak Starogard Gdański lub Świecie albo do jednej z wsi, aby napić się piwa, które tak lubiła i usłyszeć najnowsze plotki o tym, co się dzieje na świecie. W jednej z karczm Starogardu Gdańskiego nocowała kilka nocy, poznała najnowsze informacje o walce chrześcijan z poganami i teraz wracała do Lasu Demonów, lasu, do którego bali się wchodzi śmiertelni ludzie. Starała się unikać znanych szlaków i dróg, szła przez zagajniki i bagna lubiła miejsca, do których ludzie się nie zapuszczali.
Po drodze widziała z oddali jak kilkunastu chrześcijańskich rycerzy prowadzi w stronę Starogardu Gdańskiego grupę zapłakanych pruskich kobiet, wziętych do niewoli, kobiet, które zapewne już nigdy nie powrócą do swych domów i bliskich, o ile ci bliscy jeszcze żyli.
Miała siłę, aby je ocalić jednak nie chciała się mieszać do spraw śmiertelników. Nie pojmowała tego, że przez setki lat ludzie nie potrafili się zmienić, ciągle usprawiedliwiali się religią, aby organizować na siebie łupieżcze ataki.
Po kilku dniach marszu w końcu dotarła do wielkiego kamienia, który wyznaczał północną granicę Lasu Demonów. Dawno temu, jeszcze w czasach pogańskich Słowianie i Pomorzanie składali na tym kamieniu ofiary swoim bogom. Teraz kamień spełniał już tylko funkcję znaku granicznego, znaku, którego przekroczenie mogło się skończyć śmiercią dla każdego człowieka...
Nazwa Las Demonów nie wzięła się z niczego. Kościół chrześcijan w przeciwieństwie do pogan wszystkie istoty nadprzyrodzone wrzucał do jednego worka, nazywał je demonami i kazał zwalczać. Dlatego z kraju Słowian po chrzcie Mieszka wampiry, strzygi, rusałki, wilkołaki, utopce, wiedźmy, czarownice i inni zaczęli uciekać na ziemie wierzących w wielu bogów Pomorzan, Prusów i Litwninów. Ci, którzy tak jak ona zdecydowali się pozostać w krajach chrześcijan starali się udawać zwykłych ludzi. Na szczęście większość chrześcijan stanowili strachliwi chłopi, dlatego miejsca takie jak Las Demonów mogły istnieć. Ludzie słusznie uznali ten las za nawiedzony i do niego nie wchodzili. Dziewczyna jednak wiedziała, że prędzej, czy później Kościół chrześcijan przyśle tu swoich rycerzy i egzorcystów, aby sprawdzić, czy w tym lesie faktycznie mieszkają jakieś demoniczne istoty. Wiedziała, że jak do tego dojdzie będzie musiała walczyć, albo uciekać.
Dziewczyna, której twarz zakrywał kaptur przeszła obok kamienia granicznego i weszła do ciemnego lasu. Przechodząc blisko bagien dostrzegła kilku utopców, bardzo złych i podstępnych demonów, które rodziły się z dusz topielców i poronionych płodów. Właśnie rozrywali ciało jakiegoś nieszczęśnika, zapewne chłopa, który wiedziony ciekawością podszedł zbyt blisko lasu. Utopce z daleka były podobne do ludzi, miały głowę, ręce i nogi, z bliska wyglądali paskudnie, ich skóra była zielona i oślizgła, nie mieli włosów, a ich zęby były ostre jak u drapieżników. Lubili kryć się na bagnach i napadać z zaskoczenia na ludzi, których potem zjadali.
Zakapturzona chwilę popatrzyła jak rozrywają martwe ciało i poszła w swoją stronę, człowiek i tak już dawno nie żył. A nawet jakby żył to, dlaczego miałaby ratować śmiertelnika? W tym lesie czaiły się stwory o wiele straszniejsze od utopców, mądrzy ludzie wiedzieli, że nie powinni się zapuszczać w te strony, a głupcy? No cóż, kończyli tak jak ten nieszczęśnik na bagnach.

