środa, 8 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 1 PRASTARA KNIEJA)

Pisanie powieści to wielkie wyzwanie, któremu postaram się sprostać w miarę swoich możliwości. Pierwotnie planowałem sam dla siebie opisać historię, której akcja dzieje się w XIII wieku na Ziemi Lubawskiej. Nie chciałem tego nikomu pokazywać ponieważ uważam, że moja wizja się raczej nie spodoba innym ludziom. Chociaż z drugiej strony, może ktoś to przeczyta i skomentuje, zainteresuje się bliżej historią mojej rodzinnej Ziemi Lubawskiej. Kto wie? W najgorszym wypadku zostanę skrytykowany i poprzestanę na opublikowaniu tylko pierwszego rozdziału. Obecnie mam na dysku ponad 20 rozdziałów. Postanowiłem na próbę upublicznić tylko pierwszy z nich. Zobaczymy co z tego wyjdzie :) Zrobiłem nawet okładkę :)


Krótkie wprowadzenie historyczne

            Wiele wieków temu, na terenie północnej Polski znajdowała się kraina zwana Ziemią Sasinów. Była to część ziem zamieszkiwanych od ponad tysiąca (lub nawet dwóch tysięcy) lat przez Prusów. Był to lud dzielny, waleczny, słynący z długowieczności, bogaty w bursztyn, wierzący w wielu bogów. Ich kultura, religia, sekret długiego życia oraz odporności przed chorobami są przedmiotem badań wielu uczonych. Część Polaków i Litwinów jest ich potomkami, co zresztą widać w rozmaitych obyczajach, nazwiskach, imionach, nazwach miejscowości. Prusowie zajmowali obszar mniej więcej ten sam, na którym obecnie znajdują się województwo warmińsko-mazurskie i obwód kaliningradzki.
            W XIII wieku całe Prusy zostały podbite przez chrześcijan, których ekspansją od ok. 1230 roku kierował Zakon krzyżacki. Zachodnią część Ziemi Sasinów nazwano Ziemią Lubawską. W czasach krzyżackich rodzimą religię Prusów gwałtownie zaczęło wypierać chrześcijaństwo. Ziemia Lubawska pokrywa się w całości z obecnym powiatem nowomiejskim, częścią powiatu iławskiego (gmina Lubawa) i fragmentem powiatu działdowskiego (gmina Lidzbark - Welski) Nasza historia rozpoczyna się przed przybyciem Krzyżaków w pierwszych dekadach XIII wieku.
            Z uwag technicznych warto wyjaśnić, że powieść jest wzbogacona o dopiski historyczne, czyli fakty, legendy, podania, które rozpoczynają się i kończą kwadratowymi nawiasami [ ].






ROZDZIAŁ 1
PRASTARA KNIEJA

            [Na kartach historii Polski odnotowano wiele burzliwych i tragicznych okresów. Jednym z nich jest rozbicie dzielnicowe, które trwało w latach 1138-1320. Były to czasy, w których Polska nie miała żadnego króla, kraj był podzielony na dzielnice zarządzane przez przedstawicieli dynastii Piastów. Piastowie byli różni, jedni okrutni, a inni wręcz fanatycznie religijni. Często ze sobą walczyli. Piastowie ze Śląska tworzyli sojusze z Czechami, a Piastowie ze Starej Polski (zwanej też Wielkopolską albo Większą Polską) wchodzili w układy z Węgrami, którzy z kolei byli wrogami króla czeskiego.
            Wielu Piastom marzyła się koronacja na króla Polski i ponowne scalenie wszystkich dzielnic w jeden kraj. Częściowo udało się to przedstawicielowi linii wielkopolskich Piastów, księciu Przemysłowi II, który w 1295 roku został koronowany w Gnieźnie na króla Polski przez arcybiskupa Jakuba Świnkę. Niestety król Przemysł II został zamordowany kilka miesięcy po koronacji. W większości podręczników historii przyjmuje się, że okres rozbicia Polski na dzielnice skończył się w 1320 roku, kiedy arcybiskup Janisław w Krakowie na Wawelu koronował na króla Polski Władysława Łokietka pochodzącego z kujawskich Piastów.
            Akcja powieści toczy się w czasach księcia Konrada I Mazowieckiego (dziadka Władysława Łokietka), który od 1200 roku był księciem Mazowsza i Kujaw. W 1233 roku oddał Ziemię Kujawską swojemu synowi Kazimierzowi I Kujawskiemu, ale ten fakt ma niewielkie znaczenie dla akcji powieści. O wiele ważniejsza jest wiedza o grodzie lub jak wolą niektórzy mieście zwanym Płock - podobno jego nazwa pochodzi od słowa płot i oznacza, że gród ten miał za zadanie zabezpieczać okoliczne ziemie przed najazdami pogan.
             Płock był pięknym miastem, stolicą chrześcijańskiego Mazowsza, położonym blisko prastarej Wielkiej Puszczy, oddzielającej kraj ochrzczonych w 966 roku Polan od pogańskich Prusów. Poganie często najeżdżali ziemie chrześcijan, dlatego książęta z Mazowsza, postanowili zbudować potężny gród na północ od Płocka. Gród otrzymał nazwę Michałowo i ochraniał mieszkańców chrześcijańskich wsi i miast, Płocka oraz położonego na zachodzie Dobrzynia.]

Zielony kolor na mapie pokazuje Ziemię Lubawską (będącej zachodnią częścią pruskiej Ziemi Sasinów), razem z miejscowościami i obiektami, które istniały tam w pierwszej połowie XIII wieku. Nielbark, jako wieś oczywiście jeszcze nie istniał ponieważ Prusowie (przed przyjęciem chrześcijaństwa) nie budowali wsi i miast. W Nielbarku znajduje się jednak grodzisko, czyli pozostałość po wczesnośredniowiecznym grodzie. Grodów na Ziemi Lubawskiej było wiele, nie wszystkie udało się zaznaczyć na powyższej mapie. Wiemy o grodach w: Gutowie, Nielbarku, Grodzicznie, Tylicach, nad Jeziorem Zwiniarz, w Sampławie, w Nowym Dworze Bratiańskim (dwa grody: Góra Pikowa i jeszcze jeden gród między nią i Świętym Gajem - warto dodać, że gaj ten znajdował się na terenie obecnej wsi Łąki Bratiańskie). Archeolodzy potwierdzili obecność na Ziemi Lubawskiej dwóch tzw. palifatów, czyli pozostałości po osadach, wzniesionych na palach wbitych w dna jezior. Osady te znajdowały się na Jeziorze Łąkorz i Jeziorze Skarlińskim. Poza tym gród (zapewne o charakterze sakralnym) znajdował się na wyspie Jeziora Radomno. Warto jeszcze dodać, że archeolodzy znaleźli pozostałości dużej osady nad Jeziorem Tarczyńskim w okolicy wsi Tarczyn. Jest jeszcze gród Sassenpils (gród Sasinów na wschód od Lubawy - we wsi Zajączki).


