środa, 19 grudnia 2012

Boże Narodzenie piękna polska tradycja



Jaki wyglądały tradycyjne święta?

Z czym Ci się kojarzy tradycyjne Boże Narodzenie? Gdybyśmy zadali to pytanie mieszkańcom naszego kraju to większość z nich zapewne by zaczęła opowiadać o prezentach, świętym Mikołaju w czerwonym stroju z długą brodą, przystrojonej choince i obfitej uczcie wigilijnej oraz syto zastawionych stołach podczas świąt. Takie wyobrażenie świąt Bożego Narodzenia dominuje wśród Polaków w XXI wieku. Ale ile wspólnego ma ono z dawnymi tradycjami? 

Święty Mikołaj jako "dziadek z brodą" jest stosunkowo nowym tworem wymyślonym przez Koncern Coca Coli. Gdybyśmy cofnęli się w czasie np. do XVII wieku (czasy Trylogii Sienkiewicza) to byśmy nie zobaczyli nikogo w takim stroju roznoszącego prezenty. Zresztą to samo dotyczy czasu zaborów i Polski międzywojennej, czyli II RP (1918 - 1939). 

Dawniej gdybyśmy zapytali o św. Mikołaja to uzyskalibyśmy odpowiedź, że był on biskupem z Miry (obecnie miasto Demre w Turcji). Byśmy zapewne usłyszeli legendy związane z postacią tego wyjątkowego świętego, o tym jak rozdawał ludziom prezenty i czynił cuda. Dziś w XXI wieku niewiele osób potrafi opowiedzieć historię św. Mikołaja. Tymczasem jest to postać fascynująca. Według podań otrzymał on po rodzicach spory majątek, którym podzielił się z potrzebującymi. Dużo można by o Nim napisać ale nie jest to celem niniejszego artykułu.

Co jest ważne? Ważna jest świadomość, że do początków XX wieku jedynym św. Mikołajem jakiego znali ludzie był biskup z Miry żyjący na przełomie III i IV w. n.e.  W licznych legendach, które rodzice opowiadali swoim dzieciom utrwalił się on jako stary biskup z brodą, często w infule (mitrze) i z pastorałem

W tym miejscu warto zadać pytanie. Co sprawiło, że znana, utrwalona w tradycji wizja św. Mikołaja biskupa zaczęła zanikać na początku XX wieku? Otóż fakty są takie, że wizję tą zniszczył producent "odrdzawiacza", który niszczy zdrowie wielu polskich dzieci - mam oczywiście na myśli Koncern Coca Coli! W 1930 roku Koncern ten stworzył reklamę, w której kreował konsumpcyjną wizję św. Mikołaja dla mas. Ludzie oczywiście "łyknęli" to i zaczęli powoli zapominać o tradycyjnym (jedynym i prawdziwym) Mikołaju, który był świętym, biskupem.


A co z choinką? W wielu artykułach znajdziecie informacje, że zwyczaj strojenia drzewka wywodzi się z wierzeń pogańskich. Fakty są jednak takie, że zwyczaj strojenia drzewka na Boże Narodzenie w Polsce pojawił się na przełomie XVIII i XIX wieku (nasza Ojczyzna była wówczas pod zaborami). początkowo drzewka strojono tylko w miastach. Później ta "nowoczesna" praktyka rozpowszechniła się również na wsiach.

Zobacz starą reklamę Coca Coli:


A jak było na Ziemi Lubawskiej?

Mieszkańcy Ziemi Lubawskiej przygotowywali się do świąt Bożego Narodzenia (25 grudnia) dwa, a czasem nawet trzy tygodnie wcześniej. Boże Narodzenie okoliczni mieszkańcy oraz sąsiedni Mazurzy nazywali Gwiazdką lub Godami. W tym miejscu należy podkreślić wyjątkowość tego święta i poprzedzającego je okresu zwanego adwentem. W kalendarzu liturgicznym pierwsza niedziela adwentu rozpoczyna rok liturgiczny (kościelny). Tak się składa, że pogańscy Prusowie również w tym okresie przygotowywali się do wejścia w swój nowy rok. Zbieżność praktyk chrześcijańskich i staro – pogańskich wynika z faktu, że Kościół nie znając prawdziwej daty narodzin Zbawiciela wyznaczył w IV w. n.e. obchód Bożego Narodzenia na dzień zimowego święta solarnego, które przypada 25 grudnia. W ten sposób pogańskie święto solarne zostało zastąpione świętem kościelnym.