Następnego dnia obudziła się o świcie w swojej chatce, położonej w głębi demonicznego lasu. Znowu śniła o wydarzeniach sprzed kilkuset lat, o tym jak została ugryziona, a jej życie zmieniło się na zawsze. Stała się istotą, która musi pić krew żeby przeżyć. Pierwsze miesiące, lata, dekady były dla niej straszne. Nie potrafiła zabijać ludzi żeby przeżyć. Owszem, czasem, w obronie własnej zdarzało jej się odebrać życie jakiemuś zbójowi i wypić jego krew. Ale nigdy z premedytacją nie polowała na niewinnych ludzi. Wiedziała, że jest wyjątkiem, większość wampirów jest okrutna i nie przejmuje się losami śmiertelników.
Przez ten sen znowu sobie wszystko przypomniała, nawet to jak przebita strzałami wpadła do rzeki. Działo się to w okolicy Gniezna, jakieś pięćdziesiąt lat przed przejściem księcia Słowian, zwanego Dagome na chrześcijaństwo. Dagome otrzymał na chrzcie imię Mieszko.
- Tak to było jakieś pięćdziesiąt lat przed chrztem – próbowała poukładać sobie w głowie szczegóły wydarzeń sprzed wieków – Znalazł mnie w lesie, byłam ranna. Takich jak ja ludzie często zabijali, nawet, jeśli wierzyli w wielu bogów to obawiali się nas wampirów, ponieważ żywimy się ludzką krwią. Wtedy tak właśnie było. Zaatakowali mnie z zaskoczenia, gdy piłam krew upolowanego jelenia, broniłam się, zdołałam zabić wielu z nich. Polowali na mnie przez wiele dni, naszpikowali moje ciało strzałami, aż w końcu mnie dopadli. Byli przekonani, że jestem martwa, kiedy wpadałam do Wisły. Zginęłabym gdyby on mnie nie znalazł. Nawet nie wiem jak długo moje ciało płynęło z prądem rzeki. Kiedy się ocknęłam on siedział przy mnie, rozpalał ognisko. Zorientował się, że jestem wampirem, kiedy jeszcze byłam nieprzytomna, każdy chrześcijanin i większość pogan pewnie by mnie zabiła od razu. On jednak był inny, nie wierzył w żadnych bogów, ani w jednego Boga, zawsze kierował się swoim sumieniem. W jego oczach byłam tylko ranną dziewczyną, która potrzebuje pomocy. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy człowiek okazał mi taką dobroć, a potem obdarzył miłością, był ze mną przez trzydzieści lat, aż do dnia swojej śmierci. On zmarł ze starości, a ja znowu zostałam sama. Nawet teraz wyglądam tak samo jak wtedy, jak dwudziestoletnia ludzka dziewczyna.
Wampirzyca rozmyślałby dalej o przeszłości, gdyby nie głód, który coraz bardziej jej doskwierał.
- Czas zapolować – powiedziała sama do siebie.
Starała się nie opuszczać Lasu Demonów, wiedziała, że na południu znajduje się mała wioska zwana Belno. Tamtejsi chłopi bali się zbliżać do lasu, ale nigdy nic nie wiadomo. Po kilkunastu minutach jej wampirze kły wbiły się w szyję upolowanego jelenia. Krew zwierząt nie dawała jej tyle sił, co krew ludzka, ale nie narzekała. Natychmiast odegnała myśli o tym żeby udać się do wsi i zaatakować ludzi. Wiedziała, że sumienie nie da jej spokoju, jeśli skrzywdzi kogoś niewinnego. Nie rozumiała tego. Inne wampiry zabijały ludzi bez skrupułów, ona tak nie potrafiła.

Dziwa, bo tak właśnie miała na imię była cały czas pochylona nad ciałem upolowanego zwierzęcia. Po chwili wstała i spojrzała na zarośnięte krzakami kamienne ruiny oraz wystające z ziemi kurhany, które obecnie wyglądały jak białe pagórki przykryte śniegiem. Niektóre z kurhanów posiadały żelazne drzwi, które z powodu starości pospadały z zawiasów. Tak, to była kolejna z dziwnych rzeczy, które można spotkać tu w Lesie Demonów. Ruiny pogańskiej świątyni oraz groby, wszystko tak stare, że nawet ona, wampir liczący czterysta lat nie pamiętała czasów, w których ta świątynia była cała. Wiedziała, co nieco, odkryła wiele zarośniętych szlaków, które wieki temu prowadziły do świątyni. Domyślała się też, że kurhany są bardzo starymi grobami dawnych władców, którzy rządzili na tych terenach. W 966 roku, kiedy Mieszko przyjmował chrzest ta pogańska świątynia była już ruiną tak jak obecnie. Poza tym krótko po chrzcie w okolicy zaczęły pojawiać się potwory takie jak ona, a ludzie ze strachu przestali się zapuszczać w okolice lasu.