Tak wyglądała pruska puszcza, oddzielająca Prusów od Słowian
(fot. Lech Z. Niekrasz, Gdzie jesteście Prusai?, s. 28)
            

            [Akcja powieści rozpoczyna się w 1222 roku właśnie w Płocku, który był stolicą kraju Polan od nieszczęsnego 1079 roku, kiedy to król Bolesław Śmiały poćwiartował św. Stanisława, za co został wygnany. Do tego okrutnego czynu doszło w Krakowie, który już dalej nie mógł być stolicą kraju. Władysław Herman, brat króla "biskupobójcy", postanowił, że nową stolicą kraju będzie Płock. Był to wówczas gród otoczony drewniano-ziemnymi umocnieniami z dużym podgrodziem, które również z czasem doczekało się drewniano-ziemnych umocnień obronnych (ceglane mury dookoła Płocka zbudowano dopiero w XIV wieku). Mijały lata od tragicznej śmierci biskupa, zmarli naoczni świadkowie, czas częściowo wyleczył rany, a stolica kraju w roku 1138 powróciła do Krakowa. Nie smuć się drogi czytelniku w 1222 roku w Płocku pozostało po okresie świetności wiele wspaniałych budowli z cegły i kamienia. Tylko fortyfikacje obronne okalające gród i podgrodzie dalej były drewniane.]



            Letnia sobota Anno Domini 1222 zapowiadała się w Płocku na kolejny zwykły dzień targowy. Otoczone umocnieniami miasto po ciepłej nocy dopiero zaczynało budzić się ze snu. Rankiem, zaraz po otwarciu miejskich bram, po wąskich uliczkach przejechał duży wóz kupiecki, który swoim wyglądem pokazywał, że jego właściciele - jechały na nim dwie osoby -  nie są zwykłymi kupcami. Wręcz przeciwnie wszystko wskazywało na to, że są to zamożni podróżnicy, którzy przybyli z daleka. Najpierw oczywiście przy bramach miejskich zapłacili myto, czyli opłatę, którą w średniowieczu często pobierano od kupców za wjazd z towarami do miasta, albo przejazd przez most. Niewielu mieszkańców widziało jak wóz z nieznajomymi wjeżdżał do Płocka. O tak wczesnej godzinie po kamiennych brukowych uliczkach kręciło się niewiele osób. Wóz zaprzęgnięty w dwa konie, jako pierwszy pojawił się na pustym placu targowym. Siedziały w nim dwie osoby, których twarze zasłaniały kaptury szarych, bogato wyglądających, jedwabnych płaszczy spiętych z przodu srebrnymi fibulami.  Nagle jeden z nich zdjął z głowy kaptur. Nieliczni mieszkańcy, wśród których był Żyd, rzeźnik oraz piekarz przyglądali się nieznajomej kobiecej twarzy.
            Zielone oczy dziewczyny najpierw ze współczuciem skierowały się w stronę mężczyzny i kobiety zakutych w dyby we wschodniej części placu - ciekawe, za co ich ukarano - pomyślała. Widząc, że na placu targowym jest niewiele osób postanowiła razem z ojcem zwiedzić wzgórze klasztorne, zwane przez tutejszych Wzgórzem Tumskim.
            Mojmira, bo tak miała na imię owa zakapturzona zielonooka nieznajoma, siedziała na wozie kupieckim swojego ojca i ze Wzgórza Tumskiego obserwowała piękną płocką Katedrę Wniebowzięcia NMP oraz panoramę Płocka. Cóż za wspaniały gród, jakie ogromne budowle, a na podgrodziu stoi tyle domów - myśli takie królowały właśnie w jej głowie. Zwróciła szczególną uwagę na drzwi kamiennej katedry. Klasztor, wielka katedra zbudowana z kamieni granitowych i drewniany potężny gród umieszczone na wzgórzu górowały nad położonym w dolinie Wisły podgrodziem lub - jak kto woli - miastem.
            Mojmirę pozytywnie zaskoczyła obecność przy katedrze szkoły parafialnej, w której dzieci pobierały nauki o Bogu, uczyły się pisać i czytać, liczyć oraz śpiewać, nie tylko po polsku, ale też po łacinie. W płockiej szkole parafialnej uczono też siedmiu sztuk wyzwolonych, które dzieliły się na dwie grupy: trivium (gramatykę, retorykę i dialektykę) oraz quadrivium (arytmetykę, geometrię, geografię, astronomię, muzykę).

             Zapełnione drewnianymi domami, warsztatami, magazynami, z kilkoma karczmami, browarem i innymi budynkami podgrodzie u podnóża góry było duże, ale niewystarczające dla wszystkich dlatego biedniejsza część mieszkańców musiała zamieszkać poza ochraniającym je ziemnym wałem i drewnianą palisadą. Obszar dla najbiedniejszych za podgrodziem nazywano przedmieściami. Zarówno przedmieścia jak i przylegające do grodu podgrodzie od samego brzegu rzeki Wisły wypełniała plątanina ulic krzyżujących się pod najrozmaitszymi kątami. Mojmira wiedziała od ojca, że kiedyś przy każdej bramie wiodącej do grodu znajdowały się wioski targowe, które z biegiem lat zlały się w jedną zbieraninę domów i utworzyły podgrodzie, które doczekało się z czasem własnych drewniano-ziemnych umocnień. Jednak czas upływał, a mieszkańców przybywało. Wielu szukało tu schronienia, sposobu na życie, inni uciekali z krain, w których toczyły się wojny. Było ich tak dużo, że podgrodzie z czasem nie było w stanie wszystkich pomieścić. Dlatego ludzie zaczęli się osiedlać za umocnieniami chroniącymi podgrodzie. Z czasem, gród i podgrodzie zaczęto nazywać miastem, a teren za podgrodziem przedmieściami. Oczywiście Płock nie był tu wyjątkiem. Podobnie działo się w całej Europie, gdzie większość miast powstało na tej samej zasadzie rozpoczynając swój żywot od drewnianego grodu, przy którym z czasem wyrastało podgrodzie, a później całość otrzymywała prawa miejskie i stawała się miastem.

