"Z nieznajomości czasów minionych wypływa nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości. Ale również daremne będą zapewne próby zrozumienia przeszłości, jeżeli się nie wie nic o dniu dzisiejszym" - Marc Bloch
Książka Anny Koprowskiej-Głowackiej pt.: "Czarownice z Pomorza i Kujaw" jest niezwykle ciekawa. Autorka stara się przybliżyć w niej losy kobiet oskarżonych o czary u schyłku wieku XV i w wiekach kolejnych aż po wiek XIX.W poprzednim artykule pisałem o torturach, którymi na co zień zajmowali się kaci. Autorka "Czarownic z Pomorza i Kujaw" dzięki wnikliwej lekturze protokołów spisywanych podczas przesłuchiwania i torturowania kobiet podejrzewanych o bycie czarownicą przybliża nam jak wyglądała "praca" kata. Pozwolę sobie przytoczyć fragment dotyczący procesu Anny Glade z Grudziądza, którą w 1568 roku oskarżono o to, że jest czarownicą: "Oskarżoną związano i położono na ławie. Z początku nawet się nie skarżyła. Dopiero przy rozciąganiu ciała za pomocą bloków izba wypełniła się krzykiem oskarżonej (...) Kat przystąpił do pracy. Ściął Annie włosy na krzyż i opalił je za pomocą świecy. Następnie zerwał nieszczęsnej paznokcie z rąk i nóg. Straciła wówczas przytomność (...) Sąd zlecił kontynuację tortur, lecz Anna nie miała już nawet sił, by reagować na ból. Dopiero, gdy kat zbliżył się do niej z pochodnią, by przypalić boki zaczęła krzyczeć iż pragnie zeznawać. Pozwolono jej na to i zwolniono z ławy tortur, ale wówczas, zamiast przyznać się do popełnionych zbrodni, prosić zaczęła o zmiłowanie. (...) Kat przystąpił więc do dalszych tortur i rozpalonym węglem zaczął przypalać ciało Anny. Nieszczęsna kobieta wyła z bólu, tym razem potwierdzając wszystkie oskarżenia i zgadzając się ze wszystkimi zeznaniami".Anny nie zdążono skazać na śmierć i spalić na stosie ponieważ zmarła w wyniku ran odniesionych podczas tortur.
Jak widzicie tortury prowadzone przez kata były bardzo okrutne. Wbrew pozorom w epoce nowożytnej kobieta łatwo mogła zostać oskarżona o bycie czarownicą. Wystarczył donos sąsiadów, synowej, zazdrosnej koleżanki do rady miejskiej albo burmistrza.
Anna Wieczorek ze wsi Rakowice
spalona na stosie
10 sierpnia 1616 roku
Spośród wielu dramatycznych historii opisanych w książce postanowiłem przybliżyć wam losy Anny Wieczorek z Rakowic. Anna była żoną Valtena Wieczorka, wierzyła w przesądy opowiadane przez ludzi. Wydaje się, że kobieta wierzyła też w duchy i bała się ich. W tarapaty wpadła na Wielkanoc w 1616 roku. Tego feralnego dnia Anna przepędzała bydło przez bród. Niestety ktoś dostrzegł, że kobieta wykonuje jakieś dziwne gesty rękoma ("dziwne rytuały"?) aby sprawić, że zwierzęta bezpiecznie przejdą przez bród na drugą stronę rzeki. Ten ktoś od razu doniósł o sprawie sołtysowi Rakowic, który pouczył Annę, że jej zachowanie było niewłaściwe i skazał ją na zapłacenie kilku grzywien na rzecz kościoła we wsi. Sprawa przycichła ale po kilku miesiącach Anna Wieczorek ponownie znalazła się w centrum uwagi wiejskiej społeczności. Tym razem niejaki Józek zauważył jak kobieta prowadziła dwie krowy na jarmark do Kwidzyna. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że kobieta nagle zatrzymała się razem z krowami przy mrowiskach. Następnie podeszła bliżej i mrówki "bez zastanowienia zebrała je w fartuch, pomna tego, co babka opowiadała jej kiedyś o dostatku jaki zapewnić może mrowisko. Gdy jednak zauważyła, iż spogląda na nią z pola jeden z mieszkańców [Józek] szybko wyrzuciła je i ruszyła dalej". Józek natychmiast zameldował sołtysowi Rakowic o dziwnym zachowaniu Wieczorkowej przy mrowiskach. Sołtys tym razem zgłosił sprawę do starosty, który powiadomił sąd. Oskarżenie o czary bardzo często kończyło się karą śmierci poprzedzoną spotkaniami z katem (czyli torturami) dlatego Wieczorkowa dowiedziawszy się od życzliwych ludzi o wniesionym oskarżeniu postanowiła uciec. "Zabrała masło, słoninę, twaróg, obrusy i ubrania, a następnie wsiadła na wóz i ruszyła przed siebie. Gdy dotarła do wsi Licze, uznała, że jazda wozem jest zbyt powolna i jeśli postanowią ją ścigać, to szybko zostanie pojmana. Porzuciła wóz i siadła na oklep na konia. Ruszyła dalej aż do Kisielic. Gdy przybyli słudzy, by pojmać kobietę, nikogo nie zastali. Jej dom został przeszukany. Nie znaleziono jednak nic, co by świadczyło o stosowaniu przez nią magicznych praktyk, choć przeszukano nie tylko skrzynie, ale i komorę. Sąd kwidzyński zdecydował więc wysłać pościg za oskarżoną. jej wóz odnaleziony został we wsi Licze. Tam przesłuchani ludzie opowiedzieli, jak pewna niewiasta wzięła konia od wozu i dosiadła go bez siodła, a następnie pojechała przed siebie. Sugerowali, iż pędziła w kierunku Działdowa. Tymczasem Anna nie pozostała długo w Kisielicach. Zawróciła do Licz i tam została ujęta". Kobietę doprowadzono przed sąd w Kwidzynie. Anna postanowiła, że opowie sądowi jak było: "Pędziłam dwie krowy na jarmark tu, do Kwidzyna. Był ze mną mój sługa, który mi pomagał... Prawdą jest, że znalazłam mrowisko i wzięłam je w fartuch, ale jakiem zobaczyła, że ludzie to widzą, to je wyrzuciłam... Nic złego nie uczyniłam. I żadnych czarów nie robię... - dodała". W rozprawie brał udział starosta, który na świadka powołał sołtysa Rakowic. Sołtys zeznał, że "niejaki Józef był wtedy z sierpem na polu. Zauważył jak Anna Wieczorkowa zebrała mrowisko i posypała nim dwie krowy. Dodał jeszcze, iż we wsi wszyscy uważają ją za czarownicę, a pewien pastuch koni, który już nie żyje, opowiadał, że przylatywał do niej nocami jakiś elf". Zeznania kolejnych świadków były równie fantastyczne. Ciężko jest uwierzyć, że ludzie, którzy byli sędziami, starostami albo sołtysami mogli wierzyć w takie historie. Kolejnym świadkiem była samotna czterdziestoletnia kobieta, która była przez jakiś czas służącą u rodziny Wieczorek. Kobieta ta opowiedziała sądowi historię jakby wyjętą z horroru: "w pewien czwartek, kiedy