Lubiła przychodzić do ruin świątyni, nie bała się upiorów, ani innych demonów. Wiedziała, że tu nigdy nie spotka żadnego człowieka…
Poczuła zapach ludzkiej krwi, który ją przyciągał. Był dość daleko, na południe od Lasu Demonów. Pobiegła w tamtą stronę. Po chwili czuła już zapachy krwi wielu osób, wiedziała, że dolatują do niej od strony wsi Belno. Musiało się stać coś strasznego, ludzie byli martwi lub ranni. Jeden z zapachów był o wiele silniejszy od innych, i znajdował się blisko, gdzieś tu w Lesie Demonów.
Po chwili usłyszała krzyk dziewczyny.
Kiedy dotarła na miejsce obserwowała z ukrycia jak piękna, młoda dziewczyna, z opuszczonym kapturem i rozpuszczonymi włosami o słomianym kolorze ucieka przed czterema uzbrojonymi Prusami.
Dziwa domyśliła się od razu, że wieś zapewne napadli Prusowie, a ta uciekająca dziewczyna jest córką, któregoś z chłopów albo jakąś dziewką, która po prostu znalazła się w złym miejscu o niewłaściwej porze. Uciekająca niewiasta krwawiła, zostawiała za sobą na śniegu czerwone ślady, napastnicy byli coraz bliżej, aż w końcu ją dopadli.

Skarbmira potknęła się o korzeń ledwo wystający znad śnieżnego puchu, prawą rękę miała zakrwawioną z powodu rany zadanej sztyletem, teraz chyba zwichnęła kostkę. Próbowała wstać, ale jeden z Prusów złapał ją od tyłu i przygniótł twarzą do śniegu. Po chwili podbiegli pozostali trzej poganie.
- Może wezmę ją sobie za żonę! – Powiedział z radością jeden z nich, wkładając swój topór za pas.
- Przecież masz już trzy żony. Po co ci czwarta?! – Stwierdził kolejny.
- Sprzedamy ją na targu niewolników – powiedział ten, który trzymał dziewczynę. Złapał Skarbmirę brutalnie za włosy i podniósł siłą. Zwichnięta kostka bolała jak diabli. Musiała stać na jednej nodze.
- A może się zabawimy? – Stwierdził nagle jeden z napastników – potem możemy ją sprzedać – dodał po chwili z uśmiechem na twarzy.
- Taaa bogowie muszą nam sprzyjać, taka młoda – powiedział jeden z Prusów klepiąc Skarbmirę w tyłek.
Dwóch mężczyzn złapało dziewczynę za ręce i położyło na plecy na śniegu, trzeci się śmiał patrząc jak płacze i próbuje się im wyrwać, a kolejny odpiął sprzączkę od swojego pasa i zaczął zdejmować spodnie.

To było niczym błysk, stracili życia w ułamku sekundy. Skarbmira nie wiedziała co się dzieje, czterej Prusowie leżeli martwi. Dwóch miało rozpłatane gardła, jeden dużą dziurę w brzuchu, a ostatni skręcony kark. Usiadła na śniegu i spojrzała na człowieka w ciemnozielonym płaszczu, którego twarz zasłaniał kaptur. Nieznajomy pochylił się nad jednym z martwych Prusów i zdjął z głowy kaptur. Okazało się, że jest to dziewczyna, młoda, wyglądała na około dwudziestoletnią. Skarbmira patrzyła z niedowierzaniem i strachem, nie potrafiła wykrztusić słowa, kiedy nieznajoma otworzyła usta i wbiła swoje kły w szyję jednego z mężczyzn. Dopiero teraz uświadomiła sobie, z czym ma do czynienia. Słyszała wiele historii o wampirach, złych demonach, które zabijają ludzi i piją ich krew. Próbowała uciec, ale ból w kostce sprawił, że znowu się przewróciła. Wampirzyca nie zwracała na nią uwagi, wypiła krew ze wszystkich czterech ciał.
- Krew żywych ludzi albo takich, którzy dopiero co zginęli jest najsmaczniejsza – powiedziała wycierając zakrwawione usta rękawem. W tym samym momencie spojrzała w stronę Skarbmiry i zaczęła iść w jej stronę.  
- I co ja mam z tobą zrobić? – Powiedziała patrząc w niebieskie oczy przerażonej dziewczyny.