            [Płock, a precyzyjniej osada - lub podgrodzie - przy grodzie otrzymał prawa miejskie w roku 1237, a więc piętnaście lat po opisywanych w powieści wydarzeniach]

            Mojmira, jako córka kupca podróżująca przez całe życie razem z ojcem po świecie, wiedziała dużo o dawnej polskiej stolicy, ale dopiero stojąc na Wzgórzu Tumskim mogła po raz pierwszy zobaczyć na własne oczy panoramę Płocka. Widziała stąd wszystkie budynki łącznie z placem targowym na środku, którego stał drewniany ratusz, domami Żydów, kamienicą cyrulika oraz zamtuzem, czyli domem publicznym. Widziała też Wisłę, szeroką rzekę, na której unosiły się brzuchate statki i rozłożyste barki ze zbożem, wzdłuż brzegu stał szereg spichlerzy, a za nimi drewniane domy i magazyny. Przy samej rzece stały liczne młyny wodne oraz łaźnie, w których mieszkańcy myli się po ciężkim dniu pracy. Dziewczyna na Wiśle dostrzegła jeszcze kilkanaście tratw, które płynęły jedna za drugą w stronę rzecznej przystani. Osoby stojące na tratwach nazywano flisakami. Mojmira wiele razy w ciągu swojego krótkiego życia widziała flisaków, ludzie ci zawsze ją ciekawili, ponieważ mieli w sobie coś tajemniczego. Każdy z nich transportował rzeką na swojej tratwie towary, najczęściej ze wsi do grodów i miast. Flisacy wpływali często na mniejsze rzeki będące dopływami Wisły, potrafili drogą wodną dotrzeć tam gdzie płycizna uniemożliwiała poruszanie się statkom.
            - Francuskie miasta w Szampanii, które widziałam z ojcem podczas jarmarków są większe ale tu za to jest mój dom, nareszcie wróciłam do kraju Polan - myśli takie krążyły w jej głowie - Może Wenecja, Genua w Italii i Troyes oraz Provins w Szampanii są bardziej okazałe ale to tu się urodziłam, tu kiedyś mieszkała moja mama, to tu na starość po dwudziestu latach podróży zapragnął powrócić mój ojciec...
            Mojmira po krótkich rozmyślaniach zwróciła swoje zielone oczy ponownie w stronę drzwi stojącej na Wzgórzu Tumskim katedry - naliczyła na nich 48 płyt, na których znajdowały się postacie świętych, apostołów, a może to sam Jezus? - Zastanawiała się.

    
         Ojciec, który siedział obok niej na wozie odrzekł:
- reliefy na drzwiach przedstawiają historię zbawienia oraz samego Zbawiciela, jest tam pierwszy człowiek, który trafił do Raju oraz Chrystus, jako sędzia decydujący o tym, kto może dostąpić łaski życia wiecznego w Niebie.
             Dziewczyna słuchała uważnie słów ojca, którego podziwiała od dzieciństwa. Wiedziała od niego o tym, że zaraz po jej urodzeniu i po śmierci matki ojciec musiał zabrać ją, kiedy była malutka i wyjechać z Płocka. Następnie zajął się handlem we Francji, na jarmarkach szampańskich oraz w miastach włoskich takich jak Genua, Wenecja, Florencja i wiele innych. Dziewczyna nauczyła się przy nim rachować, czyli liczyć, poznała tajniki handlu. W wielu miejscowościach ojciec kazał jej pobierać nauki w parafialnych szkołach oraz sam, kiedy tylko miał czas starał się uczyć córkę pisać po łacinie i po polsku. Dopiero teraz dwudziestoletnia dziewczyna mogła zobaczyć na własne oczy Płock, o którym opowiadał jej ojciec. Tak wiele razy słyszała od niego historię o tym, że jest to stolica Mazowsza oraz dawna stolica kraju Polan, zwanego też Państwem Gnieźnieńskim.

              Mojmira była podekscytowana, kiedy po ostatnim jarmarku szampańskim we francuskim mieście Lagny dowiedziała się od ojca, że nadszedł czas powrotu do Polski. Zielonooka Słowianka wiedziała, że w Polsce, o której słyszała tak wiele opowieści, w której się urodziła panuje bezkrólewie. Ale w kraju pomimo rozbicia na dzielnice i braku króla mieszkańcy Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza i Śląska i tak czują się Polakami.
            Z Francji poprzez Niemcy i Łużyce dotarli na Śląsk. Podróżowali razem przez krainę Ślężan, odwiedzili targ w grodzie króla Kraka, nazywanym przez wielu Krakowem. Jeździli szlakami handlowymi rozsianymi między krajem Ślężan, Małopolski, poprzez Kraków i Sandomierz, aż ostatecznie dotarli do Płocka. Niestety w krainach tych, które przed rozbiciem na dzielnice w 1138 roku tworzyły Polskę musieli często płacić myto za przejazd przez miasta, mosty, groble i drogi oczywiście w rozsianych po całym terenie komorach celnych płacili też cła za swoje towary. Podróżujący kupcy musieli często płacić, niezależnie czy przejeżdżali przez Francję, Cesarstwo Niemieckie, czy rozbitą na dzielnice Polskę. Dwudziestoletnia dziewczyna nie pamiętała innego życia, matki nie znała, a od kiedy sięgała pamięcią zawsze podróżowała po Francji i miastach włoskich razem z ojcem, sprzedając i kupując różne towary, wyroby rzemieślnicze, naczynia, biżuterię i wiele innych.   
            Wizyta, na targu w Płocku miała być wyjątkowa. Ojciec Mojmiry często powtarzał, że musi powrócić do Płocka na Mazowsze, raz nawet wspomniał, że kraina ta graniczy z puszczą oddzielającą chrześcijan od pogańskich Prusów. Córka często pytała go o tę puszczę i Prusów, ale ojciec nie chciał rozmawiać na ten temat. Zbył ją słowami, że Prusowie są poganami mieszkającymi za puszczą na północ od Płocka. Nic więcej jej nie powiedział, z jakiegoś powodu do niedawna jak ognia unikał rozmowy na ten temat.

            Handel towarami na płockim targu miał wyglądać tak samo jak w innych polskich oraz zachodnich francuskich i włoskich miastach. Sprzedaż i kupno, targowanie się z tutejszymi i kmieciami przybyłymi ze wsi. Towary, które wymienili na inne towary lub kupili za srebrne denary w odległych krainach tu sprzedadzą drożej - albo wymienią na inne - a wyroby zakupione w Płocku sprzedadzą z zyskiem w kolejnym grodzie. Byle zarobić na pokój, piwo i jadło w gospodzie. Zdaniem ojca Mojmiry najlepiej jest posilać się i wypoczywać w karczmach na wsi, w okolicy Płocka takich nie brakuje. Karczmy na wsi zawsze oferują niższe ceny niż gospody w miastach, a i piwo warzone przez kmieci często ma lepszy smak.
            - Dziewczyna jednak tak jak zawsze próbowała przekonać ojca: może tym razem wynajmiemy pokój w miejskiej gospodzie?
            - Mojmiro, tyle razy rozmawialiśmy na ten temat. Za miastem będzie taniej, a wypoczynek przecież taki sam jak w mieście. Po co więc mamy przepłacać? Poza tym chciałbym jechać jeszcze do grodu Michałowo i sprzedać tam nasze towary.
            - Ale tu jest bezpieczniej - odpowiedziała - w nocy zamkną bramy w grodzie i na podgrodziu. Nikt nas nie napadnie.
            - Ojciec roześmiał się głośno i dodał: a kto ma nas napaść?
            - Ludzie powiadają, że na północy rozciąga się wielka puszcza, wspominałeś mi kiedyś o niej, za którą żyją poganie - odrzekła dziewczyna. Podobno potrafią wyłonić się z lasów niezauważeni i pojmać wielu w niewolę zanim z miasta nadciągną zbrojni z pomocą.
            - Ojciec roześmiał się głośno i dodał: Mojmiro, córko moja kochana, tak było dawno temu, teraz na północy stoi duży gród Michałowo, który ochrania wszystkich przed atakami pogan - tu ich nazywają Prusami - dodał po chwili. Bądź spokojna, nic nam się nie stanie. Z puszczy mogą się, co najwyżej wyłonić pruscy kupcy, którzy przybędą na targ sprzedawać swoje towary, bursztyn, futra i broń. Prusowie słyną z wyrobu bursztynowej biżuterii, więc jeśli dziś nasz utarg będzie wysoki to będziesz mogła coś sobie kupić.

