piątek, 31 lipca 2015

Ziemia Lubawska. Kilka faktów przydatnych dla czytelników powieści


Poniższy tekst  jest odpowiedzią na liczne pytania dotyczące granic Ziemi Lubawskiej i Ziemi Sasinów na przełomie XII i XIII w. oraz roli i zasięgu misji chrystianizacyjnej biskupa Chrystiana. Mam nadzieję, że te informacje okażą się pomocne. Myślę, że osoby czytające moją powieść wybaczą mi ten jeden artykuł, który będzie stanowił przerywnik między publikacją kolejnych rozdziałów powieści o przygodach Mojmiry i Divana. Oczywiście nie dałem rady w tym poście opisać wszystkiego ale to czego poniżej nie znajdziecie  (np. o ratowaniu przez biskupa Chrystiana pruskich dziewczynek, które miały być zabite) jest w publikowanej powieści. Wszystko razem stanowi ogromną porcję wiedzy o naszej Małej Ojczyźnie


Tak więc zaczynajmy…
W okresie wczesnego średniowiecza Kościół katolicki stosował dwa rodzaje misji chrystianizacyjnej i ewangelizacji. Pierwszą była misja indywidualna, którą stosowano w krajach śródziemnomorskich, a drugą grupowa stosowana wśród plemion germańskich, słowiańskich, ugrofińskich i bałtyjskich. Tereny Ziemi Lubawskiej, jako część Prus podlegały chrystianizacji grupowej. Polegała ona na tym, że chrzest miał znaczenie symboliczne i początkowo nie prowadził do zmiany obrządków i wierzeń pogańskich. Inaczej mówiąc Prusowie byli chrzczeni ale zarazem mogli dalej modlić się w Świętych Gajach i czcić swoje bóstwa.  Takich nowo ochrzczonych pogan nazywano neofitami[1].

        Na terenie Prus o przyjęciu nowej religii zawsze wiec na którym zbierała się starszyzna oraz wybierani przez nią władcy luksu (tzw. rijkasi). W tym miejscu należy podkreślić, że od IX wieku w Europie ścierały się dwa nurty, które były akceptowane przez Stolicę Apostolską. Pierwszy o wiele bardziej szlachetny i bliższy naukom Jezusa propagował pokojową potrzebę głoszenia Ewangelii wszystkim ludziom. Drugi zakładał, że na mocy boskich wyroków ci którzy przeszkadzają w ustanowieniu ładu chrystusowego na ziemi są skazani na potępienie i z tego powodu trzeba ich zwalczać mieczem. Idea ta stała się przyczyną organizowania wypraw krzyżowych w celu walki z niewiernymi. Według uczonych Kościoła ta druga ideologia polegająca na walce z niewiernymi usprawiedliwiała zabijanie, przemoc i grabieże[2].  

        Omawiane tereny doświadczyły obu nurtów ewangelizacyjnych. Jako dobry przykład osób, które próbowały pokojowo nawrócić Prusów na chrześcijaństwo można podać św. Wojciecha, biskupa praskiego, który w 977 roku zginął śmiercią męczeńską ponieważ wszedł do pogańskiego gaju. Należy wyjaśnić, że zarówno pruskie jak i słowiańskie tzw. „Święte Gaje” były miejscami kultu, otoczonymi ogrodzeniem. Nie wolno było w nich polować ani wycinać drzew, a każdy obcy, który wszedł na ich teren był karany śmiercią. To może usprawiedliwiać Prusów, którzy wymierzyli św. Wojciechowi karę zgodną ze swoimi wierzeniami. Kolejną pokojową akcję chrystianizacyjną podjął w 1009 roku Brunon z Kwerfurtu, który razem z zespołem misjonarzy udał się do Prus. Jego misja również się nie powiodła[3]
        Bolesław Chrobry widząc, że pokojowe wyprawy misyjne nie przynoszą pożądanego efektu zdecydował się na zmianę swojej polityki wobec Prusów. W 1015 roku podjął zbrojną wyprawę na tereny kontrolowane przez pogańskie plemiona. Opanował wówczas Ziemię Chełmińską i dotarł aż do rzeki Osy, która stanowi zachodnią granicę Ziemi Lubawskiej. Chodzi tu oczywiście o współczesne granice stworzone przez Jana Falkowskiego ponieważ pierwotna Ziemia Lubawska obejmowała tereny dookoła Lubawy. Według Jana Długosza polski król w 1015 roku wbił żelazny słup na środku rzeki, o ćwierć mili od miejscowości Rogóźno. Królewski kronikarz musiał pisać prawdę, czego dowodzi fakt, że wieś położona w tym miejscu do dnia dzisiejszego nosi nazwę Słup. Jako dowód poniżej umieszczam mapy i zdjęcia satelitarne:








Do kolejnych prusko – polskich potyczek doszło za panowania Władysława Hermana (1079 – 1102). Zarówno Słowianie jak i poganie przez cały czas ograniczali się do łupieżczych najazdów, porywania kobiet i dzieci oraz wypraw odwetowych[4].  
        Do największej fali krucjat na tereny Sasinów i Galindii doszło za panowania Bolesława Krzywoustego (1102 – 1138), który był ostatnim polskim władcą przed rozbiciem dzielnicowym. Jak prędzej wspomniałem tereny Ziemi Chełmińskiej aż do Osy zostały zdobyte przez Bolesława Chrobrego, co oznacza, że krucjaty z XI wieku odbywały się na ziemiach położonych za rzeką Osą – kontrolowanych przez plemiona Sasinów[5].

        Do pierwszej wyprawy Krzywoustego za rzekę Osę doszło na przełomie lat 1107/1108. Gall Anonim w swojej kronice zanotował, że Bolesław podczas tej krucjaty „(…) zgromadził niezmierne łupy, biorąc do niewoli mężów i kobiety, chłopów i dziewczęta, niewolników i niewolnice, niezliczone paląc budynki i mnogie wsie: z tym wszystkim wrócił bez bitwy do Polski, choć właśnie bitwy ponad wszystko pragnął”[6]. Na odwetowy atak Prusów sprzymierzonych z Pomorzanami trzeba było czekać do przełomu 1109 roku. Polacy zaatakowali ponownie zimą 1111 roku, złupili Sasinów i Galindię oraz porwali wiele osób w niewolę. Na przestrzeni kolejnych lat doszło jeszcze do wielu potyczek, które nie miały nic wspólnego z pokojowym nawracaniem bliźniego. Wręcz przeciwnie obie strony atakowały się wzajemnie jedynie w celu pozyskania niewolników i kosztowności. Według Kazimierza Grążawskiego walki do których doszło w XI i XII wieku nie spowodowały znacznego rozszerzenia chrześcijańskich wpływów na obszarze Prus, a tereny Ziemi Lubawskiej do pierwszej połowy XIII wieku pozostały pod wpływem religii pogańskiej[7].

        Najbardziej przełomowy okres dla rozwoju chrześcijaństwa na omawianych terenach przypada na lata 1209 – 1230 i wiąże się z Chrystianem, cysterskim mnichem pochodzącym z Oliwy. Chrystian skutecznie wprowadzał nową wiarę w pruskiej puszczy. Mimo jego prężnej działalności, wprowadzenia chrześcijaństwa w wielu pruskich lauksach, doprowadzenia do chrztu dwóch pruskich rijkasów Surwabuno i Warpody, Konrad mazowiecki i tak zdecydował się na sprowadzenie Krzyżaków, którzy z czasem (podstępem, wykorzystując dostanie się biskupa do pruskiej niewoli) zastąpili Chrystiana w jego ewangelizatorskiej misji. Zakon Krzyżacki bez wątpienia opierał się na drugim ze wspomnianych prędzej nurtów czego najlepszym przykładem jest zmuszanie Prusów do chrztu i tzw. nawracanie mieczem. W XIII wieku wielu pogańskich mieszkańców Ziemi Lubawskiej i okolicznej Galindii poległo w obronie swojej rodzimej wiary, a ich miejsce z czasem zajęli  osadnicy, głównie z Niemiec i Mazowsza, którzy w XIII i XIV wieku licznie przybywali na dawną ziemię Sasinów. Nowi mieszkańcy osiedlali się w pruskich folwarkach i grodach, takich jak np. Lubawa o której najstarsze podanie pochodzące z drugiej połowy XIII wieku, mówi: „(…) okolica była tu malownicza i pięknie położona, a lasy otaczały zewsząd osadę, przez którą przepływały rzeki Sandela i Jesionka (…)”. W tym miejscu należy wyjaśnić, że nie wiemy kiedy i kto wybudował Lubawę. Miasto zapewne zaczęto budować z inicjatywy biskupa Chrystiana jeszcze przed przybyciem Krzyżaków. Sama nazwa wskazuje na polskie pochodzenie miasta, co może oznaczać, że zbudowali je kupcy, którzy  wędrowali ze swoimi towarami do okolicznej  miejscowości zwanej Targowisko, w której od zamierzchłych czasów znajdowało się ogromne miejsce targowe. Targowisko było odwiedzane zarówno przez handlarzy pochodzących z terenów piastowskiej Polski jaki i z odległych krajów południowej i wschodniej Europy[8].

Ziemia Lubawska na początku XIII wieku była lauksem zamieszkiwanym przez Prusów z plemienia Sasinów, których przywódcą (rijkasem) był Surwabuno. Prusowie zapewne wierzyli, że przyjęcie chrześcijaństwa spowoduje zaprzestanie łupieżczych najazdów, zwłaszcza ze strony chrześcijańskiego księcia Konrada mazowieckiego. Surwabuno za namową biskupa Chrystiana udał się razem z Warpodą, rijkasem z Ziemi Łążyńskiej do Rzymu, gdzie papież Innocenty III 18 lutego 1216 roku w dokumencie Terra Lubouia potwierdził, że jest on prawowitym, nawróconym na chrześcijaństwo władcą tych obszarów. Dokument papieża jest pierwszym źródłem pisanym, w którym pada nazwa Ziemia Lubawska (Terra Lubouia lub terra lubawia). Misja cysterska prowadzona m.in. na terenie obszaru położonego na wschód od Drwęcy, zajętego wówczas przez ludność sasińską została przychylnie przyjęta przez większość okolicznych Prusów. Zapewne wierzono, że  przyjęcie chrześcijaństwa pozbawi stronę polską pretekstu do najazdów i wymuszania danin. Możliwe też, że okoliczna starszyzna dostrzegła w nowej religii sprawniejszy od systemu wierzeń i kultów pogańskich instrument, wspierający ewolucję polityczną społeczeństwa. Papież Innocenty III docenił działalność misyjną Chrystiana  i w 1216 roku postawił go na czelne nowo utworzonego biskupstwa pruskiego. Tym samym został on  mianowany przez „głowę” Kościoła pierwszym biskupem misyjnym dla Prus. Była to nagroda za skuteczne nawracanie Prusów na Ziemi Sasinów (Surwabuno), Warmów (Warpoda) oraz innych plemion pruskich osiadłych na prawym brzegu Wisły i w Pomezanii[9].