W końcu zaczęło świtać. Promienie słoneczne powoli odsłaniały tragiczny widok zmasakrowanych mieszkańców wsi oraz zgliszcza budynków. Wieś Belno praktycznie przestała istnieć, tylko dwie chaty i jedna ze stodół pozostały całe. Reszta zabudowań spłonęła. Ścibor, Arellis i Izbor siedzieli na śniegu i sapali z wycieńczenia. Przez kilka godzin musieli walczyć, chronili siebie oraz Drogis i Meldi, które były uzbrojone tylko w sztylety. Prusów, którzy nocą zaatakowali wieś było zbyt wielu. Poza tym byli doskonale wyszkoleni, zaprawieni w bojach. Jednak mimo tego nie mieli szans ze Ściborem, jego giermkiem i Arellisem. Ci, którzy się na nich rzucili leżeli martwi, pozostali uciekli biorąc w niewolę kilka chłopskich córek oraz pieniądze i cenne przedmioty, które niektórzy mieszkańcy wsi mieli w swoich chatach.
- Znalazłam jej ślady – powiedziała Meldi.
- Jesteś pewna, że to są ślady Skarbmiry? – Zapytał Ścibor.
- Chrześcijaninie jestem pogańską kapłanką, całe życie żyłam w galindzkiej puszczy i wiem jak odszukać kogoś po śladach, nawet zimą podczas mrozów!
– Dobra, dobra wierzę ci Meldi, nie denerwuj się tak – odpowiedział rycerz.
- Dziewczęta, Arellis i ty mój giermku. Podnieście tyłki, ruszamy szukać Skarbmiry – dodał po chwili Ścibor. Wszyscy się z nim zgodzili, nikt nie protestował.

Dziwa nie rozumiała samej siebie. Ocaliła nieznajomą dziewczynę, zabiła Prusów, którzy ją ścigali. Powinna na tym poprzestać, ale z jakiegoś powodu zrobiło jej się żal śmiertelniczki. Wiedziała, że jeśli ją tak zostawi, to prędzej czy później rozszarpią dziewuchę utopce, strzygi, biesy, czarty albo jakieś inne licho zamieszkujące las. Postanowiła zanieść ranną w głąb Lasu Demonów do swojej chaty. Nawet teraz czuła obecność istot nadprzyrodzonych, które kręciły się w pobliżu, zapewne wyczuły zapach człowieka. Gdyby nie obawy przed wampirem to już by wpadły do środka i rozszarpały dziewczynę z włosami o słomianym kolorze. Dziwa wiedziała, że jeśli zostawi ranną samą w chacie to będzie tak, jakby wydała na nią wyrok śmierci. Miała w skórzanych manierkach trochę zapasów piwa, które bardzo lubiła. Nie posiadała jednak żadnego ludzkiego jedzenia, ponieważ zawsze się po nim źle czuła. Ludzkie pokarmy jej nie służyły, często powodowały wymioty. Jej wampirzy organizm poza krwią akceptował tylko piwo, wino i miód pitny. Miała problem, wiedziała, że dziewczyna bez pokarmu długo nie pociągnie.
Kiedy ją złapała i zaczęła nieść do swojej chaty dziewucha ją podrapała. Potem trochę się uspokoiła, kiedy zauważyła, że wampirzyca próbuje opatrzyć jej ranną rękę i kostkę. Od ich rannego spotkania minęło już kilka godzin. Sytuacja nie wyglądała ciekawie. Niebieskooka dziewczyna siedziała na łóżku, nogi miała podkulone pod brodę, trzęsła się i patrzyła na siedzącą na krześle wampirzycę, która piła coś z kufla.
- To piwo. Jeśli chcesz to też ci naleję – powiedziała patrząc na przerażoną piętnastolatkę.
- Mnie też zabijesz? Wypijesz moją krew? – Powiedziała roztrzęsiona Skarbmira.
- Gdybyś nie zauważyła to ocaliłam ci życie – odpowiedziała spokojnie z lekkim uśmiechem popijając piwo.
- Pewnie chcesz zostawić mnie sobie na później. Zabijesz mnie jak znowu zgłodniejesz – odpowiedziała ze łzami w oczach.