              Dziewczyna grzecznie wysłuchała ojca i uśmiechnęła się na wieść o kupnie prezentu. Nie poruszała już więcej tematu związanego z noclegiem. Po zjechaniu z klasztornego wzgórza udała się z ojcem na plac targowy.
            - Ostatnią noc w drodze do Płocka również spędziliśmy na wsi - myśli tego typu i pewien lęk przed nocowaniem na wsi kłębiły się w jej głowie.


            Mojmira razem z ojcem poszła na tył wozu. Razem zaczęli wynosić towary. Dziewczyna układała na stole targowym biżuterię, naczynia oraz inne drobne wyroby. Jej ojciec skupił się natomiast na skórzanych kaftanach, zwierzęcych skórach i futrach, które zakupili w ziemi Ślężan. Nagle oboje spojrzeli na siebie i z uśmiechem zaczęli wynosić z wozu trzy duże kufry, z drzewa dębowego zdobione ornamentami roślinnymi. Lokalni rzemieślnicy, kupcy i inni, nawet dzieci, zgromadzili się w pobliżu ich kupieckiego wozu z ciekawością oczekując na otwarcie kufrów. Ich zawartość zachwyciła wszystkich: indyjskie korzenie i przyprawy, angielska wełna, sukno, barwniki do sukna, hiszpańskie wyroby ze skóry, niemieckie futra, włoskie i francuskie butelki z winem, perły, a nawet jedwabne szaty. Jednakże to nie było wszystko. Zawartość ostatniego kufra wprawiła w zachwyt, co prawda nieliczne, ale za to najinteligentniejsze i najlepiej wykształcone osoby. Ludzie tacy w każdej społeczności należą do mniejszości, mniejszości wyróżniającej się swoją wiedzą i postrzeganiem świata. Bo tylko ktoś, kto opanował umiejętność pisania i czytania potrafił docenić księgi - tzw. manuskrypty - spisane na pergaminie. Wszystkie stronice oraz okładki ze skóry były pokryte kolorowymi ozdobami, motywami zwierzęcymi lub małymi kompozycjami o alegorycznej symbolice. Jednakże nie ozdoby, ale treść były tu najważniejsze.

            Jedna z ksiąg nosiła tytuł "Historia Regnum Britaniae" jej autorem był Llandaff, Geoffrey z Monmouth. Na jej stronicach była opisana pasjonująca, mityczna historia Brytyjczyków. Autor twierdził, że początki Brytanii sięgają upadku Troi. Jednakże najwspanialsze w tej księdze są stronice opisujące historię o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu. Inna księga nieznanego autora opowiadała celtycką historię dwojga kochanków Tristana i Izoldy. Następne dwie księgi stanowiły o wiele wyższy poziom i były przeznaczone dla najbardziej wymagających myślicieli. Autorem obu był Jan z Salisbury, wybitny myśliciel szkoły we francuskim mieście Chartes. Pierwsza nosiła tytuł "Policraticus" ("Rządca"), a druga "Metaloghicon" ("W obronie logiki").
             Mojmira właśnie podziwiała jegomościa w jedwabnym płaszczu, który kupował książki - już nie będę mogła ich czytać, pomyślała, ale z drugiej strony przepisałam tak liczne fragmenty i przeczytałam je tyle razy. Dziewczyna wiedziała, że w końcu będzie musiała się rozstać ze swoimi ukochanymi książkami.
            - Miałeś rację, czekając z otwarciem tych kufrów. Cieszę się, że towary zakupione na jarmarkach szampańskich możemy sprzedać w Płocku tu gdzie żyła mama. Mojmira z radością wypowiadała te słowa obserwując minę swojego ojca. Dziewczyna zauważyła na jego twarzy zamyślenie, już chciała zapytać, dlaczego się nie cieszy, ale jej uwagę odwrócili kolejni klienci.
            Pogoda im dopisała, letnie promienie słońca coraz bardziej oświetlały płocki plac targowy, wypełniony licznymi kupcami oraz rzemieślnikami specjalizującymi się w różnych profesjach.
            - Kto wie może dziś sprzedamy te duże, czworokątne tarcze? Jeśli nie te duże, zasłaniające prawie całego wojownika to może, chociaż te mniejsze? - Zastanawiała się Mojmira. Ojciec zdobył je jeszcze przed moimi narodzinami nie powiedział skąd pochodzą, kto je wykonał. We Francji i we Włoszech wielu je oglądało, ale nikt nigdy nie kupił żadnej z nich. Ojciec mówił tylko, że są dziełem ludzi z północy i, że większe nadają się do walki pieszej, a mniejsze są przeznaczone dla jeźdźców. Czy miał na myśli ludzi żyjących w Puszczy? Zastanawiała się...