Wigilia w lubawskim dialekcie jest Wilią i zawsze obchodzi się ją w sposób uroczysty. Jeszcze w XIX i pierwszej połowie XX wieku było normalne, że tego dnia już od południa nikt nie pracował – wierzono, że w tym czasie grasują duchy i praca mogłaby je rozzłościć. Wieczerzę wigilijną podawano tradycyjnie wraz z pierwszą gwiazdką.

Przedchrześcijańscy mieszkańcy Ziemi Lubawskiej w okresie wprowadzonych tu w średniowieczu świąt Bożego Narodzenia (i innych) obchodzili uroczyście święto plonów związane z zaklinaniem urodzaju na rozpoczynający się nowy rok. Sama Wigilia również ma w sobie wiele pogańskich elementów, takich jak np: liczba potraw na wigilijnym stole.

W wielu wsiach i miasteczkach wieczerzę tego dnia przyrządza się z siedmiu, dziewięciu, a czasami z dwunastu różnych potraw. Pierwsze zestawienie liczb wywodzi się z wierzeń pogańskich, w których liczby 9 i 7 przynosiły szczęście. Natomiast liczba 12 symbolizuje apostołów, siedzących obok Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Podobnie zwyczaj zostawiania jednego wolnego miejsca przy wigilijnym stole. Pierwotnie poganie podczas posiłku pozostawiali jedno wolne nakrycie dla zmarłego przodka. Kościół natomiast nadał temu zwyczajowi inne znaczenie, a dokładnie przekonał ludzi, że wolne miejsce czeka na żywą osobę, np. na wędrowca, który może niespodziewanie odwiedzić rodzinę radującą się podczas wigilijnej kolacji z narodzin Zbawiciela. Prusowie zamieszkujący Ziemią Lubawską byli ludem gościnnym, do którego przemawiało takie tłumaczenie. Ponad to przy wigilijnym stole kładziono siano na obrusie oraz praktykowano zwyczaj dzielenia się białym opłatkiem między sobą oraz ze zwierzętami. Prof. Jan Falkowski z UMK autor książki "Ziemia Lubawska" wspomina, że ze zwierzętami zawsze dzielono się specjalnym kolorowym opłatkiem.

Zgodnie ze starym zwyczajem lubawska młodzież o zmierzchu, tuż po wieczerzy wigilijnej, chodziła po wsi przebrana za babę i dziada, kominiarza, bociana z czerwonym dziobem i długimi szczypcami, często trzymając w ręku rózgi. Jeden z gwizdów (przebierańców) jeździł na sztucznym koniu zrobionym z drewna lub tektury i straszył dzieci, a bocian szczypał młode panny. Kominiarz smolił sadzą dziewczęta, a dziad z babą zbierali do koszy datki w postaci świątecznych wypieków i pieniędzy na wspólną kolację. We wsi Targowisko Dolne na Ziemi Lubawskiej tradycja przebierania się za gwizdów zamarła dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. Teofil Ruczyński wspomina, że jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, kiedy rodzina po wieczerzy wigilijnej siedząc przy choince śpiewała kolędy ktoś przebrany za gwizda potrafił im przerwać uderzając rózgami w szyby okien. Przerażający gwizd po wejściu do izby najczęściej żądał by dzieci zmówiły pacierz.

W okresie zaborów oraz w odrodzonej Polsce nie było zwyczaju, który by nakazywał obdarowywanie dzieci przez rodziców lub kogoś przebranego za św. Mikołaja drogimi prezentami. Teofil Ruczyński wspomina, że „(…) prezenty takie jak łyżwy, narty, zegarki czy rowery były nie do pomyślenia, nawet koń na biegunach, czy „prawdziwa” fabryczna lalka były nieosiągalnym marzeniem. Dzieciom dawano przede wszystkim podarunki praktyczne (…)”. Najczęściej były to ubrania. 

Zgodnie z najstarszą i prawdziwą tradycją, której obcy jest święty Mikołaj w czerwonym kubraczku i z dużym brzuchem stworzony w XX wieku przez Coca – Colę dzieci stawiały na oknie talerz na „boże dary”, do którego jak wierzono o północy Pan Jezus kładzie świąteczne podarki. Wiara w cudowne podarunki od Niebios pozostawała w umyśle ówczesnych dzieci dość długo. We wsiach Ziemi Lubawskiej często dzieci w wieku 9 – 10 lat ciągle wierzyły, że prezenty przynosi Jezus. Po drugiej wojnie światowej postępujący konsumpcjonizm oraz laicyzacja społeczeństwa przekształciły tą piękną tradycję w puste przekazywanie prezentów, często bez pasterki i jakiejkolwiek namiastki sacrum.