wszyscy położyli się do snu - a jak zaznaczyła gospodarze ułożyli się wówczas w osobnych łóżkach - usłyszała nagle, jak pan Valten [mąż oskarżonej o czary] zaczął przez sen charczeć, pani Anna [oskarżona o czary] zaś stękać. Zaniepokojona poszła więc zobaczyć, co się dzieje. Zapytała nawet, czy aby nic się pani nie stało, ale ta nie odpowiedziała, tylko zaczęła jeszcze głośniej jęczeć. Księżyc świecił jasno, a w kominie jeszcze palił się ogień, więc w izbie nie było ciemno. I wówczas kobieta zobaczyła odzianego w ciemne szaty mężczyznę, który leżał na pani Wieczorkowej, najwyraźniej z nią obcując. Uciekła wówczas przerażona i resztę nocy spędziła na modlitwie. Jednakże, jak zeznała dalej, w następny czwartek usłyszała, jakby ktoś na górze oddawał się rozkoszom. Zamierzała iść tam ze świecą i sprawdzić, jednak pan Valten stwierdził, iż pewnikiem koty harcują. Nazajutrz jednak pani Anna miała niebieskie oczy i była bardzo chora. Służąca uznała, iż nawet dnia dłużej tam nie pozostanie. Udałą się też czym prędzej do sołtysa, któremu oo wszystkim opowiedziała. Anna Wieczorek wysłuchała tych zeznań zdumiona. Zaprzeczyła, stwierdzając, że najwyraźniej się coś służącej przyśniło, skoro takie bzdury wygaduje". Niestety dla oskarżonej zeznania kolejnych świadków również były na jej niekorzyść. Jakub Radunia zeznał, że zmarły niedawno pasterz koni opowiadał jak Wieczorkowa lubi wzywać ducha o imieniu Chorainiczy. Podczas kolejnych przesłuchań ponownie pojawił się elf. Dokładnie dnia 2 sierpnia kiedy ponownie wezwano sołtysa Rakowic oraz pastucha koni Marcina. Obaj panowie zeznali, że w niedzielę, we wtorek i w czwartek widzieli lecącego elfa. Poza tym obaj dodali, że w Rakowicach i sąsiednich wsiach wszyscy uważają Annę Wieczorek za czarownicę i boją się jej czarów. Oczywiście sama oskarżona, która od wielu dni siedziała w lochu i była wiele razy przesłuchiwana po raz kolejny zaprzeczyła wszystkim oskarżeniom o czary, kontakty z duchami i elfami. Wszyscy uważali, że Wieczorkowa jest czarownicą, a sama oskarżona temu zaprzeczała. Jaką logiką w tamtych czasach kierował się sąd? A no taką, że skoro oskarżona zaprzecza to trzeba torturami "nakłonić ją" do przyznania się do winy. Kat miał swoje sposoby, zrywanie paznokci, przypalanie ogniem. Najpierw oskarżoną o czary kat rozbierał do naga i sprawdzał, czy na ciele nie ma znamion diabelskich (pieprzyków?). Następnie nagiej kobiecie kat pokazywał narzędzia jakimi będzie ją torturował. Takie czynności miały nakłonić oskarżoną do złożenia zadowalających zeznań, czyli przyznania się do winy. Jeśli oskarżona nie chciała zeznawać to kat zaczynał tortury. Torturowane kobiety najczęściej przyznawały się do uprawiania czarów, stosunków z diabłem, uczestnictwa w sabatach, kontaktów z elfami itp. Pod wpływem bólu przyznawały się do wszystkiego. Czasem kobietę która przetrwała wszystkie tortury wypuszczano na wolność i oczyszczano z zarzutów. Trzeba jednak mieć świadomość, że był to "wrak człowieka" - upodlona, z powyrywanymi paznokciami, wielokrotnie przypalana ogniem. Czy taka kobieta mogła powrócić do roli żony i matki? Przecież mieszkańcy wsi i tak uważali ją za czarownicę i uniewinnienie przez sąd raczej nie miało dla nich znaczenia. Wróćmy teraz do Anny Wieczorek, która zapewne wiedziała o tym jak straszne są tortury. Dnia 4 sierpnia 1616 roku sąd uznał, że należy oddać ją w ręce kata. Tortury rozpoczęły się tego samego dnia. Dnia 5 sierpnia Anna przyznała się do tego, że od kilku lat obcowała cieleśnie z diabłem, który w zamian przynosił jej zboże, słoninę i pieniądze. Opowiedziała też o spotkaniach z innymi czarownicami, podała ich imiona: Anna Krainiczka, której diabeł podobno przynosił garniec pełen masła i twarogu, a czasem nawet pieniądze i słoninę. Oskarżona wspomniała tez o czarownicy Reginie Raduniowej. Wyroki: Anna Wieczorek - 10 sierpnia 1616 roku została skazana na spalenie żywcem na stosie. Wyrok wykonano. Regina Raduniowa - spłonęła obok Anny Wieczorek. "Jak podaje Pani Anna Koprowska-Głowacka: "Obie kobiety spłonęły ku uciesze zebranej gawiedzi, przeklęte przez mieszkańców i uznane za podłe wiedźmy, które szkodę ludziom wyrządzały". Polecam artykuły:
Wielu z was zapewne zauważyło, że bardzo lubię średniowiecze. Czytanie i pisanie o tej barwnej epoce daje mi najwięcej radości. Znacie moje teksty o wprowadzaniu chrześcijaństwa na Ziemi Lubawskiej o tym jak żyli mieszkańcy Nowego Miasta Lubawskiego w średniowieczu. Opisywałem średniowieczne fortyfikacje obronne okolicznych miast. Starałem się wam pokazać średniowiecze pogańskie oraz średniowiecze po wprowadzeniu chrześcijaństwa na Ziemi Lubawskiej w pierwszej połowie XIII wieku. Myślę, że dobrze się wywiązałem ze swojego zadania aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że tylko "liznąłem te zagadnienia". Prawda jest taka, że można napisać o wiele więcej co też w przyszłości mam zamiar uczynić. Dziś jednak chciałbym uzupełnić pewne braki związane z epoką średniowiecza. Wiedza ta pozwoli wszystkim lepiej zrozumieć tę barwną epokę. Mam na myśli tematy związane z targami niewolników i torturami. Każdy kto opisuje bądź wyobraża sobie jak wyglądało życie w średniowiecznym grodzie albo mieście - szczególnie w XII - XIII wieku - powinien mieć świadomość, że publiczne egzekucje były czymś normalnym, rozrywką, którą oglądały całe rodziny, dzieci się cieszyły patrząc jak ktoś jest zabijany przez kata. Powszechne były też tortury. Człowiek zakuty w dyby przy bramie wjazdowej do miasta albo w okolicy targu nikogo nie dziwił, mało tego osobę taką często szturchano, zdarzało się, że dzieci i dorośli rzucali w nieszczęśnika np. jajkami albo go (lub ją) łaskotali. Mentalność człowieka średniowiecza była zupełnie inna od mentalności Polaków, Europejczyków z XXI wieku. Każdy kto bada historię, zgłębia wiedzę o dawnych epokach powinien o tym pamiętać.