            Mojmira prowadziła handel razem z ojcem, oboje, tak jak zawsze podzielili się towarami. Dziewczyna miała duży talent, ojciec często powtarzał, że urodzony z niej handlarz. Potrafiła długo wpatrywać się w klienta swoimi zielonymi oczyma, wabić go uśmiechem, a potem sprzedawać towar po bardzo wysokiej cenie. - Potrafiłabyś sprzedać maczugę młynarzowi albo sieci rybackie górnikowi i jeszcze byś ich przekonała, że te produkty są dla nich niezbędne do życia - ojciec często śmiał się i powtarzał te słowa obserwując z dumą talenty handlowe swojej córki.
               Kiedy letnie lipcowe słońce było już wysoko na niebie, co dla ludzi było znakiem, że jest środek dnia, tj. południe, na placu targowym pojawił się tajemniczy człowiek. Ubrany w długi wełniany płaszcz z kapturem, zarzuconym na ramiona i zapiętym z przodu szarą klamrą. Dziewczyna dostrzegła, że mężczyzna jest uzbrojony - mimo długiego płaszcza okrywającego całe ciało - jej wyostrzone oczy dostrzegły przez chwilę wystającą pochwę miecza przypiętą do pasa pod płaszczem.
            Mężczyzna rozglądał się przez chwilę po kupieckich straganach, tak jakby szukał jakiegoś konkretnego produktu. Płynnie poruszał się między długim rzędem kramów bogatych w jadło i towary, których właściciele nawoływali w języku Polan oraz gwarze mazowieckiej, aby przechodnie zakupili ich wyroby. Nawoływania często odnosiły skutek, wielu mieszkańców Płocka oraz obcych zatrzymywało się przy jednym albo drugim kramie, aby zakupić rybę, wędzone mięso, piwo, zioła, placki, leki, barwniki, broń, sukna, a nawet krowy, kozy i konie. Niektórzy kupcy oferowali nawet tak egzotyczne towary jak sól lub cukierki. Mimo tylu pokus nieznajomy w wełnianym płaszczu nie uległ namowom i nie zatrzymał się przy żadnym kramie. Dopiero, gdy dostrzegł stragan i wóz kupiecki Mojmiry i jej ojca. Podszedł bliżej i zaczął się przyglądać towarom... Mojmira wpatrywała się w kaptur próbując dostrzec rysy jego twarzy.
            - Panie czy jakiś towar cię zainteresował? Zapytała grzecznie.
            - Tarcze, skąd je macie?
            - Pytanie zaskoczyło dziewczynę, która nie wiedziała zbyt wiele o tych tarczach - wykonali je ludzie z północy odpowiedziała.
            - Tak wy nazywacie ich ludźmi z północy, znacie też inne określenia poganie, barbarzyńcy. Uważacie, że są gorsi od was, bo dalej trwają przy religii przodków i nie chcą się zmienić.
            - Dziewczyna zamarła, nie wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować. Nie miała pojęcia, o czym mówi ten mężczyzna. My jednak nazywamy się Prusai, wy czasem nazywacie nas Prusami.
               Mojmira zastanawiała się przez chwilę, a następnie ogarnęło ją uczucie, które można nazwać mieszanką zdziwienia i przerażenia zarazem.         
            - Tarcze, które macie na sprzedaż my ludzie z północy nazywamy pawężami. Mężczyzna w kapturze wypowiedział te słowa i przeniósł swoje spojrzenie na jej twarz.
            - Panie, czy chcesz je kupić?
            - Zakapturzony mężczyzna po chwili odpowiedział: twoje oczy są zielone, a twoja aura inna niż twojego ojca. Dziewczyno, kim była twoja matka?
            - Niespodziewane pytanie zupełnie zaskoczyło córkę kupca, która dopiero po chwili odrzekła: moja matka zmarła, kiedy byłam dzieckiem, nie pamiętam jej. Ojciec opowiadał, że zmarła krótko po moich narodzinach.
            - A ja myślę, że twoja matka żyje i będzie żyła jeszcze przez długie lata. Ona jest u nas w kraju Prusów. Musisz przekroczyć puszczę, aby ją spotkać. Tajemniczy człowiek wypowiedział te słowa i wmieszał się w tłum. Dziewczyna oszołomiona stała i patrzyła, przez chwilę w miejsce, w którym zniknął tajemniczy przybysz. Pot kapał jej z czoła, poczuła się słabo. Nie wiedziała, co się dzieje, co powinna o tym myśleć. Pozostawiła handel na barkach ojca i na jakąś godzinę weszła do wozu odpocząć - ojcu powiedziała, że źle się poczuła.

            - Co to było? Pytała samą siebie siedząc na skrzyni w kupieckim wozie.
            - Kim on był? Czy ojciec mnie okłamał mówiąc, że mama nie żyje?
             Mojmira postanowiła się pomodlić. Zawsze w trudnych chwilach modliła się, prosiła o wstawiennictwo Matkę Boską, szukała też oparcia w Świętych. Dopiero po kilkudziesięciu minutach modlitwy do jej serca powrócił spokój, znalazła ukojenie, odprężyła się. Oddała Bogu wszystkie swoje troski, wiedziała, że razem z Nim da radę rozwiązać wszystkie życiowe problemy. Kiedy wyszła z wozu nie myślała już o tajemniczym, zakapturzonym człowieku. Postanowiła, że w odpowiedniej chwili delikatnie wypyta ojca o wszystko. Kolejne godziny handlu były owocne. Udało się sprzedać wiele luksusowych towarów.
               Mojmira obsługiwała osoby zainteresowane ich ofertą i zerkała w stronę ojca, który stał kilka metrów od niej i był pochłonięty rozmową z młynarzem - nawet nie dostrzegł nieznajomego, pomyślała.
              Po południu Mojmira razem z ojcem zaczęła zbierać produkty, których nie udało im się sprzedać. Czekała ich jeszcze podróż do wsi położonej na drodze prowadzącej do Michałowa, w której planowali wynająć pokój w gospodzie.
           
Niestety dziewczyna tego dnia musiała obserwować jeszcze jedno przykre wydarzenie. Działo się to, kiedy już szykowali się do drogi. Nagle oczy Mojmiry powędrowały w stronę postawionego przed chwilą podwyższenia. Okazało się, że tego dnia ma być wykonana kara śmierci. Mojmira widziała wiele wydarzeń tego typu. We Francji oraz w miastach włoskich i niemieckich. Wszędzie wyglądało to podobnie: kat ścinał mieczem lub toporem głowę skazanemu albo skazanej. Bardzo często egzekucję oglądały całe rodziny, wielu cieszyło się z widowiska. Córka kupca zawsze ze współczuciem obserwowała kobiety i mężczyzn, których zabijano ku uciesze gawiedzi. Ona jednak nigdy się nie cieszyła obserwując czyjąś śmierć.

           Nagle wiele osób zaczęło zachowywać się jak w jakimś amoku. Jedni biegli zobaczyć, co się dzieje. Inni cieszyli się z tego, co ma się odbyć. Dzieci biegły do przodu, aby mogły lepiej widzieć całe widowisko. Nawet Mojmira na chwilę zostawiła wóz i podeszła bliżej. Kiedy przecisnęła się między ludźmi jej oczom ukazał się smutny widok: dwóch wojów z Płocka prowadziło kobietę, która miała skute łańcuchami ręce i nogi. Wprowadzili ją po drewnianych schodach, na zbudowane z desek podwyższenie. Tam już czekał pieniek i topór. Po chwili na miejscu zjawił się kat. Jego twarz była zasłonięta. Rozkazał jednemu ze zbrojnych wojów, aby przytrzymał skazaną i położył jej głowę na palu. Kobieta płakała, jej długie włosy były rozpuszczone. Jednakże wyrok musiał być wykonany, a jej przestępstwa ukarane. Ludzie krzyczeli domagając się, aby kat już rozpoczął.

            - To straszne - pomyślała Mojmira - patrząc na zapłakaną twarz kobiety. Próbowała się szarpać jednak łańcuchy i trzymający ją płocki zbrojny skutecznie krępowały jej ruchy. Po chwili kat opuścił topór, a głowa nieszczęśniczki potoczyła się po podwyższeniu i spadła między ludzi. Tak oto widowisko się zakończyło i wszyscy mieszkańcy Płocka, Żydzi, cyrulicy, pisarze, duchowni, kupcy, rzemieślnicy, chłopi, dorośli, dzieci i starcy powrócili do swoich spraw.
               Mojmira ze smutną miną wracała do swojego kupieckiego wozu. Jej ojciec był pogrążony w rozmowie, zapewne o wykonanej przed chwilą egzekucji. Dziewczyna wiele razy, w różnych miastach obserwowała płacz kobiet, którym kat ścinał głowę toporem albo chłopów wieszanych na gałęzi. Ludzie często się cieszyli obserwując egzekucje - ona jednak zawsze czuła smutek i niechęć.
             Dziewczyna wiedziała, że takie zachowanie jest dziwne, ale nie potrafiła się zmienić. Oglądanie egzekucji popsuło jej humor do tego stopnia, że zapomniała o rozejrzeniu się za straganem z bursztynową biżuterią. Nawet nie zwróciła uwagi, czy poza dziwnym zakapturzonym jegomościem na ogromnym placu targowym kręcili się jacyś Prusowie.