Biskup Chrystian otrzymał od papieża Honoriusza III (1216 – 1227) wiele przywilejów: dysponował wyłącznym prawem do udzielania zezwoleń na wchodzenie zbrojnych oddziałów do Prus, był odpowiedzialny za prowadzenie misji, nadawanie odpustów uczestnikom krucjat oraz za karanie nieposłusznych karami kościelnymi[10]. Utworzenie w 1216 roku biskupstwa pruskiego sprawiło, że Chrystian stał się panem tych ziem, a w tym i Ziemi Lubawskiej odpowiedzialnym za chrystianizację i krzewienie swojej wiary wśród pogan. W ciągu kolejnych lat władza biskupa była coraz większa. W 1218 roku otrzymał od Konrada Mazowieckiego gród Chełmno, a w 1222 roku (w którym rozpoczyna się akcja mojej powieści) ten sam książę w zamian za zgodę na wkroczenie krzyżowców (nie mylić z Zakonem krzyżackim) do Prus nadał Chrystianowi Ziemię Chełmińską w formie kasztelanii majątkowej. Biskup Prus w latach 1216 – 1218 utworzył Zakon Pruskich Rycerzy Chrystusowych zwany też Kawalerami Jezusa Chrystusa lub Braćmi dobrzyńskimi. Był to jedyny zakon rycerski, który powstał i ukształtował się na ziemiach polskich. Jego zadaniem była obrona Mazowsza,  Kujaw, Ziemi Dobrzyńskiej, Michałowskiej oraz Ziemi Lubawskiej przed najazdami plemion pruskich. W 1228 roku utworzenie zakonu zatwierdził papież Grzegorz IX,  a książę Konrad mazowiecki nadał im w posiadanie część Ziemi Dobrzyńskiej, razem z Dobrzyniem nad Wisłą.  W 1235 roku Zakon ten został wchłonięty przez Krzyżaków[11].

Od początku XIII wieku na pograniczu polsko – pruskim mnożyły się starcia zbrojne. W latach dwudziestych plemiona pruskie stały się stroną atakująca i zaczęły coraz odważniej zapuszczać się na tereny kontrolowane przez chrześcijan. (W 1222 r. nie tylko w mojej powieści ale również w rzeczywistości Prusowie zaatakowali Mazowsze i dotarli aż do Płocka). W tym samym czasie na nowo nawróconej Ziemi Lubawskiej trwały walki między ochrzczonymi Prusami,  zwanymi neofitami, a pogańską ludnością, która nie chciała odejść od rodzimej wiary. Starcia były bardzo krwawe i ostatecznie doprowadziły do zniszczenia Lubawy oraz wielu wsi niedawno lokowanych przez chrześcijańskich osadników. Wojna domowa na Ziemi Lubawskiej i coraz liczniejsze najazdy pogańskich Prusów coraz bardziej niepokoiły chrześcijańskich władców z Mazowsza. Rycerze Konrada mazowieckiego oraz zakon rycerski Braci Chrystusa nie potrafili podołać pruskim najazdom. Sytuację z tamtych lat bardzo trafnie przedstawia Kronika oliwska, w której czytamy: „W owym czasie Prusowie obelżywie napadali na ziemie chrześcijańskie (…), ogałacali je z ludności, niszczyli ogniem i zabijali mężczyzn, kobiety i dziewice bezcześcili oraz brali do wiecznej niewoli (…)[12].

 W 1226 roku  książę Konrad Mazowiecki  sprowadził na tereny Ziemi Chełmińskiej Zakon Niemiecki Najświętszej Maryi Panny – potocznie zwany Krzyżakami (Kreuzritter) lub Zakonem Krzyżackim, który miał pomóc w odparciu pruskich ataków i prowadzeniu akcji chrystianizacyjnej. Wspomniana kronika opisuje te wydarzenia następująco: „(…) książę odbywszy (…) naradę z panem Chrystianem (…) i innymi biskupami i rycerzami w swoim księstwie na skutek wieści o braciach zakonu niemieckiego, wysłał posłów do brata Hermana von Salza (…) prosząc pobożnie, aby z zakonu swego pewną liczbę braci do ziemi jego skierował celem uśmierzenia okrucieństw wspomnianych Prusów; obiecał jednocześnie, że będzie stale dobroczyńcą zakonu tych braci, których [w. mistrz] do niego skierował (...)”[13].  Krzyżacy nie potrafili odrzucić zaproszenia księcia z Mazowsza, który dodatkowo w 1228 roku oddał  im „ (…) ziemię chełmińską i lubawską prawem dziedzicznym na wieczne posiadanie, aby bronili chrześcijaństwa przeciw wspomnianym poganom (…)”. Elementem rozpoznawczym rycerzy Zakonu Krzyżackiego były czarne krzyże noszone na białym płaszczu[14].
Zakon ten był jednym z trzech, obok Joannitów i Templariuszy wielkich zakonów powstałych podczas wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej. Został utworzony w Akkon w Palestynie w 1191 roku do walki z Muzułmanami. W XIII wieku Krzyżacy przenieśli się na tereny Zachodniej Europy i próbowali stworzyć własne państwo. Do pierwszej próby doszło na Węgrzech gdzie zakon przybył na zaproszenie króla Andrzeja II w 1211 roku. Węgierski władca poprosił o obronę swoich granic przed Połowcami i nadał braciom zakonnym liczne ziemie. Krzyżacy od początku próbowali uniezależnić się od władz węgierskich i przywłaszczyć sobie tereny otrzymane od króla. Ich postępowanie z czasem zirytowało Andrzeja II, który w 1225 roku wyrzucił zakonników z Węgier[15]

Kolejna szansa na stworzenie własnego państwa pojawiła się wraz z zaproszeniem Konrada mazowieckiego. Bracia zakonu krzyżackiego po wyparciu Prusów z Ziemi Chełmińskiej od razu przystąpili do budowy własnego państwa. W latach 1230 – 1231 przekupili biskupa Chrystiana, który „(..) w zamian za dwieście pługów, pięć dworów oraz czynsz w pszenicy przekazał im wszystkie swoje posiadłości”[16] (fragment naciągany, w który osobiście wątpię).
Przejęcie dóbr i przywilejów biskupich było ostatnim krokiem zakonu, który jeszcze w 1230 roku rozpoczął krwawą akcję chrystianizacyjną, o której profesor Henryk Łowmiański w książce Prusy – Litwa - Krzyżacy napisał: „Ci misjonarze (…) odznaczali się niesłychaną bezwzględnością w postępowaniu z tubylcami i zmuszali ich do posłuszeństwa, nie cofając się przed okrutnymi środkami, budzącymi grozę nawet w niezbyt wrażliwej na fizyczne cierpienia średniowiecznej Europie”[17].



Pod panowaniem krzyżackim (1228 – 1466):
Krzyżacy do końca XIII wieku „uporali się” ze wszystkimi pogańskimi plemionami zamieszkującymi tereny Prus. Ziemie podbite przez rycerzy zakonnych były bardzo atrakcyjne dla chrześcijańskich osadników, którzy licznie przybywali i zajmowali grody strażnice oraz warownie, pozostałe po Sasinach. W okresie panowania krzyżackiego Ziemia Lubawska przeżywała duży rozwój gospodarczy. Dzięki licznym źródłom wiemy, że w tym okresie intensywnie eksploatowano zasoby leśne. Poza tym nastąpił dynamiczny rozwój rolnictwa, wzrost zamożności okolicznych mieszkańców oraz duży skok cywilizacyjny. Krzyżacy na terenie zajętej Ziemi Chełmińskiej, Ziemi Michałowskiej i Ziemi Lubawskiej, a potem całych Prus wprowadzili nowy podział administracyjny. Państwo krzyżackie zostało podzielone na komturie, zarządzane przez komturów rezydujących wraz z konwentem na warownym zamku. W Państwie Zakonu Krzyżackiego w Prusach powstała gęsta sieć warownych zamków stanowiących siedzibę dla urzędników krzyżackich. Do najbardziej znanych zamków wybudowanych w granicach ziemi lubawskiej należą: zamek w Bratianie, zamek kapituły chełmżyńskiej w Kurzętniku oraz zamek biskupi w Lubawie[18].

W XIII wieku omawiane terytorium zostało podzielone na trzy odrębne części. Pierwszą z nich był tzw. klucz biskupi z centralnym ośrodkiem w Lubawie, drugą część stanowiło wójtostwo w Nowym Mieście Lubawskim, które w 1343 roku zostało przeniesione na zamek w Bratianie, wsi położonej 4 km za miastem (na trasie Toruń – Olsztyn). Trzecią część stanowił tzw. klucz kurzętnicki zlokalizowany na zamku kapituły chełmżyńskiej w Kurzętniku[19]. Dzięki takiemu podziałowi szczególne znaczenie uzyskała Lubawa, która od 1257 roku była miastem biskupim. Na początku XIV wieku w mieście tym rozpoczęto budowę gotyckiego zamku biskupów chełmińskich. Czytelnika może zastanawiać dlaczego omawiane tereny podzielono w ten właśnie sposób, dlatego w tym miejscu postaram się to wyjaśnić.  Otóż w drugiej połowie lat trzydziestych XIII wieku trwał ostry spór o Ziemię Lubawską między rycerzami zakonu krzyżackiego a księciem Konradem mazowieckim i jego synami: Bolesławem mazowieckim i Kazimierzem kujawskim (ojcem Władysława Łokietka). Skłócone strony nie potrafiły dojść do porozumienia, dlatego o rozstrzygnięcie konfliktu poproszono w 1240 roku legata papieskiego Wilhelma z Modeny, który przyznał dwie trzecie Ziemi Lubawskiej Krzyżakom i jedną trzecią biskupowi Chrystianowi. Decyzja legata nie uwzględniała roszczeń księcia z Mazowsza, który dalej walczył o zwierzchność nad omawianym terenem. Do ostatecznej ugody doszło w 1242 roku wówczas Ziemię Lubawską podzielono na trzy równe części: dla Krzyżaków, biskupa Chrystiana i Konrada mazowieckiego. Poza tym ten sam legat 28 lipca 1243 roku podzielił Prusy na cztery diecezje pomezańską, warmińską, sambijską i chełmińską w granicach której znalazło się omawiane terytorium. Od tej pory całe Prusy stały się własnością Stolicy Apostolskiej, której reprezentantem na tych terenach miał być podlegający bezpośrednio papieżowi Zakon Krzyżacki[20].