Niewolnictwo, handel niewolnikami oraz tortury w sumie można opisywać oddzielnie. Ja jednak zdecydowałem, że wolę połączyć oba zagadnienia w jednym artykule. Po pierwsze uważam, że warto podać pewne ramy czasowe, określić w jakim okresie handel niewolnikami kwitł, a kiedy zanikł. Rozpocznijmy od kraju Polan (Polski). Jak dobrze wiemy Polanie przyjęli chrzest w roku 966. Nie oznacza to jednak, że od razu wszyscy zaczęli przestrzegać moralności chrześcijańskiej. O nie! Wszystko się strasznie wlokło. Ludzie nie lubią zmian, a Kościół wiedział, że w wielu sprawach nie warto naciskać. Tak więc przez dziesiątki (w niektórych częściach Polski przez setki lat) ludzie mimo przyjęcia sakramentu chrztu praktykowali dalej religię pogańską. Klasycznym przykładem jest tu uczestnictwo we Mszy świętej w wigilię Jana Chrzciciela, a następnie obchodzenie nocą święta kupały (nocy świętojańskiej). Podobnie było z pochówkami. Kościół nakazywał grzebanie zmarłych w ziemi, a Słowianie (szczególnie na wsi) i tak trzymali się pogańskich tradycji, a co za tym idzie zmarłych palili razem z ich dobytkiem - często żona szła dobrowolnie na stos aby razem z mężem przejść na tamten świat. Podobnie było z niewolnictwem, które przez wieki było jednym z najważniejszych gałęzi handlu. Niewolników i niewolnice sprzedawano na targach, a targi takie były w większości osad, miast, osad portowych, praktycznie wszędzie. Niewolnik schwytany podczas działań wojennych, łupieżczych napadów był przedmiotem, własnością swojego pana. W Polsce niewolnictwo zanikło prawdopodobnie w XIII wieku z powodu zmian gospodarczo-ekonomicznych (narodziła się warstwa chłopska pracująca na gospodarstwach).
Tak się składa, że w kraju Prusów, który zajmował granice m.in. obecnej Ziemi Lubawskiej, a szerzej województwa warmińsko-mazurskiego i obwodu kaliningradzkiego, niewolnictwo też zaczęło zanikać w drugiej połowie XIII wieku. Stało się tak z powodu chrystianizacji Prus przez Zakon krzyżacki.
Zanik niewolnictwa w Polsce i w Prusach nie oznaczał, że wszyscy mogli spać spokojnie. Ryzyko zostania niewolnikiem dalej było duże. Nawet w XIV i XV wieku wiele kobiet, mężczyzn i dzieci było porywanych w niewolę i sprzedawanych na targach niewolników. Niewolnictwo bardzo powoli zanikało tam,gdzie pojawiło się chrześcijaństwo, a niektóre kraje przyjęły chrzest o wiele później. I tak np.: Litwa przyjęła chrzest dzięki Władysławowi Jagielle dopiero w latach 80 XIV wieku. Inaczej było z Turcją i innymi krajami muzułmańskimi tam do niewoli brano nawet w XVI, XVII i XVIII wieku. W krajach muzułmańskich niewolnicy pływali na galerach, a niewolnice często trafiały do haremów, w których zaspokajały seksualnie swoich panów.
Zagadnienia takie jak targi niewolników, handel niewolnikami i niewolnicami oraz tortury i wyroki śmierci w średniowieczu są raczej mało znane szerszemu gronu odbiorców. Wydaje się, że wiele osób "koloruje sobie" obraz średniowiecza i często zapomina o jego "czarnych stronach", tak samo jak niektórzy wyobrażają sobie pogańską religię Celtów, Prusów i Słowian jako piękny kult natury bez żadnych wad. Takie wypaczone wizje zawdzięczamy w dużym stopniu różnego rodzaju filmom i literaturze, w których magia, czary, druidzi i kult natury są często przedstawione w sposób baśniowy i oderwany od rzeczywistości. Podobnie średniowiecze, o którym ludzie mają często nierzeczywiste wyobrażenia. Jedni myślą, że był to okres ciemnoty, a inni twierdzą, że w średniowieczu dzielni rycerze całymi dniami myśleli tylko o tym jak zdobyć serce niewiasty. Obie strony są w błędzie. W średniowieczu sacrum, czyli to co święte, często mieszało się z profanum (z tym co nieczyste, złe). Z jednej strony ludzie średniowiecza mieli zupełnie inne podejście do religii, inaczej patrzono na Boga (często karano ludzi nie tylko za przestępstwa ale też za grzechy) - sprawy takie jak grzech, zbawienie, piekło, Niebo traktowano z wielką powagą. Mentalność ludzi średniowiecza była zupełnie inna od naszej, inaczej patrzono na śmierć, nie bano się jej tak jak teraz. Ludzie powszechnie wierzyli w życie po śmierci, tak samo jak pogańscy Prusowie mocno wierzyli (byli tego pewni), że po śmierci ich dusza się odrodzi albo przejdzie przez dziewięć bram do podziemnego raju.
Rekonstrukcja średniowiecznych wozów dla niewolników (Źródło obrazka: Treadwheel Crane)
Krzesło z kolcami (tzw. krzesło czarownic)
***
Fakty są takie, że poganie (np.: Prusowie) składali ofiary z ludzi, a w średniowiecznych miastach, mimo silnych wpływów chrześcijaństwa, organizowano targi niewolników, kaci wykonywali wyroki śmierci, i torturami często wymuszali zeznania. W większości średniowiecznych miast stały domy publiczne (tzw. zamtuzy). Z drugiej strony kłamstwem jest oskarżanie ludzi średniowiecza o masowe mordowanie czarownic. W średniowieczu silnie wierzono, że czary nie istnieją ponieważ człowiek nie posiada żadnej nadprzyrodzonej mocy. W tamtej epoce w powszechnym przekonaniu była wiara w absolutną moc Boga. Masowe mordowanie kobiet i polowania na czarownice wystąpiły później w XVI wieku kiedy uczeni opowiadali o humanizmie, renesansie (odrodzeniu) i narodził się luteranizm oraz kalwinizm. Reformacja, nowe prądy w nauce to było przyczyną wielkich polowań na czarownice w wiekach XVI i XVII. Nawet słynna książka MalleusMaleficarum (Młot na czarownice) została opublikowana przez dwóch dominikanów (Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera) w 1487 roku, a więc pod koniec XV wieku (schyłek średniowiecza). Kilka lat po publikacji Kościół wpisał księgę do Librorum Prohibitorum (Indeksu Ksiąg Zakazanych), a co za tym idzie zakazał czytania, publikowania i posiadania tej książki wszystkim katolikom. To że ludzie czytali, drukowali i Kościoła nie słuchali to inna sprawa. Faktem jest jednak to, że Kościół "Młot na czarownice" potępił. Poza tym pamiętajcie, że jak ktoś wspomina o paleniu czarownic i inkwizycji to nie znaczy, że odpowiedzialność ponosił Kościół katolicki. W średniowieczu i okresach późniejszych funkcjonowały różne inkwizycje: świecka, kościelna (Święte Oficjum, inkwizycja papieska, inkwizycja rzymska). Istniała też inkwizycja hiszpańska, która była zależna od władz świeckich i która zabiła bądź okaleczyła najwięcej osób.
