piątek, 24 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 3 DROGA DO LUBAWY)









ROZDZIAŁ 3

DROGA DO LUBAWY

       
           Wschodzące słońce oświetlało usypaną z ziemi górę, tzw. ziemny nasyp, na którym z drewnianych zgliszczy unosił się dym. Nic nie ocalało z zabudowy grodu. Spłonęły drewniane umocnienia zwane palisadą, wieża obserwacyjna oraz magazyn na broń, spichlerz i pozostałe budynki. Nie tylko Pikowa Góra została spalona. Niewykorzystane maszyny oblężnicze oraz okoliczne gospodarstwa Surwabuno również kazał puścić z dymem. Poza tym w ramach kary za to, że okoliczna ludność się nie poddała i nie przeszła na chrześcijaństwo zniszczono znajdujące w okolicy posągi przedstawiające wizerunki pogańskich bogów [tzw. pruskie baby] oraz zabito lub wzięto do niewoli napotkanych wajdelotów i kapłanki. Wiele osób uciekło w stronę Świętego Gaju nad rzeką Dreuanzą [Drwęcą; dziś Łąki Bratiańskie]. Surwabuno nie kazał ich jednak ścigać i zabronił przedzierać się w pogoni przez puszczę w stronę gaju. Wiedział, że zbyt wielu z jego ludzi zginęło podczas oblężenia i rozumiał, że Święty Gaj znajduje się w granicach innego lauksu, w którym są kolejne grody i zapewne wielu wojowników gotowych walczyć aż do śmierci w obronie swoich rodzin i religii.
       Dla Mojmiry był to kolejny poranek na tych pogańskich ziemiach. Dziewczyna nie wiedziała, co ją czeka. Z rąk jednych pogan przeszła w niewole kolejnej grupy barbarzyńców. Były, co prawda pewne różnice, w grodzie niewolników wykorzystywano do pracy fizycznej, zakuwano w łańcuchy, a na noc zamykano w klatkach. Tych mniej pokornych zabijano lub chłostano albo zakuwano w dyby. Ich nowi właściciele wykorzystywali natomiast same liny, którymi związali wszystkich schwytanych niewolników i ustawili parami jedna za drugą. Mojmira siedziała ze związanymi za plecami rękoma oraz związanymi nogami przy drzewie, przy którym Divan dogaszał ognisko i obserwowała nieszczęśników oraz pruskich wojowników przygotowujących się do podróży. Nie miała jednak powodu do narzekania. Nowy właściciel jeszcze ani razu jej nie uderzył ani nie próbował zgwałcić, co w grodzie było dość częstym zjawiskiem. Sama, co prawda nie została zgwałcona, ale była za to świadkiem wielu gwałtów na kobietach schwytanych w Płocku. Dziewczyna zauważyła, że najeźdźcy poza końmi, których dosiadało tylko kilkunastu z nich, mieli ze sobą zaledwie kilka wozów wyładowanych nielicznymi łupami.
            Po chwili do Mojmiry podszedł jej nowy właściciel i rozwiązał jej ręce, a następnie skrępował je sznurem ponownie, ale z przodu. Później wziął kolejny dłuższy sznurek i przywiązał jeden jego koniec do siodła, a drugi do jej skrępowanych rąk. Dziewczyna wiedziała już, co ją czeka. Marsz za koniem swojego nowego pana.

            Divan włożył lewą nogę w strzemię i dosiadał grzbiet Witry. Następnie chwycił prawą ręką wodze i powoli ruszył. Nie miał ze sobą zbyt wiele, nie licząc kilku pergaminów umieszczonych w jednym z tobołków przytwierdzonych do siodła i kolejnego tobołka z jedzeniem.
- Divanie, jak ci się podoba twoja nowa niewolnica? Prawda, że agresywna? Wiedzieliśmy, że ci się spodoba.
- Mówiłem, że nie potrzebuję nowych niewolników. W moim lauksie i tak mam ich zbyt wielu.
- Więc pewnie sprzedasz ją w Lubawie na targu niewolników?
- A co mam z nią zrobić? Odrzekł Divan. Najlepiej ją sprzedać.
- Młoda, ładna. Powinieneś dostać za niedobrą cenę. Odpowiedział Graude.

Mojmira przysłuchiwała się dwóm Prusom, ale nie znała ich języka, więc nie potrafiła zrozumieć, o czym rozmawiają.

Był już dzień, ale mimo tego w wielu miejscach między gąszczem drzew dominowały ciemności. Często było słychać dźwięki zwierząt i trzask gałęzi. Pruska puszcza była przerażająca. Ścieżka, którą właśnie szli była szeroka na dwa konie idące obok siebie. U Prusów nie było czegoś takiego jak szerokie drogi albo ogromne łąki. Wszędzie tylko drzewa i wrażenie, że ciągle ktoś cię obserwuje. Widok po lewej i prawej stronie ścieżki był taki sam, gdzieniegdzie przebijało się światło słoneczne ukazujące bagna i czającą się w oddali dziką zwierzynę. Kto wie, jakie potwory i demony się tam znajdują? Dziewczyna wiedziała, że nie ma sensu próbować się uwolnić i uciekać. Próba ucieczki w głąb puszczy dla kogoś, kto nie zna tych terenów nie mogła się skończyć dobrze.
            Nagle pruski wojownik jadący z przodu na białym koniu uniósł dłoń, dając tym gestem znak, aby wszyscy się zatrzymali. Mojmira coraz wyraźniej słyszała dobiegający z lewej strony dziwny dźwięk, jakby łoskot i pomrukiwanie. Coraz głośniejszy odgłos szeleszczących liści i pękających gałęzi niewątpliwie oznaczał, że coś dużego przedziera się przez gęstwinę drzew. Prusowie nagle stali się niespokojni, kilku ruszyło na zwiady między drzewa, a pozostali pilnowali łupów i niewolników.