            - Mówię ci tato, że to był Prus, jeden z tych mieszkających za wielką puszczą na północy - Mojmira podczas jazdy wozem opowiadała po raz kolejny o rozmowie z zakapturzonym wojownikiem.
              Ojciec dziewczyny pociągnął za lejce, aby koń ciągnący wóz trochę zwolnił. Następnie odpowiedział:         
            - To możliwe Prusowie są znani ze swoich dalekich wypraw handlowych, często pływają do odległych portów, wielu z nich z bursztynem jeździ aż do Italii i na Jutlandię, a nawet na Ruś. Inaczej jest z tymi, którzy chcą handlować w kraju Prusów. Takie osoby są skazane na rejs morski z Gdańska do jednej z pruskich nadmorskich osad. Próba dotarcia w głąb kraju Prusów jest bardzo ryzykowna. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie próbował się przeprawiać przez puszczę bez przewodnika. Osoba, którą widziałaś w Płocku mogła być pruskim kupcem, który przybył z wielkiej puszczy na północy.
            - A jeśli to nie był kupiec? Może to był szpieg, który przeszedł niepostrzeżenie z puszczy aż do miasta?
            - Mojmiro nasłuchałaś się zbyt wielu opowieści bardów i minstreli. Oni wędrują od miasta do miasta i opowiadają te wszystkie wymyślone historie o szpiegach, smokach, jednorożcach, księżniczkach, strzygach, utopcach, południcach, rusałkach...
            - W tym momencie zauważyła, że jej ojciec nagle przestał mówić.
            - Ojcze, co się stało? Kim są rusałki?
            - Córeczko to istoty, które starożytni Rzymianie nazywali nimfami, my Polacy i Prusowie nazywamy je rusałkami, wiłami, czasem południcami, ale nie rozmawiajmy już o nich. Kościół naucza, że są to złe, demoniczne stworzenia, które żyją w okolicy jezior albo w samych jeziorach.
            - W okolicy jezior? Dziewczyna dopytywała ojca, ale ten milczał. Postanowiła, więc zapytać o coś innego: Ten zakapturzony mężczyzna powiedział, że moja matka żyje w kraju Prusów za wielką puszczą.
            - Reakcja ojca bardzo ją zaskoczyła. Jego ręce zaczęły się trząść, pocił się strasznie i dopiero po kilku minutach zebrał się w sobie i był w stanie odpowiedzieć: Niee, nie Mojmiro to niemożliwee. Ja niggdy nie byłłem w kraju Prusów, a twoja matka była Słowianką i zmarła jak byłaś malutka. To bolesne wspomnienia nie rozmawiajmy już o nich.
            - Więc gdzie jest jej grób? Dlaczego w Płocku nie poszliśmy do jej grobu?
            - Bo ona jest pochowana za Michałowem, blisko puszczy...
            - Więc byłeś z matką w puszczy, może u Prusów też byliście?! Czy moja matka była Prusinką?!
              Ton głosu i treść pytania zaskoczyły nie tylko starego kupca. Mojmira sama się sobie dziwiła.
            - Ojcze ja przepraszam, nie wiem co dziś we mnie wstąpiło. To ten zakapturzony mężczyzna i ta kara śmierci.
             Ojcu jakby ulżyło, że córka zmieniła temat przyjął przeprosiny i powiedział:
            - tę kobietę skazano na śmierć za zabójstwo męża. To straszna zbrodnia, grzech, za który grzesznika czeka śmierć za życia i potępienie duszy po śmierci.
             Mojmira i tak współczuła kobiecie. Zawsze postrzegała Boga, jako miłosiernego i dobrego. Nie rozumiała, dlaczego Kościół pozwala zabijać katom ludzi.

            Dziewczyna się poddała i już nie ciągnęła dalej rozmowy z ojcem. Dalszą podróż spędziła w milczeniu. Jednakże nie potrafiła przestać myśleć o tym wszystkim, co się dziś wydarzyło. Nagle do jej uporządkowanego świata wkradło się wiele niepewności. Siedziała dalej w ciszy, obserwując coraz gęściejsze drzewa po obu stronach drogi, którą właśnie jechali. Podróż była tu równie niebezpieczna jak we Francji, Italii i innych krainach. Mojmira zauważyła, że drogi w całej Europie łączy to, że zostały wydeptane przez ludzi chodzących pieszo oraz utwardzone kołami licznych kupieckich, miejskich, chłopskich i książęcych wozów. Tu, na północ od Płocka, podobnie jak we Francji nikt nie dbał o budowę dróg jak to robili starożytni Rzymianie. Szerokość dróg, które w życiu widziała bywała różna, uzależniona od fantazji woźniców i struktury terenu. Częstym zjawiskiem były wyrwy powybijane końskimi kopytami oraz koleiny wyżłobione przez koła wozów i doły, które deszcz pozamieniał w istne grzęzawiska bardzo trudne do przebycia. Podróże takimi wyjeżdżonymi szlakami nie były ani przyjemne, ani bezpieczne dla kupców takich jak ona i ojciec. Niebezpieczeństwo wynikało nie tylko ze złego stanu dróg, na których można było połamać koła na wybojach, ugrzęznąć w błocie albo utopić się w rzece podczas przeprawy brodem - za którą prędzej często trzeba było zapłacić myto. Z dróg korzystali przecież nie tylko godni szacunku podróżni i kupcy przewożący towary, ale również przeróżni opryszkowie, najemnicy i demoniczne istoty, które można było zobaczyć nocą, najczęściej na rozstajach.
            Gęstym drzewom po obu stronach drogi nagle miejsce ustąpiły pola uprawne, na których rósł orkisz, odmiana zboża właśnie koszona za pomocą sierpów przez licznych chłopów i chłopskie kobiety. Wszak lato jest okresem żniw, więc taki widok na niedaleko wsi był czymś normalnym.
            Po chwili oczom siedzącej na kupieckim wozie Mojmiry ukazał się drewniany młyn, i wiejskie chaty. Właśnie dojeżdżali do wsi, w której chcieli wynająć pokój w gospodzie. Wieś nie różniła się niczym od tych, które już widziała. Chaty stały blisko siebie, nie było żadnych umocnień, wałów, czy fosy. Jedna chata wyróżniała się swoimi rozmiarami, zapewne mieszkał w niej zasadźca - pan wsi. Mimo większych rozmiarów jego chata, tak samo jak inne wiejskie zabudowania, młyn i stodoły były drewniane i kryte strzechą. Najbardziej okazały był stojący niemalże w środku wsi drewniany kościół kryty dachówką. Kmiecie w każdej wsi uważali kościół za najważniejszy budynek, im większy i ładniejszy był tym wieśniacy byli bardziej dumni. Oczywiście była jeszcze piętrowa karczma, do której właśnie zmierzali.