W tym miejscu pozwolę sobie zacytować Wikipedię: "inkwizycja papieska działała przeciwko autentycznym, chrześcijańskim ruchom heretyckim podważającym doktrynę Kościoła. Z kolei inkwizycja hiszpańska w niewielkim stopniu zajmowała się heretykami sensu stricto, lecz skupiała się na badaniu prawdziwości nawróceń dawnych wyznawców judaizmu i islamu lub szczerości wiary ich potomków, a ponadto czuwała nad przestrzeganiem zasad katolickiej moralności przez ogół wiernych" - Źródło: Inkwizycja hiszpańska - wiki
Poza tym ciężko jest obwiniać średniowiecze za skutki wspomnianej książki. Apogeum "Młota na czarownice" okrucieństw, które przyniosła ta księga przypada na kolejne wieki ale to już nie było średniowiecze. Do Polski książka trafiła jeszcze później, bo dopiero w 1614 roku. Przetłumaczył ją na nasz język Stanisław Ząbkowic.
***
Warto wiedzieć, że w średniowieczu niewolnictwo było czymś normalnym, Prusowie najeżdżający Polan (Polaków, Słowian) setki razy porywali ze sobą mężczyzn, kobiety i dzieci w niewolę. Ich losy bywały różne. Pozwolę sobie zacytować bardzo ciekawy opis z bloga Pruski Horyzont (http://pruskihoryzont.blogspot.com/2012/11/prusai-prusowie-cz2.html):
"Niewolnicy stanowili najniższy stopień pruskiej drabiny społecznej, pozyskiwani byli głównie podczas wypraw łupieżczych i uprowadzani w dożywotnią niewolę w Prusach. Tradycja niewolnictwa pośród Prusów miała wielowiekową tradycję i nie była wytworem związanym z zaognieniem się stosunków z sąsiadami. Już w dawnych wiekach Prusowie i ich przodkowie porywali ludność napadniętej ziemi i wcielali ją w ramy swej rodziny. Początkowo Prusowie ograniczali się do brania w niewolę kobiet i dzieci, mężczyzn zabijając na miejscu, z czasem widząc korzyści płynące z potencjalnego okupu poczęli ich oszczędzać. Kobiety uprowadzone w niewolę czekał dwojaki los, kończyły jako pruskie żony lub jako żywy towar sprzedawany kupcom, pobratymcom lub obcym. Porwane przez Prusów dzieci o pochodzeniu innym niż pruskie ulegały prutenizacji i wychowywane w pruskim domu przyzwyczajały się do traktowania go jak własny, a otaczających je ludzi jako rodziny. Pochodzenie etniczne pruskich jeńców było co ciekawe szalenie zróżnicowane, i tak poza ludnością pruską która dostawała się do niewoli w wyniku wojny jednej ziemi z drugą jej proweniencja była także bałtyjska, skandynawska, słowiańska czy fińska. Niewolnicy nie mieli de facto żadnych praw, byli własnością ruchomą i ich życie lub śmierć była w gestii Prusa do którego należeli. Kwestia brania ludzi w niewolę nie czyniła Prusów wyjątkowymi w skali Europy, zwyczaj ten był powszechny, a los ludności wziętej w jasyr w wypadku innych grup etnicznych był czasem o wiele gorszy. Inną sprawą jest fakt, iż część niewolnych jako własność ruchoma trafiała do prawowitych spadkobierców a część dzieliła stos ze swym panem. Czyniona tak przez wzgląd na to, iż wierzono w ich odrodzenie u boku swego pana w zaświatach. Kończąc dodam, iż kroniki zakonne często wzmiankowały o współpracy i obopólnym oddaniu pana i niewolnego".
***
Co robiono z niewolnikami? Otóż w średniowieczu, co najmniej do drugiej połowy XIII, niewolnictwo było powszechne, a schwytani w niewolę stawali się własnością swojego nowego pana. Kobiety, mężczyzn i dzieci w niewolę porywali Polanie, Prusowie, Litwini, wikingowie (bądź Normanowie), Mieszkańcy Wysp Brytyjskich i inni. Praktycznie każde duże miasto miało swój targ niewolników. Niewolnice i niewolników wprowadzano, ze skrępowanymi rękoma, na specjalne drewniane podwyższenie, a potencjalni kupcy licytowali się kto da więcej. Istnieją nawet grupy rekonstruktorskie odtwarzające targi niewolników, w sposób zabawny i znacznie odbiegający od dramatyzmu i tragedii jakie się w rzeczywistości na takich targach odbywały.
Pamiętajmy, że w rzeczywistości na targach niewolników sprzedawano kogoś, kto prędzej został uprowadzony - np. Polka schwytana na Mazowszu albo Ziemi Chełmińskiej podczas pruskiego najazdu mogła zostać sprzedana gdzieś na terenie Prus wikingowi, który ją wywiózł za Morze Bałtyckie. Los niewolników był często tragiczny i raz uprowadzeni chłopi i chłopki najczęściej już nigdy nie wracali do domu, do swoich bliskich. Poniżej przedstawiam kilka filmów z rekonstruktorami:
Rekonstrukcje,targi niewolników /tortury:
***
O torturach słów kilka:
Musicie mieć świadomość, że średniowieczne polskie miasta nie były wyjątkami. Wyroki śmierci, ludzie zakuci w dyby, handel niewolnikami i niewolnicami schwytanymi gdzieś w odległych krainach, pojedynki na śmierć i życie, to wszystko było codziennością również w Polsce. W Lubawie, Płocku, Gnieźnie, czy Krakowie jeszcze w XIII wieku to wszystko było czymś normalnym. Z drugiej strony My Polacy w wielu kwestiach byliśmy bardziej postępowi od Europy Zachodniej. Oto kilka przykładów:
1. Kiedy w Europie Zachodniej masowo mordowano Żydów nie kto inny jak nasz król Kazimierz Wielki wyciągnął do nich pomocną dłoń. Mimo licznych pogromów, do których doszło nawet w Pradze po śmierci żyjącego w latach 1316 - 1378, Karola IV (Króla Czech i cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego) u nas w Polsce Żydzi mogli żyć w miarę spokojnie. W średniowiecznej Polsce, a od 1569 roku (1 lipca unia lubelska) w Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie tylko Żydzi, ale też protestanci, cygani, wyznawcy islamu i przede wszystkim katolicy oraz prawosławni i grekokatolicy żyli obok siebie. Kościoły różnych wyznań często stały na tej samej ulicy. U nas w nie było masowych pogromów, byliśmy przez wieki bardziej tolerancyjni niż cały Zachód.