Okres świąt Bożego Narodzenia trwał aż do dnia Trzech Króli. W rodzimym dialekcie ten wyjątkowy czas nazywano dwunastnicą lub dwunastką.


Kolędnicy na Ziemi Lubawskiej

W okresie świątecznym od niepamiętnych czasów, po miastach oraz wsiach chodzili kolędnicy z szopką lub z gwiazdą, własnoręcznie skonstruowaną z drewnianych listewek, które były oklejone kolorową bibułą. Całość była umocowana na długim drążku. 

W okresie zaborów kolędowanie miało ogromne znaczenie dla przetrwania języka polskiego, który był wyniszczany i znienawidzony przez Niemców.

  Dzięki tej pięknej tradycji, która w nieco zmienionej formie dotrwała do dnia dzisiejszego dzieci poprzez naukę i śpiewanie kolęd miały możliwość zetknięcia się z polską mową. Elementem tradycji, który nie dotrwał do naszych czasów  jest wygłaszanie wierszowanej oracji po odśpiewaniu kolędy, którą dzieci składały życzenia odwiedzanym osobom. Oto dwie z sześcio zwrotkowej oracji przytoczone z książki Teofila Ruczyńskiego:

My z kolędą przychodzimy
w wasze nikłe progi,
co najlepsze wam życzymy
Na ten roczek nowy.
Zdrowia, zdrowia najlepszego
dla całej rodziny,
ażebyście dnia każdego
Wszyscy zdrowi byli.


Ołtarz św. Mikołaja w Kolegiacie pw. św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim

W nowomiejskim kościele znajduje się kilkanaście pięknych barokowych ołtarzy. Każdy kto wchodzi do Kolegiaty głównym wejściem napotka po lewej stronie XVII wieczny ołtarz św. Mikołaja. W ufundowanym przez Pawła i Jadwigę Działyńskich barokowym ołtarzu znajduje się obraz św. Mikołaja. Na obrazie z prawej strony biskupa klęczą trzy dziewczyny. Obraz nawiązuje do legendy mówiącej o tym jak Mikołaj podarował posag w postaci trzech sakiewek złota trzem biednym pannom. Poza centralnym obrazem św. Mikołaja ołtarz zdobią obrazy: św. Franciszka z Asyżu, św. Antoniego Padewskiego i św. Jadwigi Śląskiej. Poza tym w tym późnorenesansowym ołtarzu są przedstawione figury dwóch świętych Męczenników.

Ołtarz św. Mikołaja w Kolegiacie w Nowym Mieście Lubawskim



Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska@interia.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

czwartek, 6 grudnia 2012

Dzielni strażacy z Ziemi Lubawskiej



Zabytkowa sikawka OSP Gwiździny.
Najstarsza miejska Ochotnicza Straż Pożarna (OSP) na Ziemi Lubawskiej powstała w 1885 roku w Nowym Mieście Lubawskim, kolejną utworzono w 1889 roku w Lidzbarku Welskim oraz w 1895 roku w Lubawie. Jeśli zaś chodzi o wiejskie straże na Ziemi Lubawskiej to bez wątpienia jedną z najstarszych jest założona w 1891 roku OSP w Kuligach (gmina Grodziczno).

Na chwilę obecną nie dysponujemy materiałem, który by pozwolił ustalić  dokładną datę powstania straży w Gwiździnach (wsi położonej w okolicy Nowego Miasta Lubawskiego), najbardziej odległa w czasie wzmianka dotycząca sikawki gaśniczej oraz remizy strażackiej zbudowanej w tej miejscowości pochodzi z lat 90 – tych XIX wieku. Oznacza to, że istniała już wówczas jakaś zorganizowana grupa ludzi odpowiedzialna za gaszenie pożarów. Gdyby udowodniono, że grupa ta była zarejestrowaną Ochotniczą Strażą Ogniową to wówczas OSP w Gwiździnach zaliczałaby się do najstarszych na Ziemi Lubawskiej. W pozostałych wsiach straże powstały w: Skarlin 1900 rok, Radomno 1902 rok, Nowy Dwór 1903 rok, Mroczno 1905 rok, Mroczenko 1906 rok, Jamielnik 1919 rok, Marzęcice 1912 rok, Łąkorz rok 1923, Tereszewo 1926 rok oraz w Bratianie w roku 1926.