Graude wziął do ręki swój topór i dał znak Gryźlinowi żeby chwycił za łuk i kołczan, które zawsze wozi ze sobą przytwierdzone do siodła. Po chwili obok nich stanął umięśniony Prus o imieniu Stenke, który trzymał swoją włócznię oraz pawęż i czekał na rozwój wydarzeń. Wszystko działo się niezwykle szybko. Zwierzę z ogromnymi rogami, o wiele większe od byka skoczyło na Stenke, który w ostatniej chwili zasłonił swoją klatkę piersiową ogromną tarczą. Pawęż pękła pod naporem ogromnego cielska i rogów, a pruski wojownik został odrzucony kilka metrów w tył. Jego masywne ciało z ogromną siłą uderzyło w drzewo przy, którym pozostał leżąc w bezruchu cały we krwi.
Gryźlin widząc rozwój wydarzeń wystrzelił kilka strzał w stronę tura, bo tak zwało się to zwierzę, które wbiły się mocno w jego cielsko. Rozwścieczona, ranna bestia właśnie pędziła w stronę łucznika próbując go nadziać na swoje długie rogi. Nagle z zaskoczenia z krzaków wyskoczył Graude, który zamachnął się swoim toporem szyję tura. W tym samym czasie Gryźlin wpakował w niego jeszcze kilka strzał. Po kilku chwilach ogromna bestia, jedna z największych żyjących w pruskiej puszczy leżała na ziemi między drzewami.
            W tym samym czasie na przedzie pochodu z puszczy wyłoniły się kolejne dzikie bestie. Wszystko wyglądało tak jakby bogowie chcieli ukarać Surwabuno za spalenie Pikowej Góry i walkę z ludźmi starej krwi. Mojmira słyszała liczne opowieści o turach, ogromnych bestiach, z długimi rogami zdolnymi do staranowania każdej przeszkody. Pierwszy raz jednak mogła zobaczyć i to aż dwa okazy tych zwierząt na własne oczy. Wielu opowiadało, że ich ciała ważą tyle, co pięciu tęgich mężczyzn.
            - Rozmyślania dziewczyny szybko zostały przerwane poprzez krzyki na tyłach pochodu. Okazało się, ze tam również bestie zaatakowały.
            - Divan natychmiast odciął sznur, którym była przywiązana do siodła, co nie zmieniło faktu, że jej ręce i tak były dalej związane. Miała jednak wolne nogi, a ręce skrępowane z przodu nie utrudniały poruszania się w takim stopniu jak nadgarstki spętane za plecami.
            - Co robimy? Krzyczał Divan jadąc konno w stronę Surwabuno przy którym zebrało się już kilku wojowników.
            - Musimy je wszystkie pozabijać. Coś je spłoszyło. Tury nigdy nie atakują uzbrojonych ludzi poruszających się w tak dużej grupie. Odrzekł przywódca siedzący na swoim białym koniu.
            Na szczęście mocne tarcze oraz liczne włócznie okazały się przydatne w walce. Nie obyło się jednak bez ofiar. Poza Stenke zginęło jeszcze pięciu Prusów oraz dwóch niewolników. Kiedy było już po wszystkim Divan podjechał w miejsce, w którym pozostawił Mojmirę, której nigdzie nie mógł dostrzec.
            -Gdzie ona się podziała? Zastanawiał się, po czym dostrzegł świeże ślady wiodące w głąb puszczy.

- Musisz biec, uciekaj, biegnij… Mojmira pędziła przez puszczę przerażona. Nie pojmowała skąd wzięły się w jej głowie te dziwne głosy. Wiedziała jednak, że musi uciekać. Przedzierała się przez krzaki, na obszarze bagnistym i pełnym dzikiej zwierzyny oraz jak wierzyła pogańskich demonów. Ciemność i jasność były nieodłącznymi elementami obserwowanego przez nią krajobrazu. Kilka razy upadła z powodu ciemności, z kolei w innym miejscu musiała przedzierać się przez gęste krzewy na obszarze, który był częściowo oświetlony przez słoneczne promienie. Głosy stawały się coraz silniejsze. Nagle potknęła się o wystający korzeń i stoczyła z kilkunastometrowego wzniesienia. Z trudem się podniosła i po chwili ponownie upadła z powodu bólu lewej kostki, którą, jak sądziła skręciła. Po chwili zauważyła, że znajduje się w dziwnym miejscu. Była to mała przestrzeń, między drzewami w centrum, której znajdował się ogromny kamień swoimi rozmiarami dorównujący turom, które jakąś godzinę temu zaatakowały Prusów zmierzających z niewolnikami w stronę Lubawy.

Kamień był otoczony przez kilkanaście mniejszych kamieni, które tworzyły krąg oddalony od centralnego kamienia jakieś dwa metry. Ponad to w miejscu tym znajdowały się liczne posągi pruskich bóstw, które Mojmira widziała często podczas niewoli w Pikowej Górze. Stały tam również posągi przedstawiające wizerunki wojowników trzymających miecz oraz takich z włócznią i pawężem. Dziewczyna była pod wrażeniem tego tajemniczego miejsca. Nie docierały tu odgłosy puszczy, tak jakby w pobliżu nie czaiły się żadne zwierzęta.

- Gdzie ja jestem? W głowie jej szumiało, ręce dalej miała związane z przodu, jednak najgorszy był ból lewej nogi, którą zahaczyła o korzeń. Mimo tych trudności usłuchała głosów w swojej głowie i doczołgała się do stojącego w środku ogromnego kamienia. Po czym zemdlała.
- Czy to sen? Mojmira niby znajdowała się w tym samym miejscu, ale jakby na jawie, tak jakby obserwowała wydarzenia z przeszłości. Przy każdym z mniejszych kamieni znajdowały się kobiety w kapturach, a przy największym kamieniu dwóch zakapturzonych mężczyzn trzymających pochodnie. Obok nich znajdował się ołtarz, którego prędzej nie dostrzegła. Na ołtarzu płonął ogień, który zgromadzeni traktowali z wielką czcią.