Do kolejnego sporu o Ziemię Lubawską doszło po śmierci Chrystiana w 1245 roku. Biskup zmarł w trakcie pierwszego powstania pruskiego, które trwało od 1242 do 1249 roku. Jego następcą został Hidenryk pochodzący z zakonu dominikanów. Powstanie osłabiło Krzyżaków i spowodowało kolejny spór o przynależność Ziemi Lubawskiej. Konflikt zaostrzył się po śmierci Konrada mazowieckiego w 1248 roku, kiedy to jego syn Kazimierz kujawski zażądał części terytorium, którą otrzymał w tym samym roku.  Kilka lat później a dokładnie 16 września 1257 roku ten sam książę przybył nad Drwęcę i przekazał swoją część kapitule chełmżyńskiej rezydującej na zamku w Kurzętniku – tym samym wzmocnił on klucz kurzętnicki. Taki podział utrzymał się aż do II pokoju toruńskiego w 1466 roku[21].

Lidzbark Welski w omawianym okresie znajdował się poza granicami Ziemi Lubawskiej wytyczonymi przez prof. Jana Falkowskiego. Miasto to przez cały okres rządów krzyżackich stanowiło administracyjnie wójtostwo i wchodziło w skład komturstwa brodnickiego. Jeśli zaś chodzi o administrację kościelną to w tym wypadku Lidzbark Welski i jego okolice, tak jak Nowe Miasto Lubawskie i Lubawa należał do diecezji chełmińskiej[22].   


Podział administracyjny ziemi lubawskiej w XIV wieku
(Falkowski Jan, op. cit., s. 109)














[1] Radzimiński Andrzej, Chrystianizacje i ewangelizacja Prusów, Toruń 2008, s. 4 – 5.
[2] Grążawski Kazimierz, Ziemia lubawska na pograniczu słowiańsko – pruskim w VIII – XIII w. Studium nad rozwojem osadnictwa, Olsztyn 2009 s. 125.
[3] Radzimiński Andrzej, Kościół w Państwie Zakonu Krzyżackiego w Prusach 1243 – 1525, s. 9; Sypkowie Agnieszka i Robert, Krzyżacy podgój Prus – dzieje militarne, Warszawa 2004, s. 15; Grążawski Kazimierz, Ziemia lubawska na pograniczu słowiańsko – pruskim…, s. 127.
[4] Orłowicz Mieczysław, Ilustrowany przewodnik po województwie pomorskim, Lwów – Warszawa 1923, s. 27; Grążawski Kazimierz, Ziemia lubawska na pograniczu słowiańsko – pruskim…, s. 128 – 129.
[5] Ibidem, s. 129; Radzimiński Andrzej, Kościół w Państwie Zakonu Krzyżackiego w Prusach 1243 – 1525, Malbork 2006, s. 9.
[6] Anonim tzw. Gall, Kronika Polska, oprac. R. Grodecki, Kraków 1965, s. 24.
[7] Powierski J., Stosunki polsko – pruskie do 1230 roku, ze szczególnym uwzględnieniem roli Pomorza Gdańskiego, Toruń 1968, s. 102 – 103; Białuński G., Studia z dziejów plemion pruskich i jaćwieskich, Olsztyn 1999, s. 26; Achremczyk S., Historia Warmii i Mazur. Od pradziejów do 1945 roku, Olsztyn 1992, s. 22; Grążawski Kazimierz, Ziemia lubawska na pograniczu słowiańsko – pruskim…, s. 129 – 130.
[8] Radzimiński Andrzej, Kościół w…, s. 10; Korecki Andrzej, Historyczna Ziemia Lubawska, Drwęca, marzec 2009, s. 9; Ruczyński Teofil, Opowiadania z pogranicza, Łódź 1973, s. 15; Falkowski Jan, Ziemia Lubawska, s. 105 – 107; Grążawski Kazimierz, Ziemia lubawska na pograniczu słowiańsko – pruskim…, s. 135; Grążawski Kazimierz, Z problematyki badań nad pograniczem polsko-pruskim w dorzeczu górnej Drwęcy. Próba podsumowań i postulaty badawcze [w:] Pogranicze polsko-pruskie i krzyżackie, (II), …, Włocławek-Brodnica 2007, s. 395; Orłowicz Mieczysław, Ilustrowany przewodnik po województwie pomorskim, Lwów – Warszawa 1923, s. 27.
[9] Śliwiński Józef, Lubawa. Z dziejów miasta i okolic, Olsztyn 1982, s. 28; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika i okolic, Warszawa 2008, s. 12; Z historii dekanatu nowomiejskiego [w:] Diecezja Toruńska, historia i teraźniejszość, T. 13, dekanat nowomiejski, praca zbiorowa, pod red. Ks. Stanisława Kardasza, Toruń 1998, s. 8;
[10] Radzimiński Andrzej, Kościół w…, s. 11.
[11] Jonowska Grażyna, Józef Leliwa – Piotrowicz kronikarz ziemi lubawskiej, Pelplin 2006, s. 25; Wawrzeniuk Joanna, Ślady obrzędowości pogańskiej w wierzeniach Słowian i Bałtów w okresie średniowiecza i nowożytności [w:]   Pogranicze polsko-pruskie…, s. 354; Stanny Paweł, Kurzętnik 1410 - bitwa, której nie było, Toruń 2006, s. 61; Sliwiński Józef, Lubawa..., s. 30 ; Radzimiński Andrzej, Kościół w…, s. 11; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 15; Park Krajobrazowy Wzgórz…, s. 35; Skurzyński Piotr, Ziemia chełmińska - przewodnik turystyczny, Gdynia 2006, s. 193 – 195; Falkowski Jan, op. cit., s. 105 - 107; Łucja Okulicz – Kozaryn, Dzieje Prusów, Wrocław 1997, s. 13; Z biegiem Drwęcy…, s. 47;  http://pl.wikipedia.org/wiki/Bracia_dobrzy%C5%84scy; 19 X 2009.
[12] Podbój Prus w świetle Starszej kroniki oliwskiej [w:] Zakon krzyżacki w Prusach – wybór tekstów źródłowych, praca zbiorowa pod red. Andrzeja Radzimińskiego, Toruń 2005, s. 105.
[13] Ibidem, s. 105 – 106.
[14] Ibidem, s. 106; Orłowski Mieczysław, Ilustrowany przewodnik po województwie pomorskim, Lwów – Warszawa 1923, s. 27; Śliwiński Józef, Studia z dziejów Lubawy i okolic do 1939 roku, Olsztyn 1996, s. 22; Śliwiński Józef, Lubawa z dziejów …, s. 30; Z historii dekanatu nowomiejskiego…, s. 8; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 16; Falkowski Jan, op. cit., s. 107; Z biegiem Drwęcy…, s. 45; Wawrzeniuk Joanna, op. cit., s. 354; Biskup Marian, Zakon Krzyżacki i jego państwo nad Bałtykiem w dziejach Polski, Poznań 1966, s. 290; Nowak Zenon Humert, Granice państwa krzyżackiego w Prusach - Państwo zakonu krzyżackiego w Prusach. Podziały administracyjne i kościelne od XIII do XVI wieku, praca zbiorowa pod red. Nowaka Zenona Huberta, Toruń 2000, s. 7; Artykuł: Przybycie Krzyżaków. Początek podboju Prus - http://www.rycerze.org/krzyacy/30-przybycie-krzyakow, 20 X 2009; Artykuł: Chrystian, Biskup Prus. Problemy ochrony pogranicza Polsko – Pruskiego - http://www.rycerze.org/krzyacy/29-chrystian-biskup-prus, 20 X 2009.
[15] Sypkowie Agnieszka i Robert, op. cit., s. 28; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 16; Iwicki Stefan, Pojezierze Brodnickie, Bydgoszcz 1985, s. 3-5; Hartmut Boockman, Zakon Krzyżacki, Gdańsk – Warszawa 2004, s. 21; Biskup Marian, Zakon Krzyżacki i jego państwo nad Bałtykiem w dziejach Polski, Poznań 1966, s. 290; Orłowski Mieczysław, Ilustrowany przewodnik…, s. s. 27 – 28.
[16] Wójcik Rafał, Dokument nr. 8 [w:] Zakon krzyżacki w Prusach – wybór tekstów źródłowych, praca zbiorowa pod red. Andrzeja Radzimińskiego, Toruń 2005, s. 31; Radzimiński Andrzej, Kościół w…, s. 12.
[17] Stanny Paweł, op. cit., s. 61 – 62; Łucja Okulicz – Kozaryn, Dzieje Prusów, s. 242; Falkowski Jan, Ziemia Lubawska., s. 95; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 15-16; Biskup Marian, op. cit., s. 293.
[18] Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 58; Sypkowie Agnieszka i Robert, op. cit., s. 42;  Ulatowski Stanisław, Twarzą w twarz, Gazeta Nowomiejska, 25.09 - 1.10.2009, s. 2;  Hartmut Boockman, op. cit., s. 69.
[19] Więcej szczegółów na temat średniowiecznego podziału ziemi lubawskiej oraz zamków umieściłem w podrozdziale architektura obronna – rozdział III (Kultura).
[20] Wilhelm z Modeny, legat papieski, dokonuje podziału Prus i ziemi chełmińskiej na cztery diecezje: chełmińską, pomezańską, warmińską i sambijską [w:] Zakon krzyżacki w Prusach – wybór tekstów źródłowych, praca zbiorowa pod red. Andrzeja Radzimińskiego, Toruń 2005, s. 61;  Falkowski Jan, op. cit., s. 108 - 109; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 18 – 19; Korecki Andrzej, Historyczna …, s. 9; Sypkowie Agnieszka i Robert, op. cit., s. 42; Śliwiński Józef, Lubawa z dziejów…, s. 3 – 33; ; Z historii dekanatu nowomiejskiego…, s. 8 – 9; Grabowski Stanisław, W cieniu bratiańskiego…, s. 20.
[21] Ruczyński Teofil, Opowiadania…, s. 16; Falkowski Jan, op. cit., s. 108; Grabowski Stanisław, Z dziejów Kurzętnika…, s. 18 – 19.
[22] Klemens Edward, Lidzbark Welski. Z dziejów miasta i okolic, Pojezierze 1976, s. 13.

czwartek, 30 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 4 W LUBAWIE)

     
Na wstępie chciałbym podziękować wszystkim, którzy okazali zainteresowanie moją powieścią. Nie sądziłem, że spodoba się ona tak wielu osobom. Dziękują Wam za tak dużo fajnych maili. 