Zarys historii
            Historia pożarnictwa na Ziemi Lubawskiej jest niezwykle bogata. Najstarsze ochotnicze straże powstały na tych terenach w drugiej połowie XIX wieku. Były to czasy, w których Polska, nasza Ojczyzna nie istniała, a Ziemia Lubawska w całości należała do pruskiego zaborcy. Niemcy mimo licznych prób nie dali rady Nas zgermanizować, nie udało się zniszczyć polskiej kultury, na próżno zakazywano Polakom w zaborze pruskim (i m.in. na Ziemi Lubawskiej) mówić, czytać i modlić się w języku polskim.
            Nie ulega wątpliwości, że gdyby w okresie zaborów udało się zniszczyć polską kulturę i religię to dziś polski by nie było, nie odrodziła by sie po I wojnie światowej w roku 1918. Powinniśmy więc pamiętać komu zawdzięczamy to, że odzyskaliśmy Niepodległość (11 listopada 1918 roku) oraz walczyliśmy w jej obronie w latach 1939 - 1945 (okres II wojny światowej). Musimy pamiętać o pokoleniach polaków, które przez cały wiek XIX walczyły o odzyskanie wolności o przywrócenie Polski na mapie Europy.
            Powyższe słowa są potrzebne dla zrozumienia tematyki strażackiej. Ochotnicze Straże Pożarne (OSP), które licznie powstawały w drugiej połowie XIX wieku we wszystkich trzech zaborach, były ostoją polskości - szczególnie w małych miejscowościach i we wsiach. W zaborze pruskim we wsiach Ziemi Lubawskiej pierwsze OSP, zwane wówczas Strażami Ogniowymi bądź ochotniczymi Strażami Ogniowymi tworzyli okoliczni mieszkańcy. Druhowie aktywnie działali na rzecz polskiej kultury, edukowali mieszkańców jak powinni zabezpieczać swój dobytek przed pożarami, a w swoich remizach organizowali imprezy i spotkania kulturalne.
W XIX i na początku XX wieku na Pomorzu, do którego zaliczamy całą Ziemię Lubawską, Straże Ochotnicze były jednymi z nielicznych legalnych organizacji, które obok Towarzystw Czytelni Ludowych oraz Towarzystw Gimnastycznych „Sokół”[1] były ostoją polskości. Bardzo ciekawy tekst dotyczący pierwszych ochotniczych jednostek pożarniczych (w drugiej połowie XIX wieku) znajduje się w czasopiśmie Strażak, jego treść jest następująca: „Choć kierownictwo straży ogniowych najczęściej sprawowali osadnicy i koloniści niemieccy, to jednak podstawowy trzon oddziałów bojowych rekrutował się z Polaków i oni nadawali strażom w swej istocie charakter”. Możemy śmiało stwierdzić, że OSP tworzone pod zaborami były organizacjami służby publicznej. Szczególnie na wsi organizacje tego typu swoją działalnością dawały przykład mieszkańcom, kultywowały i rozwijały uczucie troski o dobro innych oraz zdjęły z mieszkańców obowiązek stawiania się w miejscu pożaru. Wiejscy oraz miejscy strażacy ochotnicy przyczynili się do rozwoju wiedzy o zwalczaniu pożarów, tłumaczyli mieszkańcom jak powinni się zachowywać w kryzysowych sytuacjach, stanowili coś w rodzaju elity ochraniającej wiejską gromadę oraz mieszkańców miast przed ogniem i klęskami żywiołowymi.

Sprzęt strażacki w okresie zaborów
W drugiej połowie XIX wieku, dzięki rozwojowi technicznemu zaczął pojawiać się coraz bardziej profesjonalny sprzęt przeznaczony do walki z ogniem. Członkowie państwowych i ochotniczych straży ogniowych w zaborze pruskim, w bogatszych wsiach i miastach mieli do dyspozycji m.in. sikawki pomostowe i kołowe, jedno- i dwuosiowe. Poza tym bardzo dużą popularnością w zaborze pruskim cieszyły się sikawki konne niemieckiej produkcji Gustava Evalda z Kostrzynia nad Odrą, które były wykorzystywane przez strażaków jeszcze po II wojnie światowej.