Po chwili oczom Mojmiry ukazał się widok gospodarstw rozsianych po puszczy oraz drewniane grody. Widziała bawiące się dzieci oraz kapłanów modlących się przy starych drzewach. Widziała różne pruskie plemiona, które wyznają podobną religię i czczą tych samych bogów. Nagle ponownie usłyszała tajemnicze kobiece głosy:
- Tak było dawniej dziecię starej krwi. Rzekł jeden głos.
- Tak jest obecnie, ale już nie wszędzie dziecię starej krwi. Powiedział drugi głos.
- Kim jesteście? Co to jest dziecię starej krwi?
- Ty jesteś dzieckiem starej krwi. Naszej krwi. Odrzekł trzeci głos.
- Ja urodziłam się na ziemi Polan, jestem chrześcijanką odrzekła Mojmira.
- Jesteś jedną z nas dziecię starej krwi. Twoja matka też była jedną z nas.
- Moja matka pochodziła z Płocka była chrześcijanką. Mojmira krzyczała, wstrząśnięta i przerażona tym, co się działo dookoła niej.
- Chrześcijanie zabili twoją matkę. Dla nich tacy jak my są złem, demonami. Chrześcijanie odrzucają magię, jako złą, każde bóstwo jest dla nich złym demonem. Chrześcijanie niszczą puszczę i zabijają tych, którzy nie chcą modlić się do ich boga.
- Chrześcijanie są dobrzy. Nasz bóg jest prawdziwy. Odrzekła Mojmira.
- Dziecię starej krwi my też jesteśmy prawdziwi, puszcza daje nam moc, dlatego wyznawcy krzyża tak ją niszczą.
- Zabijają tych, którzy modlą się w Świętych Gajach. Rzekł jeden z głosów.
- Prześladują tych, którzy czczą wieczny ogień. Dodał drugi głos.
- Chrześcijanie są złem, wyznawcami boga z oddali, który sieje zniszczenie. Dodał kolejny głos.
- Chrześcijanie chcą żeby poganie przyjęli chrzest i zostali zbawieni. Dodała Mojmira.
- Dziecię, co sądzisz o mieszkańcach miast Polan? Tych, co odrzucili starych bogów i za sprawą zdrajcy o imieniu Dagome przyjęli nową religię. Dagome po chrzcie nazwali Mieszkiem. Oni to odeszli od swoich bogów i przyjęli chrzest. Dziecię, czy uważasz, że wyznawana przez nich religia jest sprawiedliwa?
- Myśli w głowie Mojmiry wirowały. Cierpienie, które widziała w tylu chrześcijańskich miastach we Francji, Włoszech i Polsce. Nawet to co widziała w Płocku kara śmierci i osoby zakute w dyby. Wszystko przelatywało jej przed oczyma. W duszy wiedziała, że w krajach chrześcijańskich religijność jest powierzchowna. Wszystko tam sprowadza się do chodzenia do kościoła, a moralnością i ewangelią niewielu się przejmuje. Niewolnictwo, tortury, kary śmierci i domy publiczne są tam czymś normalnym.
- Dziecko widzimy i słyszymy twoje myśli, widzimy twoje wspomnienia. Tyś jest dziecię starej krwi, jesteś nasza, nie ich. Czy pozwolisz im zniszczyć swój dom? Czy pozwolisz im zgładzić puszczę, a wraz z nią twoich pruskich braci?
- Ziarno niepewności zostało zasiane. Odrzekł pierwszy głos.
- Naiwność i chrześcijańskie kłamstwa zostały przełamane. Dodał drugi głos.
- Prawdę musisz odnaleźć sama. Dodał trzeci głos.
- A teraz obudź się dziecię starej krwi…

- Ciesz się, że poszedłem w głąb puszczy za twoimi śladami i cię znalazłem. Gdyby nie ja już byś pewnie była martwa, rozszarpana przez wilki. Mojmira spojrzała na nogę, którą pokrywała jakaś ziołowa papka, a następnie zerknęła na Divana.
- Dlaczego mnie szukałeś?
- Niewolnicy są cenni - odrzekł, a zwłaszcza młode dziewczyny prezentują dużą wartość. Dodał. Po czym pomógł jej wsiąść na swojego konia, który na szczęście nie ucierpiał podczas niespodziewanego ataku.
- Mojmira zrobiła smutną minę i już o nic nie pytała.
- Po chwili dosiadała grzbiet Witry, konia należącego do Divana. Ręce miała cały czas związane z przodu. Divan usiadł za nią, a następnie objął ją rękoma, aby uchwycić końskie wodze.
- Surwabuno kazał załadować ciała poległych Prusów na wozy, a ciała martwych niewolników rozkazał spalić. Następnie wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
- Divanie, dlaczego twoja niewolnica nie idzie pieszo, tak jak pozostali jeńcy?
- Pytanie zadane przez Graudego w języku pruskim, wprawiło Divana w zakłopotanie. W duszy sam się zastanawiał, dlaczego nie każe jej iść kulejącej pieszo. Nowo schwytani niewolnicy nie zasługiwali na wygody, kiedyś, kiedy jeszcze wyznawaliśmy starą wiarę składaliśmy po każdej bitwie jednego z jeńców bogom w ofierze. Divan po krótkim namyśle odpowiedział w pruskiej mowie: ta kobieta kuleje, została ranna podczas ataku, teraz ledwo chodzi. Boję się, że będzie nas spowalniała. Chciałbym ją jak najszybciej sprzedać.
- No cóż opóźnienie podróży z powodu kobiety nie byłoby miłe. Chcę jak najprędzej dotrzeć do swojego lauksu i napić się kumysu.
            - O tak kumys, odparł Divan, ja też dziś się upiję. Po wypowiedzeniu tych słów zaczął ponownie się zastanawiać nad swoim zachowaniem. Dlaczego tak dbam o tę dziewczynę? Dlaczego jej tam nie zostawiłem? Przecież i tak sprzedam ją w Lubawie na targu niewolników. A może zostawię ją dla siebie? Wtedy czekałby ją los służącej, będzie musiała pracować w moich włościach. Po wielu latach prawdopodobnie tak jak inni niewolnicy przyzwyczai się do naszego stylu życia i stanie się jedną z nas. Tak najczęściej bywało. Choć zdarzały się sytuacje, które wymagały zabicia sprawiającego ciągłe problemy niewolnika, który nie chciał zaakceptować swojego losu, często uciekał albo gardził naszymi wierzeniami. Po chwili jego rozmyślania przeniosły się na bardziej miłe wspomnienia o domu, którego nie widział od kilku tygodni. Doszedł do wniosku, że zaraz po powrocie rozkaże przygotować dla siebie ucztę, na której będzie pił kumys i jadł zwierzynę upolowaną przez służbę.  