            Przybycie nieznajomych na wozie kupieckim wywołało we wsi duże zamieszanie. Dzieci od razu podbiegły blisko, kiedy tylko wóz zatrzymał się przy budynku drewnianej karczmy. Mojmira uśmiechała się do nich, pokazała im nawet niektóre towary, a po zejściu z wozu już w budynku karczmy opowiedziała kilka historii o smokach i bohaterskich wojownikach. Prędzej czekający przed wejściem stajenny zabrał ich konia oraz wóz. W środku główna sala była do połowy wypełniona ludźmi, którzy siedzieli przy równo ustawionych drewnianych stołach. Klienci na widok obcych na chwile podnieśli wzrok, a następnie powrócili do rozmowy i picia piwa, ulubionego trunku mieszkańców kraju Polan.
            Mojmira, kiedy już uwolniła się od ciekawych świata dzieci dołączyła do siedzącego samotnie przy stole ojca, z którym wypiła kufel piwa i zjadła robione z gruboziarnistej mąki podpłomyki. Udało im się nawet kupić trochę pieczonego, hodowlanego drobiu - wolę dziczyznę od hodowlanego drobiu i wieprzowiny, pomyślała - ale zjadła wszystko. Wiedziała, że chłopów nie stać na tak wykwintne dania. Kupcy i mieszczanie byli jednak bardziej zamożni, dlatego karczmarze na wsi od razu oferowali im najdroższe potrawy mięsne i najlepsze piwo.
            - Ojcze idę na spoczynek, powiedziała i poszła w stronę schodów - całe szczęście, że wynajął dwa pokoje, nie obudzi mnie pijany hałasując w środku nocy, powiedziała szeptem, po czym weszła po schodach i otworzyła trzecie drzwi po lewej stronie. Sen jednak nie nadchodził. Mojmira leżała, na twardym drewnianym łożu i rozmyślała o tajemniczym przybyszu. Czy był to wojownik z północy? Prus? On mówił, że powinniśmy ich nazywać Prusai. Czy ten jegomość przybył zza wielkiej puszczy? Czy moja matka żyje?
            Dziewczyna po spotkaniu "zakapturzonego" - postanowiła, że tak będzie go od tej pory nazywała - wypytywała klientów, z którymi rozmawiała o lud żyjący za puszczą. Usłyszała wiele różnych, czasem przerażających, a innym razem ciekawych opowieści o demonicznych istotach, świętych drzewach i wielu bogach.
            Jednak ze wszystkich najciekawsze rzeczy mówił pewien zbrojny, w kolczudze, z długim mieczem przy pasie - wspominał, że kilka razy pełnił wartę w Michałowie i kiedyś był nawet świadkiem ataku Prusów na wieś położoną na północ od Płocka - opowiedział jej, że Prusowie nie wycinają drzew, ponieważ są one dla nich święte, dlatego ich kraj pokrywają puszcze, święte są też dla nich jeziora i wszelka zwierzyna, podobno po upolowaniu zwierzęcia modlą się i przepraszają bogów, tłumaczą, że polowali z głodu, a nie dla przyjemności. Powiadają, że - opowiadał dalej żołnierz - kiedy Prus musi toporem ściąć drzewo, to najpierw modli się do dusz mieszkających w drzewie i prosi o wybaczenie. Na pytanie dziewczyny skąd to wszystko wie, żołnierz uśmiechnął się i powiedział, że eskortował raz kupca zmierzającego na targ położony za wielką puszczą.
            - Przedzieraliśmy się wiele dni, gdyby nie pruski przewodnik to byśmy pobłądzili w tej gęstwinie drzew i krzaków.
            - Pruski przewodnik? - Podchwyciła dziewczyna.
            - Tak, kilka razy w roku, kiedy zbliża się okres targowy z puszczy wyłaniają się Prusowie oferujący swoją pomoc w dotarciu na targ. Chcą za to towary, najczęściej broń oraz narzędzia.
            - Czego się jeszcze dowiedziałeś będąc w wielkiej puszczy? - Dopytywała Mojmira.
            - Wiem, że Prusowie nie budują kościołów, modlą się w ogrodzonych miejscach, które nazywają gajami. Są to dla nich miejsca święte, jeśli bym wszedł do takiego gaju to zabiliby mnie od razu. Święty Wojciech zginął dlatego, że wszedł do pruskiego gaju.
            - A czy widziałeś u nich takie tarcze? - Wskazała gestem ręki na tarcze, które mieli na sprzedaż. Żołnierz przyjrzał się im i odrzekł: skąd je macie? To pawęże! Bardzo solidne tarcze robione z drzewa sosnowego, widziałem kiedyś jak taka wytrzymała uderzenie włócznią rzuconą z bliskiej odległości. Metolowe ostrze nie dało rady jej przebić. Prusowie słyną z wyrabiania tych tarcz, używają ich w boju trzymając w jednej ręce, a w drugiej dzierżą włócznie, czasem miecze. Pawęże są pokryte surową skórą na całej wewnętrznej stronie.
            - Czy wiesz coś jeszcze?
            - O pawężach? Nic już nie wiem.
            - A o Prusach?
            - Jest jeszcze ta historia, którą opowiedział nam pruski przewodnik.
            - Jaka historia? Opowiedz to sprzedam ci tarczę za pół ceny!
            - Żołnierz roześmiał się i stwierdził, że tarcza mu się przyda, a potem dodał: była to historia o pruskim duchu, opiekunie lasu, przewodnik nazwał go Medinis. Podobno dzięki niemu w puszczy jest dużo zwierzyny, duch ten odstrasza każdego, kto wkracza do kniei mając wrogie zamiary.
             - Dziewczyna dalej naciskała na żołnierza, chciała wiedzieć więcej o tajemniczych Prusach, on jednak odszedł - przynajmniej kupił tarczę - pomyślała leżąc na łóżku w wynajętym pokoju.