Górny rysunek przedstawia XIX wieczny beczkowóz dwukołowy, jednokonny o pojemności ok. 500 l. Na rysunku dolnym widzimy wyprodukowaną w drugiej połowie XIX wieku sikawka dwucylindrowa o podwoziu jednoosiowym doczepiana do wozu rekwizytowego (fot. Giziński Stanisław, Pożarnictwo Pomorza Nadwiślańskiego…, s. 415)






Ochotnicza Straż Pożarna w Gwiździnach
Początki jednostki pożarniczej z Gwiździn są owiane nutką tajemnicy. Na chwilę obecną (6 grudnia 2012 roku) nie znamy dokładnej daty powstania jednostki. Najstarsza znana nam wzmianka zapisana w szkolnej kronice pochodzi z ostatnich lat XIX wieku. Ówczesny kierownik szkoły, Niemiec Franz Lahsmann, który prowadził kronikę od 20 IV 1894 do 1 VI 1899 roku zapisał, że „w ostatnim czasie została zbudowana przy wiejskiej kuźni remiza strażacka, żeby sikawka pożarna była w każdej chwili do dyspozycji mieszkańców w przypadku pożaru”. We wsi była więc sikawka, którą zakupiono jeszcze przed wybudowaniem remizy. Mało prawdopodobne jest to, że w razie pożaru gaszono ogień w myśl zasady „kto pierwszy dobiegnie do sikawki ten gasi”. Moim zdaniem sołtys oraz dziedzic z majątku (folwarku) w Gwiździnach wybrali kilka osób, które stworzyły pierwszą straż ogniową we wsi.

Prawdopodobnie twórcą pierwszej straży ogniowej, a później Ochotniczej Straży Pożarnej był dziedzic z majątku w Gwiździnach, którym od 1854 był kapitan Conrad, a po nim od 1886 do 1899 roku jego syn, porucznik Ernst Conrad. Zasługi pierwszego ze wspomnianych dziedziców są bardzo duże. Kapitan Conrad odbudował stary dwór na majątku we wsi, kazał rozebrać zniszczone upływem czasu budynki, a w ich miejsce wznieść nowe, powiększył majątek kupując 10 chat chłopskich (prędzej należących do wsi) i przyczynił się do rozwoju majątku, a później wsi – m.in. dzięki niemu powstał nowy trakt (droga) z Gwiździn do Nowego Miasta Lubawskiego. W Kronice Szkoły w Gwiździnach odnotowano, że za jego rządów ilość mieszkańców folwarku wzrosła do 160, a wsi do ok. 500. Dla porównania obecnie wieś, łącznie z terenami po dawnym majątku liczy ok. 800 mieszkańców. Jest wielce prawdopodobne, że dziedzic ten chcąc zadbać o dobrze prosperujący majątek oraz przylegającą do niego wieś w okresie swoich rządów (1854 – 1886) zakupił wzmiankowaną w kronice sikawkę pożarniczą.


Przedwojenne zdjęcie z członkami Ochotniczej Straży Ogniowej w Gwiździnach przy nieistniejącej już remizie, która znajdowała się obok kuźni za szkołą. Po wojnie oba budynki należały do kowala Władysława Jabłońskiego. Niestety tożsamość większości z tych osób pozostaje dla nas tajemnicą. Wiemy tylko, że w przedostatnim rzędzie od prawej stoi Dąbrowski, obok niego Konstanty Kopański (Kostek); czwarty od prawej w tym samym rzędzie to Leonard Domżalski, sołtys wsi, któremu w kwietniu 1939 roku spłonął dom kryty strzechą. W pierwszym siedzącym rzędzie (na krzesełkach)  po lewej stronie tajemniczej postaci w kapeluszu (nauczyciela? Wójta?) w czapce, bez munduru siedzi Jan Cegielski – w jego domu, w latach 1934 – 1937, znajdowała się opisana prędzej kaplica, w której odprawiano Mszę św. (fot. Krzysztof Kliniewski).


Ochotnicza Straż Pożarna w Marzęcicach
Działalność jednostki zapoczątkowały dwie osoby Antoni Rzemiński i Alojzy Kozłowski. Obaj byli mieszkańcami wsi, pierwszy posiadał własne gospodarstwo, a drugi był kowalem. Dzięki ich staraniom w 1910 roku w Marzęcicach powołano Oddział Samoobrony Przeciwpożarowej, który przez dwa lata ćwiczył i prowadził zbiórkę pieniędzy na profesjonalny sprzęt gaśniczy.