Pozdrawiam wszystkich czytelników oraz wszystkie czytelniczki :)
  



ROZDZIAŁ 4 W LUBAWIE

         Król ptaków rozpostarł swe skrzydła i wzbił się do lotu. Dumnie przeleciał nad Lubawą, a dokładniej nad wielkim placem budowy. Orzeł spojrzał w locie na krzątających się na dole ludzi. Obserwował narodziny nowego ładu, budowę miasta oraz lokowanie wsi kilka kilometrów dalej. Widział pruskie małe „krainki” zwane lauksami, które do niedawna były w pełni pogańskie. Lauksy, czyli obszary z rozsianymi ufortyfikowanymi gospodarstwami oraz warownym grodem obecnie przeżywały wielkie zmiany. W wielu z nich obok grodów wyrastały wsie zakładane przez chrześcijańskich osadników, Prusowie, z których wielu mimo przyjęcia chrztu modliło się do dawnych bogów w Świętych Gajach musieli żyć wspólnie z chrześcijanami, dla których pogańskie wierzenia były czymś obcym i tajemniczym.
            Jakże spokojny był jego lot. Król latający po niebie w przeciwieństwie do ludzi stąpających po ziemi nie miał trosk, nie musiał się przejmować tyloma rzeczami. Jego powinnością było polowanie, najlepiej na ryby, których w licznych jeziorach obecnych w pruskiej puszczy było pod dostatkiem. Zdobycie pokarmu i dumne latanie po niebie wydawało się być dla niego sensem życia. Inaczej było z ludźmi, którzy borykali się z wieloma problemami. Dla orła to był tylko lot, przeleciał spokojnie nad Lubawą i popędził na wschód. Im dalej zmierzał tym bardziej krajobraz się zmieniał. Obszary, na których karczowano lasy, „zabijano” puszczę i lokowano wsie były coraz rzadsze. Ostatnie znajdowały się przy ogromnej górze zwanej Górą Dylewską. Dalej rozciągała się wschodnia część Ziemi Sasinów, do której chrześcijaństwo jeszcze nie dotarło. Tam tak jak dawniej puszcza była gęsta, a drzewa wycinano tylko w ostateczności pozostawiając kawałek pnia z korzeniami z szacunku dla dusz mieszkających w drzewie. Tamtejsza ludność po staremu czciła naturę i wierzyła w bóstwa posiadające różne imiona. Ważnym bogiem był dla nich Patrīmpus władający magią oraz Pikuls lub Patollus będący bogiem śmierci. Ogromne znaczenie miał też bóg błyskawic Perkūnas oraz bogini Kurke (Kurche).
            My jednak nie będziemy dalej śledzić lotu niebiańskiego króla. Powrócimy teraz na ziemię, gdzie toczy się akcja naszej powieści.

            Brama przez, którą wjeżdżali do miasta była już ukończona. Stały jeszcze przy niej, co prawda rusztowania, jednak wydawało się, że wszystko jest już na swoim miejscu. Opuszczana krata była podniesiona, most zwodzony opuszczony nad, póki, co jeszcze suchą fosą, a dokładniej fragmentem fosy, który w tej części miasta był już wykopany. Jednak droga do całkowitego zakończenia budowy miejskich fortyfikacji była jeszcze daleka. W wielu miejscach drewniana palisada nie została jeszcze wzniesiona, a rów, który w przyszłości zostanie wypełniony wodą okrążającą miasto nie był jeszcze wykopany we wschodniej i południowej części miasta. W Lubawie znajdowało się kilka studni oraz już w pełni zbudowany browar, który wykorzystywał z nich wodę. Dzięki temu Prusowie mogli poznać smak piwa trunku, który dla Słowian [Polaków] ma wyjątkowe znaczenie.
Kiedy Surwabuno razem ze swoimi wojami wjechał między błotniste ulice Lubawy nakazał kilku zbrojnym utorować ścieżkę przez ludzką ciżbę. Pokrzykiwali i poganiali konie, niemalże gotowi stratować każdego, kto w porę nie ustąpi z drogi. Tłumy schodziły na boki, niektórzy nieśmiało rzucali przelotne spojrzenia, nikogo nie dziwili konni jeźdźcy, piesi wojownicy oraz niewolnicy. Taki widok mieszkańcy średniowiecznych miejscowości obserwowali często i uznawali za coś naturalnego.
            Mojmira z uwagą obserwowała ludzi kłębiących się na targowisku. Osoby ubrane w zwykłe, najtańsze stroje i obuwie oraz bogato wyglądające kaftany i płaszcze chodziły od jednego kramu kupieckiego do drugiego. Wielu szczególnie na przedmieściach, czyli przed murami Lubawy oraz w samym mieście paradowało w obszarpanych ubraniach. Na drogie stroje mogli sobie pozwolić nieliczni. Ulice miasta tętniły jednak życiem, a stragany były wypełnione różnymi towarami. Liczni kupcy zachwalali swoje towary, właściciele kramów kupieckich namawiali przechodniów, aby kupili wyroby ułożone na stołach. Mojmira dostrzegła wśród tłumu wielu sprzedawców owoców, ostrzycieli noży, rzeźników, bartników i wielu innych mężczyzn i kobiet oferujących swoje usługi albo towary. Lubawa podobnie jak inne średniowieczne miasta tętniła życiem. Na ulicach dało się dostrzec wędrownych artystów, bardów, minstreli, ludzi grających na harfach i fletach, którzy wykonywali akrobacje lub żonglowali.
            - Froum lubovie, tak przybysze z kraju Polan nazywają ten targ, powiedział nagle Divan. Znajdziesz tu handlarzy z całych Prus oraz z kraju Brytów, Wikingów, Mazowsza, a nawet z kraju Ślężan i z miasta króla Kraka. Kiedyś wielu z nich z nami walczyło, a dziś dzięki biskupowi Chrystianowi budują nam miasto i sprzedają u nas swoje rzemieślnicze wyroby. Niestety nad rzeką Drwęcą oraz na północy w Pomezanii i we wschodniej Sasinii oraz Galindii żyje jeszcze wielu Prusów, którzy trwają przy starych wierzeniach. Kto wie, może kiedy tu przybędą i ujrzą rozrastającą się Lubawę to wówczas sami zechcą się zmienić?
            - Myślę, że marzenie twojego władcy się spełni. Biskup Chrystian faktycznie buduje wam piękne miasto. Odpowiedziała Mojmira.
            - Oczy córki handlarza natychmiast zaczęły wędrować od jednego stoiska kupieckiego do drugiego. Niedaleko niej jakiś Prus sprzedawał biżuterię wykonaną z bursztynu. Miał też na sprzedaż sam bursztyn, który w kraju Polan uważano za jeden z największych skarbów ziem pruskich znajdujących się nad Morzem Bałtyckim - najwięcej można go było znaleźć na półwyspie Sambijskim [obecnie obwód kaliningradzki].

            [ Jako autor chciałbym w tym miejscu dopowiedzieć ci szanowny czytelniku, że wyprawy do Prus po bursztyn organizowano od czasów starożytnego Rzymu, a może i jeszcze prędzej. Znawcy tematu znają historię o "bursztynowych igrzyskach" zorganizowanych przez cesarza Nerona w I w. n.e. Bursztyn bałtycki, czyli zastygłą w głębi morskiej przed milionami lat kopalną żywicę drzew iglastych znano i ceniono również w Helladzie, Arabii, Egipcie oraz Persji. Rzymianie kochający luksus i bogactwo często próbowali zdobyć ten "skarb Bałtyku". Z jego powodu Prusów często napadali Wikingowie oraz Brytowie i Polanie. Już w I w. n.e. na Ziemi Sasinów przecinały się dwa szlaki bursztynowe: rzymski i wołyński. Pierwszy wiódł do Italii, a drugi do Arabii, Egiptu, a od VII wieku do "świata Islamu". Pierwszym z nich zagraniczni kupcy podążali po bursztyn nad Bałtyk, a drugim od ujścia Wisły przez Wołyń nad Morze Czarne.
            Spośród licznych archeologicznych znalezisk (np.: naszyjnik z monet arabskich w Sambii; rzymskie naczynia z II i III wieku n.e.; srebrne perskie monety z VI i VII w. n.e.; liczne kolie bursztynowe i naszyjniki) chciałbym przybliżyć kilka z Ziemi Lubawskiej dowodzących obecności Rzymian na tych terenach. Mam na myśli m.in. skarb składający się z 1134 monet rzymskich z lat 54 – 211 n.e. znaleziony w 1740 roku we wsi Gierłoż (gm. Lubawa) położonej nad rzeką Gizelą, która kiedyś przepływała przez jeden z pruskich lauksów. Innym dowodem dalekosiężnych kontaktów handlowych jest pierścień ze złota wykopany pod Byszwałdem (gm. Lubawa), srebrny naszyjnik znaleziony w Rybnie Lubawskim oraz dwie monety rzymskie znalezione w Łąkorzu, wsi położonej w powiecie nowomiejskim, w gminie Biskupiec. Monety przedstawiają Antoniusza Piusa władającego Imperium Rzymskim w latach 131 – 161 n.e. oraz jego żonę Faustynę, zmarłą w 141 roku. ]

            Mojmira długo wpatrywała się w stoisko z bursztynem, gdyby nie więzy to zapewne podeszła by bliżej pooglądać bursztynową biżuterię. Później dostrzegła kolejnego kupca sprzedającego futra oraz kaftany z upolowanej, w pruskiej puszczy zwierzyny, zauważyła, że jego oferta jest dość szeroka - niedźwiedź, lis, wilk, tur, żubr, łoś, bóbr, dziki koń i wiele innych skór z większej i z drobnej zwierzyny. Na kolejnym stanowisku ktoś sprzedawał koninę - pruski przysmak, a na jeszcze innym chleby, z wypieków, których Prusowie byli znani i cenieni.
            Kolejne stoisko było z bronią - miecze i włócznie oraz pruskie tarcze, które miejscowi nazywają pawężami. Hełmy stożkowe, sztylety i kolczugi. Tuż obok ktoś miał kolejne stanowisko ze zwierzęcymi skórami, ale wyglądającymi inaczej - czy to skóry z Rusi? Zastanawiała się. Dalsze stoiska były już "typowo pruskie", ponieważ oferowały to, czego tutejszym nigdy nie brakowało, czyli wyroby wełniane oraz lniane. Mojmira zauważyła, że wielu pruskich mężczyzn lubi nosić odzież wełnianą, a kobiety stroje lniane.