[          Średniowieczni Prusowie pili najczęściej dwa rodzaje trunków kumys i miód. Ten pierwszy był dostępny tylko dla nobilów, rijkasów, elity oraz najbardziej zamożnych wojowników. Miód był natomiast przeznaczony dla pospólstwa i niewolników. ]


            - Ta puszcza jest straszna. Drzew, jezior i bagien jest tu o wiele więcej niż na Mazowszu i w innych krainach Polan. Dlaczego ojciec uparł się na podróż w stronę Michałowa i nocleg w wiejskiej karczmie? Dlaczego mnie to wszystko spotyka? - Rozmyślała Mojmira. Ludzie mówili nam, że puszcza Prusów jest opanowana przez złe duchy, że tylko nieliczni próbują się przez nią przedrzeć i wkroczyć na ziemie pogan. Nawet nie rozumiem ich języka! To takie irytujące! Ten Prus jest pierwszym, który zrozumiał moją mowę. Ciekawe, czy mnie zabije?
            Dziewczyna rozejrzała się dookoła, dwóch wojowników jechało za nimi konno w dość dużej odległości, na samym końcu konnej drużyny ciągnięto na linach związanych niewolników.
            - Dlaczego ja nie jestem razem z nimi, tylko jadę na koniu razem z tym Prusem? Dopiero teraz oszołomiona, zadała sobie to pytanie. Po chwili zaczęła się dalej rozglądać. Jeden z dwóch jadących za nimi, na czarnym koniu z ciemną grzywą, potężnie zbudowany wojownik uzbrojony we włócznię, na plecach miał przyczepioną tarczę - pawęż, pomyślała. Są takie same jak te, które sprzedawaliśmy. Poznała go od razu. To on schwytał ją w grodzie i obezwładnił, kiedy się broniła, a potem przyprowadził do Divana. Obok niego jechał wyższy i o wiele lepiej zbudowany, ubrany w zwierzęcą skórę wojownik z ogromnym toporem przypiętym do pasa. Dziewczyna nie potrafiła sobie przypomnieć, czy widziała kogoś jeszcze, kto by władał toporem pozostali mieli włócznie i tarcze z umbem lub bez. Niektórzy byli uzbrojeni w miecze. Najbardziej okazale wyglądał jednak wojownik jadący z przodu na białym koniu.

[ Mojmira nie wiedziała wówczas, że białe konie miały dla Prusów szczególne znaczenie i dosiadały je tylko osoby o wysokim statusie. ] Jeździec ten był trochę podobny do rycerzy, których poprzedniej wiosny widziała z ojcem podczas podróży po krainie Ślężan. Swoim uzbrojeniem wyróżniał się spośród wszystkich Prusów, których spotkała do tej pory. Największą zagadką było dla niej uzbrojenie wojownika.

            Tym jeźdźcem był oczywiście Surwabuno. Jako jedyny nosił on dużą tarczę o migdałowym kształcie, która w pozycji stojącej jest w stanie osłonić jego ciało od szyi do stóp. Obecnie tarcza założona na plecy była pokryta krwią. - Czy jest to krew obrońców Pikowej Góry, a może to krew tych dziwnych zwierząt, które nas zaatakowały? Zastanawiała się.

[ Tarcze tego typu pochodziły z Normandii, wyrabiano je z drewna i obciągano utwardzaną skórą. Były one przeznaczone do walki na grzbiecie konia, choć wykorzystywała je też piechota. ]

Mojmira zauważyła, że umb na tarczy rijkasa jest pokryty tajemniczymi znakami. Duże wrażenie zrobił na niej jego ogromny miecz. Dziewczyna nie wiedziała, że miecz i tarcze Surwabuno kupił od wikingów na "Froum lubovie" (targu w Lubawie). Surwabuno był odziany w kolczugę z kapturem, która chroniła jego ciało przed uderzeniami mieczem i ataki sztyletem, jakich mogli ewentualnie próbować dokonać, skrytobójcy wysyłani przez jego wrogów pragnących pozostać przy starej religii. Dodatkowo jego głowę osłaniał stożkowaty szyszak.
            - Kim jest ten wojownik jadący przed nami? Zapytała bez zastanowienia Divana?
            - To Surwabuno, nasz przywódca, pan grodu Lubawa, pod jego rozkazami służy wielu sławnych Prusów, nawet tacy, którzy kiedyś byli jego wrogami.
            - Więc to jest przywódca - pomyślała.
            - Nasz pan przyjął chrzest z rąk biskupa Chrystiana i udał się kilka lat temu do papieża do Rzymu. Byłem tam razem z nim - dodał z dumą Divan.
            - Ostatnie słowa wywarły na dziewczynie ogromne wrażenie. Przecież to kraj barbarzyńców składających ofiary z ludzi! Nie wiedzą, czym jest piwo i modlą się do drzew, zabili wielu misjonarzy próbujących ich nawrócić. barbarzyńcami nazywają ich w Płocku i na całym Mazowszu, nawet w Krakowie, mówią o nich barbarzyńcy z północy.  Papież, Rzym mierzenie czasu w latach? Przecież ojciec opowiadał mi, że Prusowie liczą czas od jednych plonów do drugich. Skąd oni wiedzą, kim jest biskup i papież? Nagle uświadomiła sobie, że wypowiadała głośno te słowa i zrobiła się blada - zabiją mnie, za to, co powiedziałam, pomyślała.
            - Divan, który cały czas obejmował ją rękoma trzymając lejce swojego gniadego konia milczał. Czy to już mój koniec? Ci dwaj jeźdźcy jadący za nami na pewno słyszeli moje słowa. Boże ja tu zginę! Negatywne myśli w jej głowie były tak intensywne, a jej skóra blada, związane z przodu ręce trzęsły się ze strachu. Nagle usłyszała głos Prusa, który do tej pory jechał za nimi. Był to ten duży wojownik, z toporem. Podjechał na swoim czarnym koniu, którego głowa zrównała się z grzywą karego konia, dosiadanego przez nią i tajemniczego Prusa, Divana.
            - Graude, czego chcesz?
            - Divan, co mówiła ta kobieta? Nie słyszałem zbyt dokładnie jej słów.