- Kilka tygodni, krew czterech Prusów, którą wypiłam starczy mi na kilka tygodni - powiedziała - Jeśli nie będę musiała walczyć z kimś silnym - dodała po chwili popijając piwo - Zresztą ja rzadko zabijam ludzi, najczęściej poluję na zwierzęta – stwierdziła – Śmiertelniczko jak masz na imię? – Zapytała  zaskakując dziewczynę.
- Skarbmira – odpowiedziała po chwili milczenia.
- Ładnie. Ja jestem Dziwa. Tak nazwali mnie dawno temu rodzice zanim zostałam wampirem – odpowiedziała z uśmiechem popijając swój browarek.
- To ty byłaś kiedyś człowiekiem?
- Każdy wampir był kiedyś człowiekiem – odpowiedziała.
- Daj mi trochę tego piwa – powiedziała po chwili Skarbmira.
Wampirzyca chwyciła za pusty kufel i wlała do niego ze skórzanego bukłaka złocisty trunek. Podeszła do łóżka i go jej podała.
- Boli mnie kostka – skłamała.
Dziwa nachyliła się, aby sprawdzić opatrunek. Skarbmira wykorzystała sytuację i chlupnęła jej piwem w oczy. Potem zaczęła uciekać. Szybko zauważyła, że ziołowy opatrunek wampirzycy działa bardzo dobrze, bo kostka już tak mocno jej nie bolała. 
- Nie wychodź z chaty! – krzyknęła Dziwa, ale było za późno. Skarbmira biegła przed siebie, nie potrafiła zaufać wampirowi, była pewna, że to jakaś sztuczka.
Im bardziej oddalała się od chaty, tym większy strach ją ogarniał. Powinno być przecież odwrotnie. Nagle zatrzymała się gwałtownie, miała bardzo złe przeczucie. Dookoła niej pojawiła się mgła, tak gęsta, że nie widziała czubka własnego nosa. Po chwili usłyszała śmiech, tak straszny, że dostała gęsiej skórki.
- Cóż to? Człowiek wkroczył na moje terytorium? – Gruby, demoniczny głos przeraził dziewczynę.
Mgła po chwili zaczęła się rozmywać. Oczom dziewczyny ukazała się istota tak przerażająca, że nie potrafiła się ruszyć, nie była w stanie się odezwać, patrzyła wytrzeszczonymi oczyma.
- Będę cię jadł powoli, delektował się każdym kęsem. Długo nie jadłem żywego człowieka, zawsze tak fajnie krzyczycie, czasem wydajecie dźwięki nie mając ręki albo nogi. Kiedyś człowiek był w stanie krzyczeć po wyrwaniu obu nóg… Wyglądasz tak smakowicie…
Bestia chodziła na czterech nogach, zamiast palców miała duże kopyta. Jej długi pysk był zakończony zębami wyglądającymi jak kolce. Z głowy wyrastały jej długie, zakrzywione rogi. Mówiła ludzkim głosem i była ogromny niczym piętrowa karczma. Jej ciało było owłosione. Nachyliła się nad dziewczyną i ją obwąchała. Potem otworzyła pysk, jeden ząb był prawie tak duży jak głowa Skarbmiry.
- Ona jest moja, ty durny Biesie! – Skarbmra znała ten głos, należał do wampirzycy, od której uciekła.
Bies odwrócił się od swojej zdobyczy i spojrzał na stojącą dwa metry od niego Dziwę.
- Wampirzyco odejdź, bo ciebie też rozszarpię!
- Dziewczyna jest moja! Zostaw ją! – Powtórzyła głosem nie uznającym sprzeciwu i rzuciła się na demona. Z palców wampirzycy wyrosły długie pazury, którymi przeorała pysk potwora. Bies syknął z bólu i zaatakował ją swoimi rogami. Trafił Dziwę z całej siły, jego rogi bez trudu poderwały ją z ziemi i podrzuciły do góry. Kiedy spadała na dół nadział ją na swoje rogi, a potem odrzucił w stronę najbliższego drzewa. Uderzenie było potężne, nie dość, że przebił rogami brzuch wampirzycy, to jeszcze złamał jej kręgosłup.
Ku zdziwieniu Skarbmiry wampirzyca po chwili wstała, jej kości same wracały na swoje miejsce, a rana na brzuchu się zasklepiała.
- Dziś rano solidnie się najadłam – powiedziała z triumfem w głosie i ponownie ruszyła na biesa.