2. W Polsce inkwizycja oficjalnie działała, ale jej praktyczne możliwości były mocno ograniczone. W 1614 roku Stanisław Ząbkowic przetłumaczył co prawda na nasz język Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) ale mimo tego przykłady skazywania ludzi na śmierć za czary na terenie Rzeczypospolitej można policzyć na palcach jednej ręki (było to mniej niż tysiąc osób) i to nie w średniowieczu ale w późniejszych okresach. W tym miejscu warto dodać, że tortury w średniowieczu, nie były tak rozpowszechnione jak w wiekach XVI i XVII. W średniowieczu przeważały kary kompozycyjne, polegające na zapłaceniu kary na rzecz państwa i pokrzywdzonego, tzw. płat.
3. Należy pamiętać, że 90 % czarownic spalono w krajach protestanckich po wojnie 30 letniej przypadającej na lata 1618-1648, a więc na XVII wiek - długo po zakończeniu średniowiecza! Mimo tego faktu o palenie czarownic do dnia dzisiejszego propagandowo oskarża się średniowiecze i Kościół katolicki.
4. Należy dodać, że były różne inkwizycje, tzn. kościelne KK i świeckie w różnych państwach. Kościelna uchodziła za łagodną, ludzie udawali heretyków, aby za przestępstwa być sądzonym przez nią, a nie przez władze świeckie. Uznawana w popkulturze za najkrwawszą inkwizycja hiszpańska skazywała na śmierć w oszałamiającej liczbie 3 (słownie: trzech) osób rocznie w całym Imperium Hiszpańskim (półwysep iberyjski, Neapol, Austria, Niderlandy, Ameryka Łacińska i cała masa kolonii).
Rodzaje tortur:
Opisując tortury w średniowieczu warto odwołać się do najbardziej znanego przykładu związanego z Zakonem Templariuszy. W piątek 13 października 1307 roku o świcie na rozkaz króla Filipa IV Pięknego aresztowano wszystkich Templariuszy przebywających na terenie Francji. Później na soborze w Vienne (1311-1312) Zakon został rozwiązany przez papieża Klemensa V. Dziś wiemy, że Templariuszy niesłusznie oskarżono o herezję, zginęli ponieważ król Francji miał u nich długi, których nie chciał spłacić. Mało tego pragnął przejąc cały majątek Templariuszy, jednak niektórym braciom udało się zbiec. Podobno część z nich dotarła w okolice Szkocji razem z pokaźną częścią skarbca Zakonu.
Wróćmy jednak do dnia 13 października 1307 roku. Samo aresztowanie musiało zrobić wrażenie na ludziach średniowiecza ponieważ do dnia dzisiejszego wiele osób twierdzi, że "piątek trzynastego" jest dniem pechowym. Prości ludzie, którzy nie mają pojęcia skąd to się wzięło ale jednak z pokolenia na pokolenie powtarzają, że właśnie ten dzień jest najbardziej pechowy. Kilka tygodni później, dnia 22 XI 1307 roku papież Klemens V napisał bullę Pastoralis praeeminentiae, w której kazał, pod zarzutem herezji, aresztować wszystkich braci z Zakonu Templariuszy. Grozę tamtych dni trafnie opisał Alfred J. Palla w książce pt.: "Całun Turyński. Wielka historia czy wielka mistyfikacja?" dlatego teraz oddam mu głos:
"Na ulice Francji wyległy tabuny zakonników i duchownych. Wygłaszali kazania w miejscach publicznych, oskarżając templariuszy o zaprzedanie Ziemi Świętej muzułmanom, gotowanie ciał niemowląt, palenie ciał swych zmarłych braci i mieszanie ich prochów z pokarmami i napojami serwowanymi przez ich kuchnie, o sodomię, czary, zapieranie się Chrystusa i spluwanie na krzyż, a nade wszystko o kult brodatego oblicza demona Behemota.
Skuci łańcuchami templariusze trafili do lodowatych więzień. Łańcuchy mocowano do zakładanych na szyi obroży, a następnie do muru. Taki łańcuch czasem skracano, aby wymusić na więźniu pozycję klęczącą, albo podwieszano do łańcuchów ciężary, by utrudnić stanie. Więzienia były zwykle bez okien. Zimą panował tam mróz, latem upał, a przez cały rok zaduch. Za ubikację służyło zagłębienie w podłodze, którym nieczystości spływały pod niewielkim kątem do niżej położonej celi, do której inkwizytorzy wtrącali więźnia, którego chcieli szczególnie upokorzyć. Nieszczęśnik stał, siedział lub klęczał przykuty do ściany w jamie, do której spływał mocz, odchody, krew i wymiociny pozostałych więźniów".
Torturowaniem Templariuszy najpierw zajęli się kaci, których widocznie uznano za mało skutecznych. Władze postanowiły więc wezwać dominikanów specjalistów w tej dziedzinie. Poniżej prezentuję kilka przyrządów wykorzystywanych w średniowieczu do zadawania cierpienia między innymi Templariuszom oskarżonym o herezję. Podczas pierwszych dni tortur w samym Paryżu zmarło 36 braci Zakonu. Zdarzali się tacy, którzy z bólu stracili zmysły. Podobno wielu Templariuszy straciło nogi w wyniku smarowaniach ich stóp tłuszczem i smażenia na wolnym ogniu. Bernard de Vado, jeden z braci był prowadzony (lub wleczony) na kolejne przesłuchanie kiedy nagle od jego spalonych nóg odpadły kości stóp. Dominikanie byli duchownymi, a co za tym idzie musieli przestrzegać zasady, która zabraniała im przelewania krwi dlatego stosowali przemyślane narzędzia, które zadawały ból bez rozlewania krwi. Oto niektóre z nich:
Łamanie na kole:
Ofiarę najpierw rozbierano do naga. Później przywiązano do ziemi z rozciągniętymi kończynami. Pod każdy staw podkładany był drewniany klocek - kostki, kolana, nadgarstki, łokcie, biodra, ramiona. Kat jeździł później po nich ogromnym i dociążonym żelazem kołem (źródło: joemonster.org/art/9005).
Znamy dwie wersje tortur na tym urządzeniu:
1) Łamanie od dołu do góry, kat zaczynał od kostek i przesuwał się do góry sprawiając ofierze wielkie cierpienia.