            [ Ubraniami noszonymi przez Prusów były m.in. kaftany, płaszcze, koszule, futrzane czapki i spodnie zwane lagno. ]

            Tak duże targi Mojmira widziała w Krakowie, Gnieźnie i Płocku. Nie spodziewała się jednak, że ujrzy na własne oczy targ i miasto w kraju Prusów. Stoisk, handlarzy i kupców było tu wiele. Nie brakowało jubilerów, krawców, szewców, kartografów, cieśli, garncarzy, tkaczek, wytwórców łuków, wapienników, piekarzy, piwowarów, kuśnierzy. Niedaleko targu stały dwie karczmy, w których Polanie oferowali piwo, a Prusowie jakiś swój mleczny alkoholowy trunek [kumys]. Miasto żyło, a ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu byli wrogami teraz wspólnie budowali miejskie fortyfikacje, handlowali i wyglądali na zadowolonych. Mojmira wiedziała jednak, że są to tylko pozory. Wielu z nich zmuszono do zrezygnowania z religii przodków, inni żyli w Lubawie, ale dalej trwali przy dawnych wierzeniach. Dziewczyna podejrzewała, że jest jeszcze wielu Prusów, którzy podobnie jak ci z Pikowej Góry pragną walczyć z chrześcijanami i wypędzić ich ze swoich ziem.
            Oczy Mojmiry wędrowały z podziwem po miejskich zabudowaniach. Teraz zatrzymały się na szkole parafialnej. Dziewczyna widziała już takie przy kościołach w innych miastach. Pruskie i Słowiańskie dzieci uczy się w nich śpiewu, łaciny, pisania, czytania, a czasem arytmetyki i stylistyki, czyli umiejętności pisania listów, testamentów, zleceń. Ona, jako córka kupca również potrafiła rachować, czytać i pisać. Wielu kupców w kantorach uczyło swoje dzieci pisania i rachowania. Kupiec, który nie potrafił liczyć nie miał szans przetrwać w tej branży. Inaczej było z kupcami, którzy potrafili rachować (liczyć) ale nie posiedli umiejętności pisania i czytania. Musieli oni korzystać z pomocy osób, które pisały zamiast nich listy i inne wymagane w zawodzie kupca pisma - najczęściej usługi tłumaczy odpłatnie oferowali duchowni.

            - Nagle Divan spojrzał w jej zielone oczy jakby się nad czymś zastanawiał, ostatecznie jednak się do niej nie odezwał. W międzyczasie w mowie pruskiej przemówił do wszystkich Surwabuno:
            - Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo nad Pikową Górą, coraz mniej grodów w zachodniej Sasinii wyznaje wiarę w starych bogów, jeszcze kilka zwycięskich wypraw i opanujemy wszystkie lauksy, aż po rzekę Osę. Poprzedniej wiosny dołączył do nas Gryźlin, którego biskup Chrystian ochrzcił osobiście - Surwabuno wypowiadając te słowa wskazał gestem na potężnie zbudowanego Prusa o imieniu Gryźlin - niestety wojownicy z Góry Pikowej nie mieli tyle rozsądku i woleli zginąć w walce. Teraz powróćcie na swoje gospodarstwa, do swoich lauksów, sprzedajcie na targu niewolników, albo zabierzcie ich ze sobą, cieszcie się zdobytymi łupami i czekajcie na moje kolejne wezwanie.
            Po tych słowach wszyscy zaczęli się rozchodzić. Surwabuno z kilkoma przybocznymi ruszył w stronę grodu odpocząć po ciężkiej wyprawie. Inni, łącznie z Divanem i Mojmirą ruszyli w stronę stajni, w których prędzej zostawili konie. Zabudowania dla koni znajdowały się daleko od froum lubovie, przy bramie południowej.
            - Oczy Mojmiry zwróciły się w stronę związanych jeńców, były wśród nich płaczące kobiety i dzieci. Prusowie prowadzili wszystkich w jedno miejsce.
              - Gdzie oni ich prowadzą? Zapytała.
       - Tam, gdzie my też się udamy, na targ niewolników, znajdujący się za miastem odpowiedział Divan.
            - W oczach dziewczyny pojawiły się łzy, chciała uciec ale jej ręce cały czas były związane z przodu krótszym sznurkiem, a dłuższy Divan prędzej przewiązał dookoła jej pasa aby mógł ją za sobą prowadzić.
            - Mojmira po zapachu wiedziała, że zbliżają się do miejsca, w którym prędzej zostawili konie. Zbudowana kilka metrów na zachód od stajni garbarnia wytwarzała nieprzyjemny, wręcz ohydny smród.
            - Pewnie dlatego zbudowali te budynki z drugiej strony miasta, daleko od targu, kościoła i ratusza - Mojmira sama się zastanawiała dlaczego w takiej sytuacji w jej głowie rodzą się rozmyślania o tak błahych sprawach.
            - Kiedy zbliżali się na miejsce mężczyźni przy garbarni zaczęli patrzeć w ich stronę. Mojmira czuła, że wzbudziła ich ciekawość, może nawet współczucie?
            - Ona również ze łzami w oczach patrzyła w ich stronę. Warsztat garbarza znajdował się na podwórku obok obdrapanego domu i składu. Po podwórzu, między budynkami biegał pies.  Garbarz siedział i czyścił skórę - była to robota brudna i cuchnąca. Drugi mężczyzna z koszykiem i kosturem podróżnym siedział na pieńku obok rzemieślnika i pokazywał mu jakieś karciane sztuczki - o czym świadczyła rozsypana obok niego talia kart.
            - Może to jakiś podróżny minstrel albo bard? Mojmira doszła do wniosku, że to musi być jakiś wędrowny artysta, który robi sztuczki, opowiada historie, śpiewa i zabawia gawiedź oraz możnych. Nie miała zbyt wiele czasu na zastanawianie się, kim jest ów wędrowiec, ponieważ po chwili siedziała już z Divanem na koniu i jechała w nieznane.

            Targ niewolników, kilka kilometrów za miastem, wyglądał inaczej niż froum lubovie. Na środku stało drewniane podwyższenie, na którym przywiązywano do pala niewolnika albo niewolnicę. Zebrani Wikingowie, Brytowie, Polanie, Sasi, Normani, przybysze z dalekiej Italii i z Egiptu oraz członkowie różnych pruskich krain między innymi Natangowie i Warmowie, prześcigali się właśnie w licytowaniu młodej dziewczyny o skandynawskich rysach twarzy. Jej jasna cera, błękitne oczy oraz długie, jasne włosy zapewne urzekały większość zebranych. Dziewczyna stała jakby zamroczona. Musiała pochodzić z dobrego domu. Na pewno nie była to córka skandynawskiego chłopa, lecz kogoś bardziej zamożnego. Poparciem tych domysłów był jej strój: nosiła suknię wykonaną z tkaniny wyglądającej na drogą, tkanina przylegająca w górnej części do bioder opadała poniżej luźno licznymi fałdami ku ziemi. Jej obuwie, pasek oraz nakrycie głowy również świadczyły o zamożności. Poza tym na prawym nadgarstku nosiła szeroką bransoletę, której jej zapewne nie zabrano, bo chciano podkreślić jej wysokie pochodzenie i uzyskać wyższą cenę.
            Mojmira zawsze ze współczuciem obserwowała kobiety, mężczyzn i dzieci, którymi handlowano jak każdym innym towarem. Jedni, ze związanymi sznurem rękoma, inni zakuci w gąsior, dyby lub łańcuchy, a jeszcze inni przetrzymywani w stojących lub wiszących klatkach, wycieńczeni, ze spojrzeniem, w którym ciężko było dostrzec coś pozytywnego. Ich rysy twarzy były różne po jednych było widać, że pochodzą z dalekiej północy, Jutlandii albo nawet zza morza. Natomiast inni wręcz przeciwnie przypominali Polan albo Rusinów. Byli też tacy, którzy wyglądali tak dziwnie, tajemniczo. Mojmira nie potrafiła rozszyfrować ich pochodzenia. Potencjalni kupcy licytowali się, kto da więcej, a właściciele opowiadali o walorach sprzedawanych niewolników - silny, pracowity, kobieta potrafi gotować, szyć i jest posłuszna. Towary, czyli ludzi kupowano za pieniądze bądź wymieniano je na inne towary. Tak wyglądały targi niewolników, które razem z ojcem spotykała - rzadziej w Europie Zachodniej i częściej w kraju Polan. Natomiast w kraju Prusów podobnie jak w krajach muzułmańskich niewolnictwo było bardzo powszechne, a targi niewolników liczne.

            - Mojmira obserwowała licytację dziewczyny o skandynawskich rysach twarzy ze współczuciem. To nie jest moja pierwsza wizyta na targu niewolników, ale niewolnicą jestem po raz pierwszy, pomyślała ze strachem.
            Wrzaski nagle ustały, okazało się, że dziewczę kupił jakiś możny, ubrany w drogie obuwie oraz szaty, z których najbardziej rzucał się w oczy pourpoint z wężowej skóry. Strój tego typu był rzadkością na tych terenach. Możny ten prawdopodobnie przybył tu z jednego z zamorskich krajów, wysiadł w jednej z nadmorskich pruskich albo wikińskich osad np. w Sambii i udał się w głąb lądu. Tak zapewne trafił na targ niewolników za Lubawą. Możliwe też, że dostał się tu poprzez Gdańsk i ziemie pruskich plemion Pomezan lub Pogezan.
            - Mojmira, przestała patrzeć na smutną dziewczynę, którą właśnie zabierał jej nowy właściciel. Dziewczyna postanowiła rozejrzeć się dokładniej po targu: jej oczy zatrzymały się chwilę na stojących w znacznej odległości od niej i Divana Prusach, z którymi przybyła do Lubawy. Pilnowali oni niewolników schwytanych przy Pikowej Górze - zapewne czekają na swoją kolej, aby ich sprzedać - Pomyślała dziewczyna. Po chwili spojrzała na swoje więzy, a potem na stojącego po jej prawej stronie Divana - on patrzył na kolejnego niewolnika wprowadzonego właśnie na podwyższenie - i po raz kolejny uświadomiła sobie, że zapewne ją czeka taki sam los.
            - Po chwili jednak rozwiała negatywne myśli i zaczęła się przyglądać młodej dziewczynie zamkniętej w klatce, która stała na ziemi. Kilka razy widziała na targach niewolników ludzi zamkniętych w klatkach, które stały na ziemi albo nad nią wisiały. Mimo tego nie potrafiła oderwać oczu od tej dziewczyny. Tak jakby coś w niej ją przyciągało.