To była przerażająca walka, siekała go swoimi pazurami po całym ciele. Była szybka niczym błyskawica. Oboje krwawili, Dziwa czerwoną, a bies czarną niczym smoła krwią. Niestety rogata bestia była silniejsza, ciągle przebijała rogami ciało wampirzycy, której rany goiły się coraz wolniej. Dziwa wiedziała, że biesy są silniejsze od wampirów, to było prawdziwe szaleństwo tak narażać się dla zwykłej śmiertelniczki. Po chwili uświadomiła sobie, że w ich stronę zbliżają się jacyś inni ludzie, nie miała jednak czasu na jakąkolwiek reakcję musiała być cały czas skupiona na walce z rogatym potworem.

Skarbmira cały czas nie mogła się ruszyć z powodu strachu. Patrzyła jak wampirzyca ulega rogatemu potworowi. Nagle poczuła na swoim ramieniu dotyk ręki, a potem usłyszała głos, znajomy męski głos, który ją uspokoił i sprawił, że cały strach ją opuścił.
- Już dobrze. Musiałaś się bardzo bać. Ten las jest pełen potworów. Nie martw się już żaden cię nie skrzywdzi – powiedział Ścibor, który stanął obok niej. Uśmiechnęła się do niego, a potem odwróciła głowę i ujrzała Izbora, Arellisa, Meldi oraz Drogis. Wszyscy patrzyli z przerażającymi minami na walczące potwory.
- Chodźmy stąd póki walczą – powiedział Ścibor.
Skarbmira jednak stała dalej w miejscu i ponownie patrzyła na walkę.
- Ona zginie – powiedziała po chwili.
- To wampir, potwór, Kościół każe zabijać takie istoty – odpowiedział Ścibor.
- Ale ja nie chcę żeby Dziwa zginęła! Dziwa mnie ocaliła, to dobry wampir! – Wykrzyczała mu to prosto w twarz tak głośno, że słyszeli ją zapewne wszyscy mieszkańcy Lasu Demonów.
- Głupia śmiertelniczko, uciekaj póki możesz – krzyknęła wampirzyca, która resztkami sił broniła się przed okrutnymi atakami biesa.
Skarbmira patrzyła prosto w oczy Ściborowi. Czterdziestoletni rycerz też na nią patrzył, patrzył i nie mógł uwierzyć w to, co słyszy, ona jednak mówiła dalej:
- Tej wampirzycy zawdzięczam życie, zabiła Prusów, którzy mnie ścigali, opatrzyła moje rany i uratowała przed tym potworem! Wiem, że potrafisz ją ocalić, wiem jak silny jesteś! Na pewno potrafisz. Proszę cię zapomnij, chociaż na chwilę o naukach Kościoła, kieruj się sercem! Proszę ocal ją! Błagam cię Ściborze!
Izbora zatkało, Arellis patrzył i nic nie mówił, tak samo Drogis i Meldi.
- Ludzie są słabi, zwykły człowiek nie ma szans z biesem. Uciekajcie póki możecie – powiedziała już ledwo żywa wampirzyca. Bies szykował się do zadania ostatecznego ciosu swoimi rogami.
- Kiedy już cię zmasakruję wampirze to zrobię sobie prawdziwą ucztę z tych ludzi – powiedział swoim demonicznym głosem i ruszył na nią.
Kolejne sekundy okazały się być decydujące. Nie sądziła, że ludzie mogą poruszać się tak szybko. Rycerz z brodą w ostatniej chwili złapał ją i pchnął na bok, rozpędzony bies nie zdążył wyhamować i swoimi rogami przyłożył w duży dąb. Drzewo złamało się, a rozwścieczony potwór spojrzał ze złością na Ścibora i leżącą obok niego wampirzycę. Rycerz włożył rękę pod swój płaszcz i wyjął z pochwy przywiązanej do pasa miecz. Następnie wyciągnął z kieszeni flakonik, którego zawartość wylał na ostrze. Substancja była bezbarwna.
- Odsuń się, będziesz mi tylko przeszkadzała – powiedział do rannej wampirzycy. Dziwa nie kryła zaskoczenia, była co prawda ranna ale ten śmiertelnik mówił z taką pewnością i siłą w głosie, zachowywał się tak jakby ona, albo ten bies nie byli dla niego przeciwnikami.
Bies zaśmiał się swoim demonicznym głosem i ruszył na Ścibora, który ku zaskoczeniu wszystkich też zaczął biec prosto na potwora, zupełnie tak jakby chciał się z nim zderzyć głową i sprawdzić, kto wytrzyma uderzenie. Rycerz jednak w ostatniej chwili skręcił w bok i swoim mieczem przejechał po przedniej nodze biesa. Bestia zaczęła wrzeszczeć z bólu i wściekłości. 