2) Od góry do dołu, to była forma okazania łaski, bo ofiara umierała prawie natychmiast. Więcej informacji o torturach znajdziesz w tym artykule: http://joemonster.org/art/9005
Tak nazywano owe narzędzie tortur. osoba ze związanymi na plecach rękoma (od XVI wieku najczęściej czarownica) siedziała na drewnianym klocu o kształcie trójnoga lub piramidy zakończonego eliptycznie wygiętą i czasem ząbkowaną deską. Długie siedzenie nie zadawało takich cierpień jak inne narzędzia tortur. Z drugiej strony pewnie wiele osób wolałoby siedzieć na średniowiecznej kołysce niż doświadczać technik jakie stosują obecne służby USA, Federacji Rosyjskiej lub Chińskiej Republiki Ludowej.
Dyby są często mylone z gąsiorem. Aby zrozumieć na czym polegała różnica należy wiedzieć, że w dyby były pętami drewnianymi w postaci desek lub kłód, które posiadały otwory na zamknięcie nóg i rąk. Dyby prawdopodobnie przywędrowały do Polski z Niemiec.
Należy pamiętać, że dyby składają się z dwu części z wycięciami na nogi lub ręce. Obie części po zamknięciu zamykano na kłódkę lub zabijano gwoździami. Były to narzędzia stosowane przez setki lat m.in. w Polsce.
Dyby, gąsiory i pręgierze stawiano na rynkach oraz w okolicy bram miejskich. Były to narzędzia wręcz "obowiązkowe" we wszystkich średniowiecznych miastach. Stanowiły część całej serii przyrządów służących do wymierzania kar cielesnych, które wykonywano publicznie, tak aby wszyscy widzieli, co spotkało np.: złodzieja bądź żebraka, który odważył się obrazić kogoś o wyższym statusie. Same dyby i gąsiory nie służyły zadawaniu bólu stanowiły jedynie ostrzeżenie i były przeznaczone głównie dla oszustów, złodziei, pijaków, kłótliwych kobiet. Z jednej strony była to najlżejsza forma średniowiecznych kar, a z drugiej szybko mogła się przerodzić w prawdziwą torturę, kiedy nieszczęśnika bądź nieszczęśniczkę z unieruchomionymi w dybach rękami i szyją ktoś z tutejszych albo obcych mógł obić kijem, spoliczkować, obrzucić kamieniami itp. Zdarzało się, że dla żartu łaskotano skazanego, co mogło tę "łagodną" karę przemienić w nieznośną torturę.
DYBY wyglądają tak. Nie mylić z gąsiorem!
Pęta, które posiadały otwory na same nogi tak jak to przedstawia poniższe zdjęcie nazywano kłodami lub dybami.
Kłoda, dyby.
Gąsiory w wersji mobilnej:
Poniżej przedstawiam kilka zdjęć czegoś co wygląda jak gąsior, czyli unieruchamia ręce i szyję. Był to wyjątkowy typ gąsiora ponieważ niewolnik, skazaniec mógł z nim chodzić. Był np. ciągnięty za wozem. Gąsiory tego typu w języku niemieckim są nazywane Halsgeige, a w języku angielskim Schrew's fiddle.
Pręgierz:
Pręgierz (ang i niem: Pranger). Był to słup z kajdanami lub linami, który stał blisko ratusza. Pręgierze w średniowiecznych miastach były czymś normalnym tak jak dyby, gąsiory, klatki itp. Do pręgierza przywiązywano lub przykuwano osobę, której należało wymierzyć karę, oszustów dla pokazania ich ludowi oraz winowajców, skazanych na hańbę publiczną, chłostę lub wyświecenie, czyli wygnanie z miasta. W Polsce pręgierz znajduje się na Rynku Głównym w Krakowie oraz w Poznaniu nieopodal fontanny Prozerpiny.
Klatki:
Wiszące i stojące znajdowały się w wielu miejscach. Na targach zamykano w nich niewolnice i niewolników. W innych miejscach np.: przy ruchliwej ulicy, przy drodze za miastem w wiszącej klatce zamykano przestępcę aby był przestrogą dla każdego kto będzie go mijał.
Cugle sekutnicy:
To metalowa maska z zaciskiem na szyi wynaleziona w Szkocji. Różnie się mówi i pisze o jej przeznaczeniu. Jedni twierdzą, ze ten metalowy knebel służył do uciszenia gadatliwych i kłótliwych żon. A inni twierdzą, że był on przeznaczony tylko dla czarownic. Cugle sekutnicy miały kształt klatki, z kneblem z przodu. Zakładano je na głowę i zamykano na kłódkę.
KAT:
Skazana za chwilę zostanie ścięta
W największych średniowiecznych miastach mieszkał kat, który wykonywał wyroki śmierci, torturował skazańców i spełniał usługi medyczne. Kat był drogą instytucją i szczególnie mniejsze miasteczka, takie jak Lubawa, Nowe Miasto Lubawskie, Lidzbark Welski, często wolały wypożyczyć zawodowca z większych ośrodków miejskich niż utrzymywać swojego. Kat jako osoba, która często musiała torturować kogoś przez wiele dni lub tygodni potrafił łamać kości i następnie je nastawiać. Znał się na ziołach zatrzymujących krwawienie i potrafił nastawić złamaną nogę albo wytrącony bark. Do kata udawali się mieszkańcy równie często jak do cyrulika (lekarza, najczęściej Żyda). W różnych okresach to się zmieniało ale możemy ogólnie założyć, że w średniowieczu kat wykonywał wyrok śmierci na trzy sposoby poprzez ścięcie skazańca mieczem, toporem albo powieszenie. Tym pierwszym zabijano osoby o wyższym statusie społecznym (stan rycerski, który w XV wieku zmienił się w szlachtę). Topór był dla mieszczan, a sznur i szubienica (lub gałąź) dla chłopów i ludzi nieszlacheckiego (nierycerskiego) pochodzenia którzy dopuścili się licznych kradzieży. Jako ciekawostkę warto dodać, że czasem toporem ścinano też szlachciców - szczególnie w Anglii. Jeśli rycerz lub szlachcic dokonał wyjątkowo wielu przestępstw to mógł nawet zostać powieszony i spalony na stosie jak zwykły heretyk. Poza tym warto wiedzieć, że żona kata najczęściej prowadziła zamtuz, czyli dom publiczny. jako ciekawostkę warto dodać, że wyroki śmierci wykonywano na środku miasta przy licznej widowni. Oglądały je często całe rodziny. Egzekucje były w średniowieczu formą rozrywki, atrakcją, którą większość lubiła oglądać.
Lochy:
Skazana za czary czeka w lochu na wyrok
Lochy znajdowały się najczęściej w zamkach, a dokładnie w najniżej położonych zamkowych podziemiach. Przetrzymywano w nich skazańców czekających na wyrok śmierci, który wykonywał kat na rynku. W każdym mieście było to wydarzenie wyjątkowe, które oglądały całe rodziny. Dzieci się cieszyły kiedy kat komuś ścinał głowę. Była to rozrywka porównywalna do obecnego wyjścia całą rodziną do cyrku albo do kina. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć, że podczas oblężenia zamku lochy były najbezpieczniejszym miejscem.