W Kronice OSP Marzęcice znajduje się informacja, że w pierwszych latach swojej działalności członkowie Oddziału nie dysponowali żadnym sprzętem, co nie oznacza, że w XIX wieku i prędzej takiego sprzętu tu nie było. Pewne jest to, że dopiero w 1912 roku dzięki działaniom podjętym ponownie przez Antoniego Rzemińskiego i Józefa Kozłowskiego rozpoczęto zbiórkę pieniędzy na zakup sprzętu. Zakupiono wówczas: sikawkę o ciągu konnym i dwa beczkowozy o pojemności 800 litrów. Rolę remizy na początku spełniało prywatne mieszkanie, w którym druhowie trzymali swój sprzęt. Dopiero po roku udało się wybudować oddzielny budynek, w którym przechowywano sikawkę i beczkowozy. Rok 1912, w którym udało się zakupić sprzęt umożliwiający profesjonalne gaszenie pożarów symbolicznie uznano za datę oznaczającą początek istnienia jednostki w Marzęcicach.

W okresie międzywojennym OSP w Marzęcicach brała udział w kilku akcjach gaśniczych. Jedną z większych było gaszenie zabudowań majątku w Nawrze w 1932 roku. Druhowie z Marzęcic przybyli na miejsce jako pierwsi i uratowali majątek dziedzica. Starosta nowomiejski nagrodził ich pochwałą oraz darami materialnymi w postaci: 6 hełmów bojowych, 6 toporów, 6 kompletów materiału na mundury, 2 linek ratowniczych i 2 tys. złotych.




Najstarsze zachowane zdjęcie Członków Ochotniczej Straży Pożarnej z Marzęcic. Zrobione w latach 1963 – 1967. Pierwszy rząd od lewej: Stanisław Morenc, Alojzy Kozłowski, Anastazy Płoski, ... Ochocki (prezes powiatowy Związku OSP), Jan Olszewski (naczelnik OSP w Marzęcicach), Józef Morenc, Józef Orzepowski. Drugi rząd od lewej: Władysław Kurkiewicz, Józef Zapolski, ... Tchorzewski, Franciszek Rau, Jan Płoski, Bernard Kowalski (fot. Kronika OSP Marzęcice).


W tym miejscu chciałbym się pochwalić książką o Ochotniczej Straży Pożarnej w Marzęcicach. Napisałem ją z okazji 100 lecia jednostki, które było obchodzone 28 września 2012 roku.




Kilka zdjęć z jednostki OSP w Marzecicach, zrobiłem je swoją lustrzanką cyfrową Canon 350D (więcej znajdziecie w książce):


Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Marzęcicach


Zabytkowy sprzęt. Sikawka pochodzi z pierwszej połowy XX wieku. Druhowie z OSP w Marzęcicach korzystali ze sprzętu tego typu do 1957 roku. Później otrzymali swoje pierwsze auto i weszli w nową erę koni mechanicznych












[1] Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Organizacja ta ma ogromne zasługi w obronie polskości na Ziemi Lubawskiej. W latach 1893 – 1939  „Sokół” wychowywał m.in. lubawską młodzież, „wpajał” jej hasła niepodległościowe oraz dbał o jej zdrowie i rozwój fizyczny. W czasach zaboru pruskiego był nie tylko organizacją gimnastyczną, ale także ogólnospołeczną, promującą wartości patriotyczne. Przez wiele lat była to jedyna pod zaborem pruskim i w Rzeszy Niemieckiej organizacja polska krzewiącą kulturę fizyczną. Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” wypracowało własny system gimnastyczny oraz stworzyło podstawy ruchu sportowego na Pomorzu. Poza zajęciami sportowymi „Sokół” prowadził, wśród młodzieży, akcję oświatową w duchu narodowym, a w latach poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej rozpoczął szkolenia paramilitarne, które miały przygotować młodzież do walki o niepodległość Polski.  Poza tym członkowie „Sokoła” uczestniczyli czynnie w działaniach zbrojnych w latach 1918 – 1921, szkolili przyszłe kadry administracji państwowej, policji i wojska. Sokola idea, hasła i praca wychowawczo - sportowa w okresie międzywojennym przyciągnęła szerokie rzesze polskiej młodzieży. Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” działało w zaborze pruskim i na Ziemi Lubawskiej do wybuchu drugiej wojny światowej w 1939 roku.


Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)