            - W umyśle Divana trwał prawdziwy spór - jest młoda, ma najwyżej 20 lat, i do tego jest ładna. Uzyskałbym za nią pokaźną sumę. Są tu kupcy z różnych krain, możliwe, że zapłacą mi monetami arabskimi, albo weneckimi cekinami - z drugiej strony zapłata "po staremu" w towarze też by była miła, przydałby mi się nowy kaftan, może nawet ktoś zapłaci mi za dziewczynę przeszywanicą z kolczugą? Kolczuga wykonana z drobnych stalowych kółek oraz nowa przeszywanica, gdybym takie miał to nie musiałbym się obawiać ciosów zadawanych mieczem. Kto wie może nawet Rayde ze swoim toporem nie byłby w stanie mnie zranić! Te zwierzęce skóry są coraz mniej skuteczne i słabsze od pancerzy chrześcijańskich rycerzy z Mazowsza.
            - Divan nagle przerwał swoje rozmyślanie i skierował ponownie oczy na stojącą obok niego dziewczynę. Ona akurat nie zwracała na niego uwagi, on jednak, po raz kolejny, zaczął uważnie się jej przyglądać. Faktycznie jest ładna, te jej zielone oczy i długie czarne włosy. To jak zachowywała się od naszego pierwszego spotkania, na pewno bardzo się boi, a jednak stara się ukrywać ten strach. Jest ubrana jak zamożniejsi kupcy, a raczej była, bo obecnie jej płaszcz jest podarty, brudny i do tego śmierdzi. Prusowie z Pikowej Góry jej go nie zabrali, więc pewnie podarł się prędzej już podczas pojmania. Divan nagle uświadomił sobie, że wzrok dziewczyny jest skupiony na czymś, co znajduje się za jego plecami.
            - Na co tak patrzysz?  Zapytał nagle.
            - Mojmira aż drgnęła zaskoczona pytaniem. Patrzę na tamtą dziewczynkę, zamkniętą w klatce. Wygląda na przerażoną, jest młoda, ma najwyżej dziesięć lat. Co się z nią stanie?
            - Divan usłyszawszy jej słowa poczuł się dziwnie. Ta dziewczyna powinna martwić się o siebie. Jak ona może w takiej sytuacji myśleć o innych? Potem przypomniał sobie o naukach, które pobierał w Rzymie u ojca Tomasza, o Ewangelii, którą tłumaczył mu on ustnie z łaciny na zrozumiały dla niego język. Te wszystkie opowieści o byciu dobrym, przykazania, nauki. Zasady obowiązujące w nowej religii, które kłębiły się w jego głowie były bardzo dziwne, nowe, obce, tajemnicze i zupełnie inne od rodzimych wierzeń.
- Po chwili przypomniał sobie dokładnie ostatnią z lekcji, jakie pobierał w 1216 roku w Rzymie u ojca Tomasza:


- Więc do niedawna wierzyliście w wielu bogów? Zapytał Tomasz.
- Tak, mamy Święte Gaje, w których składamy bogom ofiary.
- Czy ofiary z ludzi też składacie?
- Tak, takie ofiary również są wymagane przez bogów.
- Wasi bogowie są okrutni - mówił ojciec Tomasz - Jezus, Bóg Wszechmogący każe nam się wzajemnie szanować. Ofiary z ludzi by go tylko rozgniewały. Dla Niego najlepszą ofiarą jest bycie dobrym człowiekiem i wykonywanie Jego przykazań.
- Wierzycie w zbawienie? Co się z wami dzieje po śmierci, wiesz, czym jest Piekło, Niebo, Raj?
- Wierzymy - mówił Divan - w wędrówkę dusz, nasze dusze po śmierci opuszczają ciało i wcielają się w drzewa, dusze męskie w dęby, a kobiece w lipy. Dusze mieszkają we wszystkich roślinach i  zwierzętach. Później dusza odradza się jako jeden z naszych dalekich krewnych. Końcem wędrówki duszy, którego doświadczają tylko najodważniejsi i najbardziej waleczni Prusowie jest podziemny raj bogini Kurke [Kurche], do którego wchodzi się przez dziewięć bram.
- Ojciec Tomasz po chwili namysłu odpowiedział. I do tego raju idą najodważniejsi i najbardziej waleczni? A co z tymi, którzy są słabi albo chorowici? A co z dziećmi, które giną za młodu? Co z kobietami, które umierają rodząc dzieci?
- Divan, nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć stwierdził tylko, że na szacunek bogów zasługują najsilniejsi.
- A ja ci powiadam, że Bóg jest jeden i kocha wszystkich, a Raj jest w Niebie, a nie pod ziemią. I po śmierci dusza się nigdzie nie odradza albo idziesz do Piekła, ponieważ byłeś złym człowiekiem, albo byłeś dobry i pójdziesz do Nieba. Jeśli ktoś był bogaty i waleczny, ale zabijał dla przyjemności, a nie w obronie własnej, walczył, choć nie musiał, gwałcił i plądrował to taka osoba choćby była bardzo silna i budziła strach nie zostanie przez Boga wpuszczona do Raju. Bóg prędzej wpuści tam żebraka, który przez całe życie nikogo nie skrzywdził.
- Divan, wstrząśnięty odpowiedział: żebrak byłby dla Boga ważniejszy od wojownika?
- Dla Boga liczą się twoje uczynki, a nie wielkość miecza i zawartość sakiewki, Bóg patrzy na twoje serce, na to co myślisz, na to jak traktujesz innych.
- Pamiętaj o jednym. Skoro przyjąłeś chrzest i jesteś już jednym z nas to dam ci radę: będziesz oglądał w swoim życiu wiele okrucieństw, część z twojego ludu zapewne stawi zbrojny opór przeciwko nam chrześcijanom, zabili Wojciecha i innych misjonarzy, więc będą również prześladować ciebie, tobie podobnych i biskupa Chrystiana. Pamiętaj, że w chwili zwątpienia, powinieneś zawsze kierować się tym, co czujesz w sercu. Jeśli serce podpowiada ci, że coś jest złe to nie rób tego, nawet, jeśli będzie to niezgodne z tym, co nakazują ci władcy. Zawsze kieruj się swoim wnętrzem. I pamiętaj, że jeśli kiedyś pojawią się ludzie, którzy będą  się uważać za ludzi wiary, za chrześcijan, a zamiast miłością będą nawracali Prusów mieczem i przemocą, pamiętaj wówczas żeby nigdy nie stawać po ich stronie. Przemocą nigdy nikogo szczerze nie nawrócisz.
- Po wypowiedzeniu tych słów ojciec Tomasz dał mi prezent, powiedział, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Tym prezentem był miecz z tajemniczymi znakami i zdobieniami. Prosiłem go o dalsze nauki, tłumaczyłem, że jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem. Lecz on odrzekł mi, że w przyszłości wszystko zrozumiem.
- Kiedy kolejnego dnia przyszedłem na miejsce naszych spotkań zastałem, tak jak każdego dnia, mały kościółek, jednak pomieszczenie w którym mieściła się pracownia ojca Tomasza było puste. Próbowałem o niego pytać jednak nikt go nie znał, nikt o nim nie słyszał...