Na Ziemi Lubawskiej lochy i podziemne tunele prawdopodobnie znajdują się pod ruinami zamku w Kurzętniku. Aż się prosi o pogłębione badania archeologiczne i udostępnienie tych atrakcji turystom! Polecam mój artykuł: Zamek w Kurzętniku
Autor:Tomasz Chełkowski
Kontakt:
ziemialubawska@protonmail.com
Wszelkie prawa zastrzeżone! Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)
Na wstępie warto zaznaczyć, że Prusowie nie mają nic wspólnego z Niemcami. Każdy słysząc nazwy Prusy i Prusowie (Prusai) powinien zdawać sobie sprawę, że chodzi o naszych przodków. Prusowie przez setki, a według niektórych tysiące, lat zamieszkiwali obszar, który pokrywa się z obecnym województwem warmińsko-mazurskim i obwodem kaliningradzkim. Jedno wiemy na pewno byli tu oni szybciej niż Słowianie (Polanie), którzy w 966 roku przyjęli chrzest dzięki swojemu władcy Mieszkowi (Dagobertowi).
Prusowie, z Ziemi Lubawskiej dzięki pokojowo prowadzonej przez Chrystiana (późniejszego biskupa Prus) misji chrystianizacyjnej przyjęli chrzest dopiero w 1216 roku, co potwierdził papież Innocenty III w swojej bulli "terra Lubouia" datowanej na 18 lutego 1216 roku.
Tym jednak co najbardziej mnie interesuje są opisy kronikarzy oraz pisarzy starożytnych (Herodota, Tacyta, Ptolemeusza), średniowiecznych np. Wulfstana (IX wiek), kronikarzy Zakonu Krzyżackiego (np. Piotra z Dusburga) i kronikarzy polskich z Janem Długoszem na czele. Zakon krzyżacki który od ok. 1230 roku rozpoczął zbrojny podbój Prus i siłą zmuszał ich do przyjęcia chrześcijaństwa niestety zapoczątkował proces rozkładu kultury pruskiej. Lech Niekrasz podaje, że w XIII wieku Krzyżakom udało się wymordować ponad 50 tys. Prusów (ludność całych Prus na początku XIII wieku, przed przybyciem Krzyżaków, raczej nie przekraczała 400 tys.).
Sekret długowieczności Prusów?
Często słyszymy opowieści o tym, że ludzie w średniowieczu żyli krótko i się nie myli. Na niektórych stronach internetowych i w wielu książkach spotkałem się z opisami typu: średnia długość życia wynosiła 30 lat, inni twierdzą, że osoba w wieku lat 40 w średniowieczu uchodziła za starca. Nie będę wchodził w szczegóły ale jako historyk powiem Wam kochane czytelniczki i szanowni czytelnicy: NIE WIERZCIE W TAKIE GADANIE. Osoby, które głoszą takie hipotezy obliczają często długość życia w średniowieczu ze średniej długości życia. Problemem jest jednak to, że w tamtych czasach kobiety rodziły kilkoro, a czasem kilkanaścioro dzieci. Dzieci często ginęły (podczas pracy, ulegały wypadkom, zabite przez zwierzęta itp.), śmiertelność urodzeń też była wysoka (we wszystkich średniowiecznych "krajach"). Jeśli podliczymy dzieci, które zmarły/zginęły mająć kilka miesięcy albo kilka lat (a było ich dużo) to wówczas wychodzi średnia ok 40 lat. Tylko co z tego? Mamy dokumenty opowiadające o wielu duchownych, proboszczach, starych kapłanach itp. żyjących 80 i więcej lat. Są dokumenty sądowe, w których świadkowie często są w podeszłym wieku. Staruszków we wszystkich średniowiecznych krainach było wielu. W tym miejscu się zatrzymam, a jeśli ktoś chciałby pogłębić ten temat i dowiedzieć się więcej o średniowieczu to niech obejrzy poniższy filmik.
Ok już nie marudzę i wracam do meritum, czyli sekretu długowieczności Prusów. Musicie wiedzieć, że w średniowieczu społeczeństwo pruskie cieszyło się doskonałym zdrowiem, potwierdza to przekaz kronikarzy oraz bardziej wiarygodne badania archeologiczno-antropologiczne. Masowe epidemie i liczne w średniowieczu choroby dziesiątkujące społeczności wielu krajów, nie dotykały Prusów. Postanowiłem, że wypiszę wszystko w punktach. Większość informacji jest oparta na najnowszych badaniach archeologiczno-antropologicznych oraz analizie zapisków kronikarskich. Informacje te znajdziecie w książce: Lech Z. Niekrasz, Gdzie jesteście Prusai? - link do darmowej wersji elektronicznej: http://prusowie.pl/dane/Gdzie_jestes_Prusai.pdf
Sekrety:
1. Sauna: Każde pruskie gospodarstwo (kaym) było ufortyfikowane, czyli otoczone drewniano-ziemnymi umocnieniami. Na gospodarstwie mieszkała głowa rodu, z żoną albo wieloma żonami, z dziećmi i niewolnikami oraz niewolnicami. Na każdy kaym składało się kilka, a czasem kilkanaście mniejszych i większych drewnianych domów. Na takie gospodarstwo składały się: chata lub kilka chat dla członków rodziny, chaty dla niewolników, spichlerze na ziarno, stodoły, stajnie, suszarnie na zboże, studnia i łaźnie.
Te ostatnie były dla Prusów bardzo ważne. W każdej łaźni znajdował się piec z polnych kamieni, na które po podgrzaniu lano wodę. Było to coś w rodzaju sauny. Prusowie lubili dbać o swoją higienę i myli się często. Nawet jeśli prędzej pływali w jeziorze to i tak po powrocie na swoje gospodarstwo korzystali z łaźni, w których gorąca woda wylewana na kamienie tworzyła parę, umożliwiającą kąpiel parową. Jak to ładnie ujął polski kronikarz Jan Długosz: "łaźnie codzienną były potrzebą, równie u mężczyzn jak i u kobiet; utrzymywali bowiem, że wypędzały z ciała chorobę ostatniego przepicia i przedłużały życie".
2. Trunki: Średniowieczni Prusowie pili wiele rodzajów trunków np: kumys (mleko kobyle) i miód. Ten pierwszy był dostępny najczęściej dla nobilów (władców mieszkających w grodach) oraz najbardziej zamożnych wojowników. Kumys to taki kefir z dodatkiem alkoholu. Tylko mleko uzyskiwano poprzez dojenie kobyły. Kumys był dla Prusów tym, czym piwo było (i jest) dla Polan. Miód był natomiast przeznaczony dla pospólstwa i niewolników.
Prusowie, jak podaje Długosz żyjący w XV wieku kronikarz: "pili końskie mleko, a ono zwykle głowę zawraca". Napój ten nie był znany Polanom ani Germanom, znali go natomiast mieszkańcy zaludniający stepowe regiony Wschodu. Czy nie jest to dowód na to, że Prusowie wywodzą się z tamtych ziem, znad Wołgi i Dniepru? Prawdopodobnie kilkaset lat, może nawet ponad tysiąc lat przed Chrystusem przybyli oni na tereny obecnego województwa warmińsko-mazurskiego i obwodu kaliningradzkiego właśnie stamtąd.