            Jej słowa, choć wypowiedziane na głos, nie były wyraźnie słyszane przez osoby jadące za nimi, odstęp między koniem dosiadanym przez Mojmirę i Divana, a jeźdźcami jadącymi z tyłu był dość znaczny. Co innego Surwabuno, który jechał dosłownie kilka łokci przed nimi. On musiał słyszeć wszystko, jednak mimo tego milczał.
             Divan jako przyjaciel rijkasa z Lubawy zawsze jechał zaraz za nim albo obok niego. Poza tym gęste puszcze i wąskie ścieżki uniemożliwiały, więcej niż dwóm jeźdźcom, jazdę obok siebie. Pozostali członkowie drużyny Surwabuno jechali najczęściej parami jeden za drugim. Za nimi na wąskiej ścieżce wiodącej przez gęstą puszczę, pieszo szli schwytani po bitwie pod Pikową Górą niewolnicy i zwyczajni wojownicy, ubrani w skóry zwierząt i uzbrojeni we włócznie, niektórzy mieli miecze, nieliczni miecz i drewnianą tarczę.
            - Ona się odwróciła - mówił Divan - spojrzała na ciebie i powiedziała w języku Polan, że ten duży wojownik z toporem musi być naszym przywódcą. Jest największy, ma największego konia i wygląda na najsilniejszego. Mówiąc to Divan nie ukrywał śmiechu, śmiał się bardzo głośno.
            - Graude również zaczął się śmiać, zerkając kontem oka na jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu. On jednak się nie śmiał, nawet nie odwrócił głowy - choć było wiadomo, że wszystko słyszał.
            - Graude, jak ona mogła pomylić cię z naszym władcą? Dodał śmiejąc się Divan, pozostali, z wyjątkiem Surwabuno też się śmiali.
            - Po chwili Divan, delikatnie ścisnął piętami boki Witry, który podjechał do jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu.
            - Następnie pierwszy przemówił: słyszałeś to co ona mówiła? Ukarzesz ją?

               Mojmira cały czas była przerażona. Dlaczego oni się śmiali? Nagle spostrzegła, że zbliżają się do jeźdźca, o którego prędzej pytała. Divan przemówił, a ona zamarła. Mówi w języku, który rozumiem - pomyślała - O co chodzi z karaniem mnie? Boże złożą mnie bogom w ofierze! Nagle, po raz kolejny uświadomiła sobie, że swoje myśli wypowiedziała głośno.