            - Divan nagle się ocknął ze wspomnień, znowu był na targu niewolników. Po chwili zauważył wikinga zbliżającego się do klatki z dziewczyną.
         Wikingowie byli groźnymi wojownikami z ziem skandynawskich położonych za Morzem Bałtyckim. Budzili strach wśród wielu ludów, byli uzbrojeni w potężne miecze, często z dekoracjami, niektórzy z nich władali włócznią bądź toporem. Wiking zbliżający się do klatki z dziewczyną miał kolczugę i zdobiony miecz, co dowodziło jego wysokiego statusu. Otworzył klatkę i złapał dziewczynę za włosy. Dziewczyna płakała, próbowała bronić się swoimi drobnymi rękami jednak w starciu z potężnie zbudowanym wojownikiem nie miała żadnych szans. Takie sceny na targu niewolników były czymś normalnym, dlatego poza Mojmirą i Divanem, niewiele osób patrzyło w stronę klatki.
            - Nagle zirytowany wiking uderzył pięścią dziewczynę w brzuch. Krzyczał na nią w swoim języku, następnie złapał swoją ogromną ręką jej gardło i podniósł do góry.
            - On ją udusi pomyślała Mojmira, z jej oczu popłynęła mała łza, łza poświęcona tej młodziutkiej dziewczynie. Chciała, chociaż w ten sposób okazać jej współczucie. Wiem, że nie jestem w stanie jej pomóc, sama zapewne jeszcze dziś zostanę sprzedana, może mnie też ktoś będzie bił.
            - Mojmira stała pogodzona już z tym, że za chwilę ujrzy, jak wiking na śmierć zatłucze nieszczęśniczkę. Postanowiła, że do końca będzie patrzyła, że przynajmniej ona nie będzie obojętna na to, co się z nią dzieje. Uprowadzona, zapewne gdzieś w dalekiej krainie - z wyglądu nie przypominała ani Prusów ani tym bardziej Polan, stąd domysł, że jest z daleka - i następnie przywieziona na targ niewolników. Mojmira kątem oka zauważyła, że Divan również spogląda na katowaną dziewczynkę. Ciekawe, o czym on teraz myśli? Pozostałe osoby obecne na targu niewolników nie przejmowały się pospolitymi wydarzeniami tego typu, do których często dochodziło.
         - Mojmira ponownie spojrzała w stronę klatki i nagle zobaczyła nie dwie, ale trzy postacie: wikinga, duszoną - jedną ręką - dziesięciolatkę i Divana! Kiedy on tam dotarł? Przecież przed chwilą stał obok mnie pomyślała przerażona.
        - Po co on tam pobiegł? Czy chce kupić tę dziewczynkę od wikinga?
            - Zbliżywszy się Mojmira spostrzegła, że Divan próbuje się porozumieć z przybyszem, który dalej trzymał w powietrzu za szyję, jedną ręką, biedną przerażoną dziewczynkę.
            - Wiking spojrzał ze złością na Prusa.
         - Tak jednak chce ją kupić - stwierdziła - widząc jak Divan łapie za swoją sakiewkę z pieniędzmi, którą nosił przypiętą do pasa. Wiking bardzo się zdziwił, jednak gestem ręki odprawił Divana.
            - To już koniec pomyślała Mojmira.
            - Wiking wyciągnął mały sztylet.
          - On ją zabije, jednak wszędzie jest tak samo, słabi giną z ręki silnych. Mojmira po raz kolejny zdała sobie sprawę, że wypowiedziała swoje myśli głośno, poza tym podeszła tak blisko całego zajścia, że zapewne słyszała ją cała trójka - oczywiście jeśli dziewczyna była w stanie jeszcze coś słyszeć, a wiking rozumiał jej język.
            - "...jednak wszędzie jest tak samo, słabi giną z ręki silnych" Divan słysząc te słowa po raz kolejny poczuł wewnątrz siebie to dziwne uczucie.
            Ręka wikinga tymczasem razem ze sztyletem zmierzała w stronę jego własności, czyli duszonej dziewczyny. Nagle cały tłum spojrzał w stronę klatki, w jednej chwili wszyscy zaczęli się interesować tym co się tam dzieje.
            - Mojmira również patrzyła z przejęciem i nie wierzyła własnym oczom.
            Divan najpierw złapał wikinga za nadgarstek prawej ręki, ścisnął tak mocno, że ten wypuścił sztylet. Rozzłoszczony wiking rzucił dziewczyną w Prusa z całych sił. Divan się tego spodziewał i złapał ją. Jego ruchy zrobiły wrażenie na ludziach obserwujących całe zajście. Podszedł do Mojmiry, trzymając na rękach zapłakaną, pobitą, przerażoną i nie mającą pojęcia, co się dzieje dziewczynkę. Następnie położył ją na ziemi - z bólu nie potrafiła ustać na nogach - i wyjął sztylet, którym przeciął więzy Mojmiry.
            - Pilnuj tej dziewczynki. Następnie wolnym krokiem szedł w stronę wikinga, który wyciągnął z pochwy swój ogromny ozdobiony rozmaitymi wzorami miecz.
            - Divan nie spodziewał się, że Wiking posunie się tak daleko. Wyjęcie sztyletu i próba zabicia niewolnika nie stanowiło naruszenia żadnego prawa, co innego wyciągnięcie miecza z pochwy i próba ataku kogoś o znacznym statusie. Nie mając wyboru Divan również wyjął swój miecz, ten sam, który otrzymał od ojca Tomasza w Rzymie. Na jego rękojeści i pochwie był wygrawerowany jednorożec - Divan od dawna się zastanawiał nad znaczeniem tych tajemniczych zdobień.
            Wiking zaczął krzyczeć na Divana w niezrozumiałym języku. Później na jego ustach pojawił się uśmiech, górował nad Prusem wzrostem i muskulaturą.
            - Divan dobył swojego miecza, od którego odbiły się promienie słoneczne - obrona słabszych, walka w słusznej sprawie, słowa ojca Tomasza nagle mu się przypomniały - takiej stali zgromadzeni na targu musieli jeszcze nie widzieć, ponieważ było słychać z ich ust różne pomruki i gesty niedowierzania. Prędzej wielu postawiło swoje denary, floreny lub inne monety na wikinga teraz coraz więcej osób zaczęło stawiać na zwycięstwo pruskiego wojownika.
            - Wydawało się, że miecz, w ręce Divana, żyje własnym życiem, szybkość zadawanych przez niego ciosów, precyzyjne parowanie uderzeń chaotycznie zadawanych przez wikinga. Pozy przyjmowane przez pruskiego wojownika, precyzja, z jaką zadawał ciosy sprawiły, że ludzie zamarli. Obaj walczący nie korzystali z tarcz, używali samych mieczy. Jednak wiking był ubrany w kolczugę, ale bez kolczego kaptura, a Divan w zwykły skórzany kaftan. Mimo tego Prus atakował z niesamowitą szybkością. Jego uderzenie wymierzone z góry wiking sparował w ostatniej chwili ratując głowę. Pchnięcie stanowiące jego kontratak nie zaskoczyło Divana, który zablokował je i zamachnął się na przeciwnika od lewej strony na wysokości ramienia. Wiking został zepchnięty do defensywy, ledwo blokował ciosy zadawane z niezwykłą szybkością. Po kilkunastu atakach Divanowi udało się płynnym ruchem, dowodzącym jego rycerskiego wręcz kunsztu, wytrącić miecz z ręki przeciwnika. Chciał na tym poprzestać, zrobił dwa kroki w tył, odwrócił plecami do pokonanego przeciwnika i ruszył w stronę Mojmiry, która znajdowała się jakieś dziesięć metrów od niego. Przeczucie mówiło mu jednak by nie chował miecza do pochwy, dlatego szedł trzymając go w prawej ręce. W tym momencie wiking dobył sztyletu, którym prędzej chciał zabić dziewczynę i rzucił się na Divana. Jedyną szansą na zabicie kogoś, kto nosił kolczugę było atakowanie głowy albo pchnięcie. Divan wybrał pierwszy wariant, nie chciał próbować przebić zbudowanej z małych metalowych krążków kolczugi, więc zamachnął się z całych sił ścinając wikingowi głowę, która potoczyła się między osoby obserwujące walkę. Divan jako zwycięzca podszedł do ciała pokonanego przeciwnika, ściągnął z niego kolczugę oraz zabrał sakiewkę z pieniędzmi. Zgodnie z prawem mógł wziąć to, co należało do osoby, która bezprawnie go zaatakowała na ziemiach biskupa Chrystiana. Tak, więc niewolnicy wikinga również należeli do niego.
            Ludzie przyglądający się walce po chwili wrócili do swoich spraw, ciałem wikinga nikt się nie przejął. Licytowano kolejnych niewolników, powróciły wrzaski i śmiechy.
       - Divan podszedł do Mojmiry.    
- Zemdlała z bólu - powiedziała i pozwoliła mu wziąć dziewczynkę na ręce. Czy w Lubawie albo w grodzie za miastem jest jakiś cyrulik? Zapytała.
       - W Lubawie jest jeden ale zawsze tłumy czekają do niego. Ona potrzebuje natychmiastowej opieki - odrzekł Divan. Poza tym ta dziewczynka ledwo żyje. Zwykły medyk może nie wystarczyć. Chodź za mną.
             

     - Drewniana chata, nie różniła się niczym od tych, które budowali Polanie. Jedynym wyjątkiem były charakterystyczne dla Prusów pale, na których stała cała konstrukcja. Prusowie, którzy od setek lat żyli w puszczy wiedzieli, że budowanie chat, albo grodów, na palach wbitych w ziemię lub w dno jeziora, stanowi wspaniałe zabezpieczenie przed atakami dzikich zwierząt. Niska, o owalnym kształcie, zwężającym się delikatnie od dołu do góry, kryta słomianą strzechą. Otwór w ścianie, zwany lanxto, był oknem i zarazem spełniał funkcje komina, czyli otworu na ujście dymu. Na środku izby znajdowało się ognisko, przy którym na leżącym pniu drzewa siedziała stara, licząca jakieś osiemdziesiąt lat kobieta. Nad ogniskiem wisiał duży kocioł.
            - Kobieta śpiewała jedną z pruskich pieśni i przygotowywała jakąś ziołową miksturę. Nagle do jej uszu doleciał dźwięk szczekających psów, a potem tętent końskich kopyt. Po chwili drzwi chaty z hukiem otworzył Divan, wnosząc na rękach nieprzytomną i krwawiącą dziewczynkę. Za nim weszła Mojmira.
            - Stara kapłanko ona potrzebuje pomocy.
            - Czy twój nowy bóg nie potrafi jej pomóc? Odpowiedziała Divanowi nie wstając nawet od kociołka.
            - Cyrulik, który leczy ludzi w Lubawie jak zawsze jest oblegany, a jego wiedza na temat ziół nie jest tak duża jak twoja. Kobieto rusz się!
            - Stara kapłanka zawsze darzyła Divana sympatią, pamiętała jak w dzieciństwie z żarliwością oddawał cześć bogu magii Patrīmpusowi i Perkunasowi, który w pruskich wierzeniach był bogiem błyskawic. Nawet czasem powtarzał, że w przyszłości zostanie wajdelotą. Teraz jednak jego marzenia z dzieciństwa nie miały znaczenia, były to tylko wspomnienia starej kobiety.
            -  Połóż ją na łóżku. Divan posłusznie wykonał polecenie.
            - Kobieta podeszła i zaczęła badać pobitą dziewczynkę. Dotykała jej głowy, później przesuwała ręce nad jej biodrami, brzuchem i nogami.
- Jej życiowa energia jest ciągle silna, gdybyśmy zabrali ją do gaju, do miejsca mocy to może...
            - Wiesz, że chrześcijanie potępiają miejsca mocy. Biskup Chrystian mówił, że moc płynąca z kamieni i drzew jest mocą szatana, nawet jeśli czasem uzdrawia i leczy to jednak jest to złe.
            - Matka Ziemia nie jest zła – odpowiedziała staruszka – Przecież drzewa mają w sobie uzdrawiającą moc, dąb, buk, kiedy je przytulasz czujesz się lepiej. Tak samo zioła są darem Matki Ziemi.
            - Biskup mówił, że zioła są dobre, ale korzystanie z energii płynącej z drzew, wód i kamieni biskup potępił.
            - Staruszka wiedziała, że nie ma sensu sprzeczać się z Divanem. Po chwili namysłu odrzekła: więc użyję ziół. Podeszła do stołu, na którym leżały i nad którym wisiały różnego rodzaju zioła oraz specyfiki. Najpierw nałożę na rany dziewczyny ziołowy balsam; następnie podam jej wywar. 
            -  Divan i Mojmira z uwagą obserwowali staruszkę.
            - Kobieta nagle powiedziała głośno. Nie stójcie tak! Divan wiesz jak wyglądają zioła, uczyłam cię przecież. Biegnij do mojego ogródka za domem, a jak nie znajdziesz to pędź szukać w lesie. Potrzebuję: krwawnika pospolitego, czosnku niedźwiedziego i babkę lancetowatą, bez niej nie wyleczę płuc dziewczyny.
            - No idź już, a Ty zostań tu i mi pomóż.
            - Mojmira dopiero teraz zauważyła, że kobieta cały czas używała mowy Polan.
            - Divan właśnie wybiegł, a Mojmira wykonywała polecenia staruszki.
            - Obmyj jej rany, a ja przygotuję ziołowy balsam.
            - Myślałam, że nie masz wszystkich ziół.
            - Staruszka uśmiechnęła się i powiedziała: mam tu wszystko, czego mi potrzeba. Zioła, o które go prosiłam zostawię sobie na inną okazję, poza tym w moim ogródku nie ma ziół, które wymieniłam, więc będzie musiał iść na poszukiwania do lasu. Zdążymy porozmawiać zanim wróci, nie za często miewam tu gości spoza Prus. Mój dom znajduje się spory kawałek od Lubawy, nie prowadzi tu żadna ze znanych ścieżek. Tylko Divan i kilku miejscowych o mnie pamięta. Przybysze raczej nigdy nie zapuszczą się tu sami. Poza tym duchy mnie ochraniają?
            - Mojmira właśnie skończyła obmywać rany dziewczynki - Jakie duchy?
            - Staruszka mówiła nakładając balsam na obitą głowę: duchy przodków mieszkają w pobliskich drzewach, a leśny duch, opiekun lasu, o imieniu Medinis ochrania mnie, kapłankę wierzącą w starych bogów, wy tak ich nazywacie – starymi bogami. Poza tym pamiętaj, że licho nie śpi.
- Licho – zapytała Mojmira.
- Licho jest słowiańskim demonem, który od dawna mieszka w pruskiej puszczy. Teraz kiedy Słowianie są chrześcijanami i wycinają lasy wielu z ich demonów schroniło się u nas. Licho nigdy nie śpi, zawsze jest gotowy do walki o dobro puszczy.
- Przecież demony są dziełem szatana, podobnie jak pogańska religia. Powiedziała Mojmira.
- Mówisz jak radykalni chrześcijanie, wyznawcy martwego boga, jakiegoś Chrysta wiszącego na krzyżu, ale tak do końca nie wyglądasz na jedną z nich. Powinnaś wiedzieć, że nikt nie ma prawa przekreślać całej religii i zmuszać ludzi do odejścia od wierzeń przodków. Ja wolę swoich bogów, drzewa, puszczę, zwierzęta. Bogowie są wszędzie, nawet teraz czuję ich obecność. Musisz być dobrym człowiekiem skoro Medinis, bóg lasu pozwolił ci odnaleźć moją chatę.
- Słyszałam o tym Medinisie, zbrojny w Płocku mi o nim opowiadał to duch lasu, który zabija każdego, kto mając wrogie zamiary wchodzi do puszczy.
            - Tak było kiedyś jednak obecnie jego moc osłabła z powodu chrześcijan - odparła staruszka. Ale moja chata dalej jest pod jego ochroną nawet Surwabuno nie wie, że jeszcze tu żyję.
            - Mojmira, zdziwiona zapytała: a dlaczego mi o tym opowiadasz? Nie boisz się, że komuś powiem? Jestem przecież chrześcijanką.
            - Skoro Medinis ci zaufał to i ja ci ufam.
            - Mówiłam ci, że słyszałam o tym bogu, wiem Mojmiro, że o nim słyszałaś. Powiedział mi o tym.
            - Skąd znasz moje imię? Rozmawiasz z tym bogiem? Dziewczyna zrobiła znak krzyża i zaczęła się rozglądać po chacie.
            - Nie musisz się go bać odrzekła staruszka, on krzywdzi tylko tych, którzy zagrażają naszym wierzeniom, tych którzy chcą mnie skrzywdzić.
            - Ale ja przecież jestem chrześcijanką, zawsze z ojcem w niedzielę uczestniczyłam we Mszy świętej.
            - Wasze msze, chrześcijaństwo, wasz krzyż, pod jego znakiem wprowadzacie swoją religię, niszczycie puszczę, która stała tu od tysięcy lat, niszczycie nasze wierzenia i zabijacie naszych bogów.
            - A wy składacie ofiary z ludzi! Odrzekła nagle Mojmira, czy płocki zbrojny, którego po naszym porwaniu spalono na stosie był czemuś winien? Kto dał wam prawo decydować o życiu i śmierci? Nasz Bóg nie wymaga krwawych ofiar, to Bóg miłości. A puszcza? Czy drzewa są ważniejsze od człowieka? Drzewa, rzeki, kamienie, zwierzęta są Bożym dziełem, dzieło to ma służyć człowiekowi. Wy modlicie się do tego, co Bóg stworzył, a powinniście modlić się do Stworzyciela.
       - Ofiary z ludzi są konieczne, nasi bogowie ich od nas wymagają. Tak bardzo wierzysz w swojego Boga...
            - Divan nagle wszedł do środka, przerywając ich rozmowę.
            - Przyniosłem wszystkie zioła.
            - Połóż je na stole, odrzekła pogańska kapłanka.
            - Zostali w domu staruszki na noc, wszyscy spali na podłodze owinięci zwierzęcymi skórami, których kobieta miała dużo w swojej chacie.
            - Ranna dziewczynka w nocy jęczała, zapewne miała koszmarne sny. Starsza kobieta kilka razy wstawała i wkładała jej pod język jakiś dziwny specyfik. Za każdym razem najpierw upewniała się czy Divan śpi tak jakby robiła coś co on by od razu potępił. Później w ciszy staruszka recytowała nad swoją pacjentką jakieś słowa w języku Prusów. Mojmira udawała, że śpi jednak w rzeczywistości obserwowała dziwne zachowanie gospodyni chatki. Ku jej zdziwieniu nad ranem stan dziewczynki się poprawił. Rany przestały krwawić. Kolejna noc była już spokojniejsza, co nie zmienia faktu, że staruszka kontynuowała za plecami Divana swoje tajemnicze zabiegi medyczne.
Dwa dni później, kilka godzin po świcie nieznajoma się obudziła. Najpierw lekko podniosła powieki, następnie zaczęła z lękiem rozglądać się po chacie. Była wyraźnie zdezorientowana, nie wiedziała gdzie jest.          
- Dopiero teraz Divan i Mojmira uświadomili sobie, że jej wygląd jest typowo słowiański, niebieskie oczy, długie za pas włosy o słomianym kolorze, łagodne rysy twarzy, rumiane policzki.
            - Pochodzi z kraju Polan, Rusi albo z kraju Czechów, powiedziała Mojmira - nie odrywając wzroku od twarzy dziewczynki.
           