              Nagle jej oczy zrobiły się senne, Mojmira już zasypiała, kiedy do jej uszu zaczęły dobiegać dziwne odgłosy. Otworzyła drewnianą okiennicę i wyjrzała na zewnątrz. Mieszkańcy wsi przed karczmą biegali, panował chaos, tu pędziła kobieta z małym, płaczącym dzieckiem na rękach, a kawałek dalej dostrzegła konia, który galopował bez jeźdźca.
            - Po chwili za drzwiami swojego pokoju usłyszała odgłosy kroków, potem mocne uderzenia pięścią w drzwi.
            - Mojmira! Otwórz! Musimy uciekać! - Usłyszawszy głos ojca dziewczyna pobiegła w stronę drzwi.
              Na zewnątrz gospody panował jeden wielki chaos, płonął młyn, spichlerz i wiele domów. Z kościoła szły największe płomienie. Na szczęście ich wóz kupiecki, znajdował się za gospodą, przy malej stajni, osłonięty kilkoma drzewami, stał jakby w ukryciu. Mojmira wyprowadziła z ojcem konie ze stajni, oboje w pośpiechu zaczęli zaprzęgać je do wozu. Po chwili wszystko było gotowe, więc ruszyli, najszybciej jak tylko mogli.
             Mojmira obserwowała płonącą wieś, niektórzy ludzie też płonęli, wszędzie leżały ciała. Nagle usłyszała głośny syk, który po chwili ustał.
            - Co to było? Zapytała ojca
            - Nikt jednak nie odpowiadał.
             Spojrzała w bok i jej oczy zaszły łzami. W ramieniu ojca sterczała strzała, próbowała go złapać, ale niestety spadł z wozu na ziemię. Mojmira chciała zatrzymać wóz, ale spłoszone konie galopowały prosto przed siebie, nie zwracając na nią uwagi. Nagle rozpędzony wóz najechał na duży kamień, lewe drewniane koło odpadło, koń wyrwał się z zaprzęgu, a Mojmira spadła na ziemię i straciła przytomność...

            Ból głowy był nie do wytrzymania - co się stało? Myśli nagle zaczęły wracać, otworzyła oczy i próbowała wstać. Ku jej zdziwieniu nogi i ręce nie chciały jej słuchać. Po chwili dotarło do niej, że jedne i drugie ma związane. Ręce miała skrępowane sznurem za plecami, co dodatkowo utrudniało jej podniesienie się. Inne kobiety razem z nią leżały na wozie, związane tak samo jak ona. Za wozem wlekli się mężczyźni z rękoma skrępowanymi z przodu i dodatkowo za pomocą solidnej liny przywiązanymi do wozu. Ci, którzy nie byli w stanie iść byli ciągnięci za wozem. Mojmira dostrzegła wśród nich zbrojnych z Płocka
- To chyba jeden z wozów, które widziałam we wsi; gdzie my jesteśmy, co się dzieje? - Pytania krążyły w jej umyśle. Musiała być nieprzytomna kilka godzin, ponieważ już świtało.
            Udało jej się usiąść. Za maszerującymi jeńcami konno jechało około dziesięciu jeźdźców, drugie tyle z przodu wozu. Przedzierali się przez mroczną gęstą puszczę jakimś wąskim przejściem między drzewami - nawet ciężko to nazwać ścieżką - pomyślała.
            Na wozie znajdowało się około dziesięciu kobiet, schwytanych mężczyzn było siedmiu. Nagle dotarli do małej polany, a jeździec jadący z przodu dał znak ręką, aby wszyscy się zatrzymali.
             - To muszą być Prusowie - myśl taka zakwitła w głowie Mojmiry, kiedy zaczęła się przyglądać swoim oprawcom. Wszyscy byli ubrani w zwierzęce skóry, mieli włócznie i tarcze, te małe - takie, jakie znajdowały się na naszym wozie kupieckim - wspomnienie tarczy i kupieckiego wozu przypomniało jej o ojcu, który prawdopodobnie zginął. Nagle łzy zaczęły jej lecieć po policzku, nie wiedziała, czy jej ojciec przeżył, powiedziała sobie jednak, że będzie dzielna.
            Wszyscy jeńcy szeptali i zarazem obserwowali Prusów.
            - Dlaczego się zatrzymali? Może chcą nas wypuścić?
            Prusowie byli wyraźnie podnieceni, zbierali chrust i zachowywali się tak jakby na coś, kogoś czekali. Nagle z lasu wyłonili się piesi wojownicy, wszyscy wyglądali podobnie, było ich około trzydziestu. Między nimi kroczyła tajemnicza zakapturzona postać, nie była to jednak ta sama osoba, którą widziała w Płocku - dziewczyna uświadomiła to sobie, kiedy nowo przybyli Prusowie podeszli bliżej. Mężczyzna w kapturze okazał się starcem, z długą siwą brodą.
            - Nagle dziewczyna uświadomiła sobie, co takiego robią ich porywacze. Oni budują stos! Kiedy uświadomiła sobie ten fakt ogarnęło ją przerażenie.             Tymczasem postać w kapturze, po dokładnemu przyjrzeniu się męskim jeńcom w kolczugach wskazała na jednego z nich.
             Mojmira pamiętała go z Płocka, to był jeden ze zbrojnych patrolujących targ. Inni zbrojni z miasta też zostali pojmani. Czy Prusowie spalili Płock? - Zastanawiała się. Zbrojny miał jakieś pięćdziesiąt lat - kiedy podszedł do naszego stoiska z towarami opowiadał mi o żonie i dwóch synach, z których jeden wyruszył w świat kilka lat temu, a drugi pomagał mu w prowadzeniu gospodarstwa niedaleko Płocka. To miły pan, dlaczego oni prowadzą go w stronę stosu?
            To, co wydarzyło się później wyglądało jak scena z najgorszego koszmaru. W środku stosu stał drewniany pal, do którego przywiązano mężczyznę. Milczał, jakby pogodzony ze swoim losem. Czy jego najbliżsi przeżyli? Jeśli przeżyli to czy kiedykolwiek dowiedzą się jak potoczyły się losy ojca, męża?
            Mojmira z uwagą obserwowała zakapturzonego starca, który w lewej ręce trzymał pochodnię, a prawą wznosił ku niebu, potem kłaniał się do ziemi, wypowiadał głośno słowa w nieznanym jej języku. Po chwili podpalił stos. Zbrojny zaczął krzyczeć, próbował się uwolnić, ogień najpierw zapalił jego spodnie, płomienie pięły się coraz wyżej, paliły materiał pod kolczugą, po chwili płomienie pokryły całego wojownika. Jeszcze przez chwilę był w stanie krzyczeć, potem już nie wydawał żadnych dźwięków. Prusowie obserwowali rytuał na stojąco, a niewolnicy odmawiali chrześcijańskie modlitwy za duszę nieszczęśnika.
            - Dlaczego ci barbarzyńcy zrobili coś tak strasznego? Mojmira zapytała, bardziej siebie niż innych. Jednak za jej plecami odezwała się dziewczyna, młodsza od niej: słyszałam opowieści o tym, że ludzie z północy po każdej bitwie oraz po każdej łupieżczej wyprawie składają swoim bogom w ofierze jednego z jeńców.
            - Skąd tu się wzięli zbrojni z Płocka? Zapytała Mojmira.


            - Poganie mieli już zbrojnych w niewoli podczas ataku na naszą wieś. Kiedy byłaś nieprzytomna słyszałam jak mężczyźni idący za wozem opowiadali o niespodziewanym ataku na Płock, miasto podobno stoi w ogniu, tak samo gród w Michałowie...