            Surwabuno po raz pierwszy odwrócił głowę, spojrzał w jej zielone oczy, patrzył długo zanim przemówił.
            - Dużo mówisz, odważna jesteś.
            - Dziewczyna znowu zbladła.
            - Minęło wiele wiosen odkąd ostatni raz kazałem złożyć ofiarę z człowieka. Wiesz?
- Ci, z którymi walczyliśmy przy Pikowej Górze wierzą, że bogowie cieszą się ze składanych im ofiar. A ty jak uważasz?
- Po ataku na Płock i okoliczne wsie widziałam jak żywcem spalili człowieka. Zapewne to była ofiara dla bogów.
- Masz rację. Odrzekł Surwabuno. Oni dalej wierzą, że takie ofiary mają sens. Ofiary z ludzi, zwierząt i pokarmów. Kościół to wszystko nazywa pogaństwem, za którym stoi szatan.
- Twoja mowa faktycznie jest podobna do tej z kraju Mieszka. Nagle Surwabuno zmienił temat, co wyraźnie zaskoczyło Mojmirę.
- W ciągu tego samego dnia ponownie słyszę o Mieszku najpierw te dziwne głosy, a teraz on. Pomyślała.
- Mieszko nawrócił Słowian na chrześcijaństwo. Jako poganin miał na imię Dagome.
- Surwabuno i Divan byli wyraźnie zaskoczeni wiedzą schwytanej niewolnicy. Która mówiła dalej:
            - Ojciec opowiadał mi kiedyś, że Mieszko przyjął chrzest i nawrócił Słowian na wiarę w jednego Boga. Mówił, że teraz jest lepiej, że starzy bogowie wymagali krwawych ofiar. Ojciec często wspominał, że Mieszko był wielkim władcą i dzięki niemu zaczęli pojawiać się liczni kupcy, przybywający z kraju Czecha. Nasi kupcy też mogli tam podróżować i sprzedawać swoje towary. Poza tym dzięki nowej religii pojawili się liczni duchowni potrafiący czytać i pisać.
            - Divan słysząc wzmiankę o pisaniu i czytaniu, wyprostował się dumnie w siodle.
            - Divan też to umie. Potrafi czytać i pisać tak jak duchowni, zna też wiele języków Polan.
            - Słysząc te słowa Mojmira spojrzała na Divana tak jak jeszcze nigdy przedtem.
            - Czy w jej oczach to był podziw? Pomyślał Divan. Co ta kobieta sobie myśli! Przecież ona jest niewolnicą!
            - Surwabuno kontynuował swój wywód: jedne z twoich słów brzmią tak jak w kraju Ślężan, a inne są podobne do tych z Gniezna albo Płocka. Podczas podróży do Rzymu i w drodze powrotnej odwiedziłem wiele waszych miast, Kraków, Płock, Gniezno. Słyszałem waszą mowę, Polanie na południu mówią inaczej niż ci z północy. A Ty mówisz tak jak kupcy, którzy przez całe życie podróżują po różnych krainach i sprzedają swoje towary. U nas w Lubawie do niedawna ludzie nie wiedzieli, czym są miasta, z osób tu obecnych tylko ja i Divan je widzieliśmy. Lubawa będzie pierwszym miastem w Prusach. Od kiedy przyjęliśmy chrzest do mojego grodu przybyło wielu kupców oraz osadników z kraju Polan. Chciałbym żeby Lubawa stała się tak duża jak Gniezno. 
            - Chrzest? - Zapytała.
            - Tak kilka lat temu przybył do nas biskup Chrystian i przyniósł nam nową wiarę. Kiedy zobaczył naszą siłę stwierdził, że powinniśmy zostać ochrzczeni przez władcę chrześcijan zwanego papieżem. W 1216 roku biskup Chrystian udał się z nami do Rzymu, gdzie papież Innocenty III nadał mi imię Paweł, a Warpodzie, mojemu przyjacielowi, potężnemu rijkasowi, który również przyjął chrzest nadał imię Filip. Papież ochrzcił mnie i członków mojej drużyny. Po powrocie biskup Chrystian ochrzcił też innych rijkasów i wielu zwykłych Prusów. Kiedyś na Ziemi Sasinów było nas wielu, obecnie ja władam prawie całym terytorium.
            - Nagle Mojmira zapytała. Skoro przyjąłeś chrzest, czy to oznacza, że nie złożysz mnie w ofierze?
            - Surwabuno zaśmiał się głośno. I dodał po chwili: ja nie złożę cię w ofierze, ale jesteś niewolnicą Divana, a on nie jest tak dobry jak ja.
            Surwabuno i Divan zaśmiali się głośno.
            - Mojmira, znowu zbladła ze strachu. Co się ze mną stanie? - Pomyślała, tym razem już bez wypowiadania słów.
            - Przez dalsza drogę dziewczyna postanowiła, że już nie będzie nic mówiła.
            - Krótko po rozmowie do jej uszu zaczęły dolatywać dźwięki śpiewu. Słowa wydobywające się z ust Prusów były dla niej niezrozumiałe, jednak śpiewali wszyscy, łącznie z Divanem i Surwabuno.
            Dziewczyna wiedziała, że z czasem zrozumie pruską mowę. Zawsze tak było, w krainie Czechów, na Rusi, u Ślężan, gdziekolwiek nie pojechała z ojcem handlować towarami, zawsze po kilku tygodniach zaczynała rozumieć obcą mowę. Ojciec powiedział jej kiedyś, że to rzadki dar, którym Bóg obdarza tylko nielicznych. Najczęściej obdarzonymi są kupcy, którzy muszą podróżować, nie tylko między wsiami i miastami, ale też między całymi krainami, księstwami, a czasem nawet królestwami.
            - SENDÎNGTWEI (...) KWAITÎSNA, EBWARÎTUN, GIRSNA. Pojedyncze słowa pieśni wpadały do jej uszu. Ciekawe, co oznaczają?
            Długo tak jechali i śpiewali, w końcu Prusowie w wielu krainach, nawet u Wikingów, byli znani ze swojego zamiłowania do śpiewu. Wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzili jakieś z pruskich plemion, Sasinów, Galindów, Pomezan, Pogezan, Warmów, Natangów, Sambów, plemiona zamieszkujące Barcję albo Nadrowię, wiedzieli, że łączą ich wszystkich wspólne cechy: waleczność i gościnność. Wiedzieli również, że wszystkie pruskie plemiona są niezwykle rozśpiewane i roztańczone. Prusowie kochali śpiew, śpiewali przy każdej okazji, pracując, idąc na wojnę, śpiewali w domu, w polu, w lesie, w okresie wielkiej radości i w czasie wielkiego smutku. Można rzec, że śpiew był nieodłącznym towarzyszem życia każdego Prusa.
            - Mojmira dała się zaczarować słowom płynącym z pruskich gardeł. Poczuła jak ogarnia ją spokój, strach odszedł gdzieś, jej serce przestało bić jak szalone, uspokoiła się. Jechała z zamkniętymi oczyma, słuchając pruskich pieśni.

            Minęło już wiele godzin odkąd opuścili Pikową Górę. Podróż przez wąskie ścieżki ukryte w gąszczu puszczy nie należała do łatwych. Podróżnicy, którzy zapuszczali się bez przewodników do Prus często tonęli w bagnach bądź padali ofiarą dzikiej zwierzyny. Ci, którzy mieli wrogie zamiary byli prześladowani i czasem zabijani przez Medinisa, pruskiego leśnego ducha.  Medinis potrafił sprawić, że podróżnik gubił się lub ginął wśród prastarej kniei, wypełnionej sosnami, modrzewiami, świerkami, cisami, dębami, lipami, bukami i brzozami.

             Gród zwany Pikową Górą upadł w nocy, a o świcie wszyscy wyruszyli w stronę Lubawy oddalonej o jakieś 15 km w kierunku północno-wschodnim. Gdyby nie atak dzikich bestii oraz naturalne przeszkody w postaci puszczy, bagien oraz licznych jezior podróż trwałby o wiele krócej. Jednak trzeba było poruszać się krętymi ścieżkami, niektóre były wąskie. Puszcza wydawała się być gęsta i przepełniona niebezpieczeństwami czychajacymi na podróżników nie znających tutejszych szlaków. Wiele dróżek prowadziło do nikąd, niektóre mogły doprowadzić wprost do bagna, ruchomych piasków albo legowiska wilków.