            Mówili coś do niej, lecz ona milczała.
            - Może nie rozumie naszej mowy? - Dopytywał Divan.
            - Rozumie, ale boi się mówić, widziała śmierć swoich rodziców, napadli ich na statku piraci. Powiedziała staruszka, Divana w przeciwieństwie do Mojmiry nie zdziwiły jej słowa.
            - Skoro tak mówisz to zapewne tak właśnie było. Czy możemy ją zabrać ze sobą?
            - Możecie, ale nie sadzajcie jej na koniu, zaprzęgnijcie swojego konia do wozu za domem i jedźcie do Lubawy, a potem zabierz dziewczynkę w miejsce, w którym będzie mogła wypocząć i nakarm ją. Staruszka wypowiadała te słowa cały czas patrząc na Divana. I jeśli chcesz ją zabrać poza Lubawę to niech leży na wozie, pamiętaj niech nie jedzie konno, bo rany jej się otworzą.
            - Mojmira uśmiechnęła się do dziewczynki, wyciągnęła rękę i ucieszyła się widząc, że dziewczynka ją złapała. Obie wyszły z chaty. Divan miał już iść za nimi, kiedy staruszka nagle się do niego odezwała:
            - Ta dziewczyna, dlaczego nie sprzedałeś jej na targu niewolników? I czemu zaopiekowałeś się tą małą? Czy chrześcijaństwo cię tak zmieniło? Dawny Divan by sprzedał tę zielonooką Mojmirę na targu niewolników, a dziewczynkę pozwolił wikingowi zatłuc na śmierć.
            - Dawny Divan nie potrafił nawet czytać i pisać i jak sama powiedziałaś nie potrafił okazywać litości i współczucia. Czy nie uważasz, że teraz, jako chrześcijanin jestem lepszym człowiekiem?
            - Staruszka milczała. Po chwili dodała: Divan puszcza płacze. Oni nie szanują drzew, wycinają je pod budowę ogromnych miast. Myślisz, że Kriwe z gaju w Romowe pozwoli im niszczyć puszczę i naszych bogów?
            -  Divan słysząc przydomek Kriwe poczuł uczucie strachu. Słyszał wiele razy o potężnym wajdelocie, który był dla Prusów kimś kogo chrześcijanie nazwaliby papieżem. Biskup Chrystian nie wierzył, że ktoś taki istnieje, niewielu było takich, którzy twierdzili, że widzieli pruskiego papieża.
            -  Stara kapłanko, czy on naprawdę istnieje?
            - Istnieje i jest potężny, starzy bogowie mu sprzyjają, nauczyli go magii, obdarzyli mocami. Stoi przy nim wielu potężnych rijkasów. Niedługo dojdzie do wojny, czuję, że w Świętym Gaju przy Lubawie wydarzy się coś, co wszystko zmieni. Divan bądź ostrożny lepiej wyjedź z Lubawy jak najszybciej. Udaj się do swojego lauksu. Gród nad Jeziorem Zwiniarz jest potężny w połowie położony na jeziorze. Tam będziecie bezpieczni. Słyszałam, że biskup Chrystian kazał lokować wieś na terenie twojego lauksu. Tak, więc nawet u ciebie są już domy wyznawców nowej krwi, nowej wiary.
            - Taka jest cena naszego przejścia na chrześcijaństwo - odparł Divan. Biskup Chrystian otrzymał od papieża w Rzymie nasze ziemie. Nazwali te tereny Ziemią Lubawską. My teraz jesteśmy jego sługami. Biskup jednak skupia się na budowie miasta i sprowadzaniu osadników, aby zakładali wsie. W moim lauksie stoi już drewniany kościół, a o świętych kamieniach w lesie nikomu nie powiedziałem. Obiecałem ci przecież, że nie powiem o nich nikomu. Jednak w moim grodzie pojawili się już kilka lat temu zbrojni chrześcijanie. Ale całością cały czas zarządzam osobiście.
            - Do czasu Divan, do czasu. Twój biskup teraz zapewnia ciebie i Surwabuno, że możecie pozostać w swoich grodach. Mówi wam, że wy rijkasi będziecie jak książęta u Polan.
            - Surwabuno jest księciem poprawił Divan. Ja służę jemu, a on biskupowi.
            - Twój biskup zapewne jest wściekły po tym jak Prusai czczący starych bogów spalili Płock i wiele wsi. Medinis doniósł mi, że biskup wraca do Lubawy z wieloma chrześcijańskimi wojami. Zapewne wyruszą w głąb puszczy, ale najpierw rozprawią się z tymi, którzy przeżyli przy Pikowej Górze, w Świętym Gaju w Lobnic [obecnie Łąki Bratiańskie]. Później ruszą spalić Ciemnik i stojący na pobliskiej górze gród [obecnie ruiny zamku w Kurzętniku], w którym mieszka rijkas Doroth.
            - Zapewne tak właśnie będzie z czasem chrześcijanie opanują całą Sasinię - odparł Divan i dodał: dziękuję ci za pomoc kapłanko, masz w sobie dużo dobra. Po tych słowach wyszedł po schodach na zewnątrz.
            - Dużo dobra? Kapłanka po cichu powtórzyła te słowa - wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili spojrzała na krzesło stojące przy stole i zapytała jakby sama siebie: Medinisie czy te dwie są naprawdę tak ważne? Czy przeznaczenie ich obu splata się we wzorze bogów z przeznaczeniem Divana? Skoro tak twierdzisz to proszę ochraniaj tych troje. Chroń ich przed demonami oraz złymi i chciwymi ludźmi, których wielu przybyło razem z chrześcijanami. Medinisie ja już jestem stara, nie jestem tak ważna jak on proszę ochraniaj go. Po chwili krzesło się poruszyło, choć nikt na nim nie siedział. W chacie zrobiło się cicho kobieta powróciła do śpiewu, a szumiący wiatr poruszał drzewami tak jakby las chciał śpiewać razem z nią.


            - Słuchaj śpiewu lasu Mojmiro, wsłuchajcie się wszyscy w śpiew Matki Natury. Musicie zrozumieć, że bez puszczy życie nie ma sensu, życie w ogromnych, brudnych miastach kosztem puszczy nie ma sensu. Opamiętajcie się i powróćcie do starych bogów. Mówiła do siebie staruszka jednak już nikt jej nie usłyszał.