Miód był napojem syconym, czyli wymieszanym z wodą, gotowanym i pozostawionym do skwaśnienia. Później zaprawiano go szyszkami chmielu, dzięki czemu jego walory smakowe były zbliżone do trunków alkoholowych. Jako ciekawostkę można podać, że Prusowie nie znali piwa - ulubionego trunku Słowian (Polan).
3. Mięso: Prusowie słynęli ze swojej gościnności, dbania o higienę oraz zamiłowania do śpiewu (śpiewali przy każdej okazji). Gdybyś czytelniczko, bądź czytelniku w XIII wieku został ugoszczony (-ona) przez Prusów to posadzono by cię za wielkim stołem, a pośladki twoje by spoczęły na krześle lub leżącym w chacie pniu drzewa. Na środku chaty by płonęło ognisko, a otwór w ścianie, zwany w języku pruskim lanxto, by spełniał rolę okna i zarazem pełnił funkcje komina, czyli otworu na ujście dymu.
Jednej potrawy na stole Prusów nigdy nie brakowało, a było nią mięso. Prusowie, jako ludzie długowieczni kochali wyroby pochodzenia zwierzęcego, badania archeologiczno-antropologiczne dowodzą, że lud ten cieszył się doskonałym stanem zdrowia, a mężczyźni dożywali sędziwego wieku. Poza tym bardzo dużą odpornością na choroby cieszyły się pruskie kobiety. Jak to ładnie ujął Lech Z. Niekrasz: "Prusów nie doświadczały masowe i mordercze epidemie, które wyludniały wielkie połacie średniowiecznej Europy".
Prusowie jedli mięso w postaci surowej, gotowanej, pieczonej oraz suszonej. Ze zwierząt hodowlanych preferowali: nierogaciznę, owce, kozy i koninę. Poza tym konsumowali zwierzynę upolowaną, czyli dziczyznę. Specjalizowali się w wyrabianiu kiełbas. Głównym składnikiem jednej z pruskich zup o nazwie iuse, przyrządzanych w glinianych garnkach, były sproszkowane kawałki ususzonego mięsa.
4. Nabiał: Suris (sery) i auctan (masło), poadamynan (surowe mleko), ructan-dadan (kwaśne mleko kobyle). Przytoczone pruskie nazwy produktów mlecznych oraz badania archeologiczne potwierdzają, że mleko kobyle i jego wyroby były ważnym składnikiem pruskiej diety. Profesor Okulicz - Kozaryn trafnie zauważa, że "na bardzo starą tradycję gospodarki nabiałowej wśród Prusów wskazuje fakt, że wszystkie nazwy z nią związane posiadają rdzennie pruską etymologię i nie zostały zapożyczone z języków obcych".
5. Jedli to co rosło w dziewiczej puszczy oraz to co rosło w ich ogródkach:
Prusowie kochali przyrodę, wierzyli, że nawet niszczenie kory drzewa i łamanie gałęzi jest czymś złym. Traktowali puszczę, która ich otaczała jak świętość. Jeśli musieli wyciąć drzewo albo upolować zwierzę to robili to tylko w ostateczności, nigdy dla przyjemności.
Prusowie w swojej diecie preferowali zioła oraz jarzyny z przydomowych ogródków, w których najczęściej rósł groch, bób oraz rzepa. Uprawiali też zieleninę w postaci lebiody, pokrzywy i szczawiu. Z owoców leśnych na pruskim stole można było znaleźć owoce leśne (jagody, jeżyny, maliny i poziomki). Pruskie gospodynie przyrządzały z owoców susz na zimę, którym urozmaicały liczne potrawy mączne.
6: Pieczywo - chleb, wyroby mączne fundament diety Prusów: Produkty rolne, zboże stanowiło fundament diety Prusów. Przerabiali oni zboże w kamiennych żarnach na mąkę, z której piekli wiele różnych gatunków chleba. Sompisenis (chleb gruby razowy), geits (chleb żytni) to tylko niektóre z pruskich nazw. Meltan, czyli potrawa z moczonych, suszonych i mielonych ziaren owsa. Jak zauważa Lech Z. Niekrasz jest to potrawa podobna do czegoś co "zachowało się do niedawna na Białorusi, gdzie z owsa przyrządzano gorzkawy w smaku i popijany słodkim mlekiem kisiel".
Na zakończenie należy dodać, że Prusowie znali technologię tłoczenia oleju z maku, lnu i konopi oraz wytwarzali mydło z mieszanki tłuszczu zwierzęcego i wody.
Kilka średniowiecznych przepisów
Niektóre przepisy te znali zarówno Słowianie (Polanie) jak i Prusowie. Inne były Prusom obce.
I. Przepis na średniowieczne cukierki.Ich najdroższym składnikiem był cukier brązowy, który był bardzo drogi. Dlatego większość ludzi słodziła potrawy miodem. Mała miseczka cukierków w średniowieczu kosztowała czasem tyle co koń z wyposażeniem. Na takie smakołyki mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi ludzie: biskupi, proboszczowie, możni, władcy, książęta, niektórzy rycerze, a w czasach późniejszych niż średniowiecze szlachta i magnateria.
Jean Verdon w książce pt. "Przyjemności średniowiecza" podaje ciekawe informacje na temat cukru: "(...) Cukier, dotąd mało znany we Francji, rozpowszechnia się pod koniec XIV wieku. Prawdziwą namiętnością do cukru zapałał wiek XV, zwłaszcza w tych krajach śródziemnomorskich, w których uprawia się trzcinę cukrową". Ciężko jest stwierdzić kiedy cukier i cukierki pojawiły się na terenie Polski. Podejrzewam, że elity polskie znały ten przysmak już w XIV, a może nawet w XIII wieku.
II. Sosy w średniowieczu: dwie trzy miary gorczycy, zmiel utucz w moździerzu. Główny składnik to czosnek i pietruszka, gorczyca, jabłko, cynamon, imbir. Przepis na średniowieczny sos czosnkowy z imbirem i cynamonem:
18 ząbków czosnku pieczemy przez 30 minut w folii aluminiowej w piekarniku nagrzanym do 200°C. Chleb namaczamy w małej ilości bulionu. Obieramy ząbki pieczonego i surowego czosnku. Wszystko ucieramy, dodając powoli resztę bulionu i przyprawy, aż powstanie jednolita, aksamitna masa. Solimy, stawiamy na ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez parę minut. Podajemy na gorąco - źródło sosu: http://puszka.pl/przepis/5169-agliata-sredniowieczny_sos_czosnkowy_z_imbirem_i_cynamonem.html
Autor:Tomasz Chełkowski
Kontakt:
ziemialubawska@protonmail.com
Wszelkie prawa zastrzeżone! Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)