            [ Teren, którym podróżują bohaterowie powieści w czasach nam współczesnych należy do południowo-zachodniej części województwa warmińsko-mazurskiego. Wyobraź sobie czytelniku, że przenosisz się w czasie do pierwszej połowy wieku XIII, do czasów Surwabuno, Divana i Mojmiry. Na próżno mógłbyś się rozglądać za asfaltowymi ulicami, droga krajowa nr 15 prowadząca do Lubawy nie istnieje, na jej miejscu znajduje się bujna roślinność, bagna, drzewa i jeziora, których kiedyś było o wiele więcej niż dziś. Ścieżki i skróty, które znasz powstaną za kilkaset lat. Tam, gdzie dziś są pola kiedyś znajdowały się drogi, w miejscu, w którym dziś rośnie las kiedyś mogło stać potężne grodzisko, a w jego pobliżu pruskie chaty i pola uprawne. Dlatego warto rozglądać się chodząc po polu albo po lesie. Jeśli dostrzeżesz kamień z tajemniczymi wgłębieniami albo znakami, gdzieś w środku lasu, odkopiesz taki kamień na polu, to wiedz czytelniku, że może to być stary pogański kamień ofiarny (z wgłębieniem) albo kamień graniczny (tajemnicze znaki) oddzielający jeden pruski lauks (pole, "wieś") od drugiego. Mniej też świadomość, że akcja powieści rozgrywa się w czasach, w których Nowe Miasto Lubawskie, Kurzętnik i Lidzbark Welski nie istnieją, zostaną zbudowane dopiero w kolejnym wieku. W ich miejscu może mieszkali wówczas jacyś Prusowie, a może znajdowały się same bagna. Któż to wie?
            Gęsta prastara dziewicza puszcza pokrywała nie tylko Ziemię Sasinów, na której rozgrywa się akcja powieści, ale całe Prusai (Prusy) aż po rzekę Pregołę i Niemen (obwód kaliningradzki). Było to królestwo roślin, zwierząt, obszar, na którym królowała natura i współżyjący z nią na dobre i złe Prusowie. Prastara dziewicza puszcza, warstwa torfowisk, moczarów, bagnisk i mokradeł. Kraina połyskująca lustrem niezliczonych rozlewisk i jezior, które znamy dzisiaj pod takimi nazwami jak: Jezioro Skarlińskie, Jezioro Partęczyny Wielkie, Jezioro Grądy, Jezioro Tarczyńskie, Jezioro Rubkowo, Jezioro Zwiniarz i wiele innych.
            Czytelniku powinieneś jeszcze mieć świadomość tego, czego współcześni mieszkańcy Ziemi Lubawskiej (zachodnia część dawnej Ziemi Sasinów) nie uważają za wyjątkowe, ponieważ jest to ich codziennością i się do tego widoku przyzwyczaili. Otóż jadąc z Brodnicy, dawnej Ziemi Michałowskiej, drogą krajową nr 15 do Nowego Miasta Lubawskiego i Lubawy po chwili dostrzeżesz liczne wzniesienia, pagórki małe i całkiem wysokie góry. Tak czytelniku, twoje domysły są słuszne, nie dość, że opisywaną krainę pokrywała bujna roślinność i gęsta puszcza to jeszcze był (i dalej jest) to obszar górzysty, z licznymi dolinami. Tysiące polodowcowych wzniesień, charakterystycznych dla obszarów górskich, mnogość rzecznych dolin, musisz to wszystko uwzględnić czytając o przygodach Divana i Mojmiry.
            Niezwykle gęsta puszcza była dla Prusów naturalnym "murem" obronnym, była to naturalna zapora, która od południa i zachodu oddzielała Ziemię Sasinów od chrześcijan żyjących na Ziemi Chełmińskiej i Ziemi Dobrzyńskiej, w której od XI wieku głównym centrum był gród (potem osada i miasto) Dobrzyń. Puszcze i bagna ochraniały też przed niebezpieczeństwem płynącym z Mazowsza, na którym już od X wieku głównym ośrodkiem miejskim był Płock. Z tych trzech regionów od setek lat przybywali Polanie, dawniej Słowianie, którzy w 966 roku dzięki Mieszkowi, zwanemu też Dagome, przyjęli chrzest. Od tamtej pory chcieli oni zaszczepić swoją nową wiarę u Prusów. Ziemię Sasinów najeżdżali synowie i następcy Mieszka. Bolesław nazwany Chrobrym dotarł nawet do rzeki Osy, która stanowiła granicę, za którą żyły pruskie (sasińskie) plemiona. Bardzo dotkliwe były najazdy Bolesława po śmierci nazwanego Krzywoustym, który władał Polanami w latach 1102-1138. Prusowie nie pozostawali dłużni i organizowali liczne ataki odwetowe na ziemie chrześcijan. Obie strony plądrowały domostwa nieprzyjaciela, gromadziły liczne skarby i brały w niewolę mężczyzn, kobiety oraz dzieci. Nie można jednych nazwać dobrymi, a drugich złymi. Obie strony chciały zdobyć liczne łupy, obie strony zabijały i brały w niewolę. ]