- Śmiertelniku jak śmiałeś! Co to jest?!
- My chrześcijanie nazywamy to wodą święconą, to potężna broń przeciwko takim jak ty – odpowiedział i zaatakował. Dziwa patrzyła nie wierząc własnym oczom. Rzadko można było spotkać tak dobrze wyszkolonych ludzi. Od razu sobie uświadomiła, że to nie jest zwykły rycerz. Wiedział jak walczyć z demonami, znał ich słabe punkty, a w jego oczach nie dało się dostrzec nawet odrobiny strachu. Po kilku minutach było po wszystkim, bies leżał martwy, śmiertelny cios w szyję prawie ściął jego wielką głowę. Rycerz otarł miecz o płaszcz i schował go do pochwy. Potem podszedł do leżącej na ziemi, rannej wampirzycy. Popatrzył chwilę w jej oczy. Dziwa czuła jakby jego spojrzenie ją przeszywało, ona się bała, zaczęła odczuwać lęk przed śmiertelnikiem. Rycerz po chwili sięgnął ręką pod płaszcz i wyjął sztylet. Skarbmira natychmiast podbiegła prosząc go żeby nie krzywdził wampirzycy. On jednak, ku zaskoczeniu wszystkich złapał za ostrze sztyletu i pociągnął.
Z jego ręki kapała krew, jej zapach był niesamowity. Dziwa z trudem się powstrzymywała przed tym kuszącym aromatem.
- Dlaczego? – Zapytał rycerz.
- Dlaczego nie pijesz? – Zapytał ponownie i przysunął rękę pod nos poranionej wampirzycy.
- Nie zabijesz mnie? Jesteś chrześcijańskim rycerzem, tacy jak ty zabijają istoty takie jak ja – powiedziała.
- To fakt w przeszłości zabiłem dziesiątki demonów, zabijałem też wampiry oraz pogan. Tobie jednak życia nie odbiorę, zbyt wiele ci zawdzięczam. Ocaliłaś Skarbmirę, która jest dla mnie jak córka. Wypij moją krew i dołącz do nas jeśli chcesz przetrwać. Potwory z tego lasu niedługo zginą, nadciągają w te strony okrutni rycerze, odziani w białe płaszcze, z wyszytymi czarnymi krzyżami. Nazywają ich…
- Krzyżakami – weszła mu w słowo wampirzyca – Krzyżacy, Joannici i Templariusze. Trzy potężne zakony służące papieżowi. Okrutni bezwzględni rycerze, którzy bezlitośnie zabijają istoty takie jak ja oraz ludzi, którzy nie są chrześcijanami.
- Wampiry są długowieczne. Zawsze dużo wiecie – powiedział z uśmiechem – ten las wkrótce przestanie być dla ciebie dobrym schronieniem, oni są silni, wielu z nich jest wyszkolonych lepiej niż ja. Jeśli pójdziesz z nami to zapewnię ci bezpieczeństwo. Nie masz wyboru, otrzymałaś zbyt wiele ran. Krew czterech Prusów to zbyt mało, żeby zaleczyć rany zadane zatrutymi rogami biesa.
Dziwa złapała go za dłoń i wbiła w nią swoje kły. Zaczęła łapczywie pić krew rycerza, poczuła przypływ siły, którego się nie spodziewała. Ten człowiek okazał się być jakiś inny, wyjątkowy, pełen tajemniczej siły. Jego krew była potężniejsza od krwi czterech Prusów razem wziętych, których rano zabiła. Rany zadane przez zatrute rogi biesa zaczęły się zasklepiać.  Po kilku minutach rycerz delikatnie odsunął jej głowę.
- Wystarczy, powiedział spokojnym głosem. Jesteś pierwszym wampirem, który mógł się napić mojej krwi, krwi rycerza szkolonego w Ziemi Świętej od dzieciństwa do walki z poganami i demonami.




[ Ciekawostka: Juki, wyraz wzięty żywcem z tureckiego, w którym juk znaczy torbę skórzaną podróżną. Dlatego używa się zwykle w liczbie mnogiej, że dwie takie torby zawieszano po obu bokach konia lub wielbłąda, który od tego zwał się „jucznym“. ]