            - Śpiew nagle ustał, co natychmiast zwróciło uwagę Mojmiry. Nagle zauważyła, że puszcza się kończy. Po chwili stali już na otwartym polu. Spod Pikowej Góry wyruszyli o świcie, po kilku godzinach jazdy był środek dnia, a słońce na bezchmurnym letnim niebie oświetlało dolinę.
            - Co tu się dzieje? Pomyślała Mojmira. Jej oczom nagle ukazał się niespodziewany widok. Ogromny obszar, na którym wycięto drzewa. Ze wzgórza, na którym stali dziewczyna wszystko widziała doskonale. Jedna mała rzeczka płynęła sobie spokojnie od zachodu. Od wschodu natomiast dostrzegła dwie kolejne rzeki. Widok zapierał dech w piersiach. Oni budują miasto! Ta myśl, jako pierwsza przyszła jej do głowy. Wszędzie kręciło się wiele osób, stały rusztowania, można było dostrzec licznych budowlańców. Ze wzgórza dostrzegła gród, większy od tego, w którym była więziona. Na wschód od niego, w widłach dwóch rzek [Sandeli i Jesionki] wznoszono duży, drewniany zamek. Jednak największe wrażenie robił ogromny plac budowy znajdujący się pomiędzy grodem i budowanym zamkiem.  Od razu domyśliła się, że jest tam budowane coś większego niż gród, czy zamek. Tam wznoszono miasto!
            Na niektórych z wydzielonych pod zabudowę działek ludzie wznosili drewniane budynki. Na innych działkach stały już w pełni ukończone, drewniane, kryte strzechą lub dachówką, karczmy, warsztaty rzemieślnicze, kramy kupieckie, domy mieszkalne. W centrum miasta kończono zakładanie dachówek na dachu drewnianego kościoła. Więcej szczęścia miał budynek ratusza i szkoły parafialnej, przy kościele, których budowa się już zakończyła. Naokoło miasta jacyś ludzie wznosili drewniane umocnienia, jeszcze inni kopali wzdłuż tych umocnień głęboki rów - to będzie fosa, pomyślała. Przy budowanym kościele znajdował targ, a na nim kramy kupieckie, wielu kupców i rzemieślników sprzedawało tam swoje wyroby.
            - Mojmira ze wzgórza dostrzegła też liczne wozy kupieckie. Targ, gród, miasto i zamek w jednym miejscu. Nie spodziewała się, że w kraju Prusów, nazywanych barbarzyńcami zaskoczy ją taki widok!
            Jeździec siedzący za jej plecami popędził konia naprzód, tak, aby inni nie usłyszeli jego słów. Następnie zapytał:
            - Dalej masz nas za barbarzyńców?
            - Nie, już tak nie uważam.
            - Kiedyś faktycznie mogliście nas tak postrzegać. Jednak teraz jesteśmy inni. Siedem lat temu znajdował się w tym miejscu tylko gród, który stąd widać. Poza tym wszędzie były drzewa i kilka gospodarstw, które my Prusowie nazywamy kaym. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym pojawił się tu biskup Chrystian, wówczas jeszcze nie był biskupem, lecz zwykłym misjonarzem. Przybył do grodu Surwabuny - wskazał ręką na gród stojący w oddali - w bogato wyglądającym stroju, z licznymi sługami oraz uzbrojonymi wojownikami. Przybyli jak jacyś bogowie. Misjonarz Chrystian zrobił wrażenie na naszym władcy, który postanowił ugościć tajemniczego przybysza.
            - Chrystian znał naszą mowę, twierdził, że jesteśmy słabi. "Jest was za mało, żyjecie w trudnych warunkach, na brzegach morza, na północy jest wiele bogactw oraz bursztyn, którego wszyscy pragną. Na wasze nieszczęście tędy wiodą na północ stare rzymskie szlaki bursztynowe. Wasze ziemie leżą zbyt blisko Mazowsza i Ziemi Chełmińskiej. Puszcze nie będą was wiecznie chroniły. Lecz jeśli teraz przyjmiecie naszą wiarę i dacie się ochrzcić to Polanie przestaną was nękać i przybędą, tu jeśli znajdziecie się w niebezpieczeństwie". Minęło wiele dni, odbyto dziesiątki rozmów. Surwabuno długo się zastanawiał, czy odstąpić od starych bogów. Wajdelota z lipowego Świętego Gaju, który jest niedaleko był oburzony i namawiał do wypędzenia przybyszów.
            - Divan dalej kontynuował swoją opowieść: Surwabuno chciał chyba posłuchać rad naszego wajdeloty, kiedy nagle biskup Chrystian powiedział: "Możesz zostać dla Sasinów tym, kim Mieszko był dla Polan".
            - I jak Surwabuno na to zareagował? Dopytała zaciekawiona Mojmira.
            - Najpierw zapytał, kim był Mieszko. Na co Chrystian odpowiedział mu, że był to władca plemienia Polan, który pod znakiem krzyża zjednoczył pozostałe plemiona, stawił opór wielu wrogom, zbudował liczne miasta, sprawił, że Polanie stali się silni. Krzyż pokonał dawne słowiańskie bóstwa, a plemiona się zjednoczyły akceptując Mieszka, jako jedynego przywódcę. Pamiętam, że Surwabuno słuchał opowieści z ciekawością. Później Chrystian dodał: "ty też możesz być taki jak Mieszko, zjednocz Sasinów wprowadzając naszą religię. Z Chrystusem dasz radę. Zostań władcą wszystkich grodów, od rzeki Osy, aż po wschodnie granice Sasini. Może nawet Twoja władza na wschodzie sięgnie aż po Galindię. Kto wie? Z krzyżem osiągniesz wiele. Będziesz jak książęta i królowie, na pewno słyszałeś o królach".
            - Mojmira, zafascynowana zapytała. I Surwabuno się zgodził, prawda? Pragnie opanować jak najwięcej grodów i nakłonić wszystkich do nowej wiary?
            - Jest tak jak mówisz Mojmiro. A ja go w tym wspieram i utwierdzam. Zobacz ile dobra przyszło razem z Chrystianem. Nie prowadzimy już krwawych bitw z chrześcijanami, oni nie atakują nas, a my nie atakujemy ich. Tylko nieliczni trwają przy dawnych wierzeniach i czasem prowokują Polan. Ale już niedługo ich wszystkich przekonamy, że lepiej jest żyć w zgodzie ze Słowianami i odejść od starych bogów.
            Nagle oboje spostrzegli, że Surwabuno i reszta ruszyli w stronę Lubawy.
            - Ruszajmy, powiedział Divan.
            - Co teraz ze mną zrobisz? Dopytywała Mojmira.
            - Divan nic nie odpowiedział.









poniedziałek, 20 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 2 SPOTKANIE)

Poniższa mapka stanowi wprowadzenie do rozdziału drugiego, który rozpoczyna się podczas oblężenia grodu zwanego Pikową Górą. Jest to gród, który istniał naprawdę. Jego pozostałości (zwane grodziskiem) znajdują się w Nowym Dworze Bratiańskim, małej wsi położonej w granicach historycznej Ziemi Lubawskiej (w czasach pogańskich zwanej Ziemią Sasinów).  Na początku tego rozdziału pada nazwa Dreuanza, oczywiście dotyczy ona rzeki Drwęcy.

Jako ciekawostkę warto podać, że nazwa Drwęca w źródłach pisanych pojawiła się po raz pierwszy w 1222 roku i brzmiała właśnie Dreuanza. Wiemy, że takim określeniem posługiwali się zarówno Słowianie, Prusowie, jak i przedstawiciele innych ludów wielokrotnie odwiedzających te malownicze tereny. Mieczysław Łydziński twierdzi, że etymologia (pochodzenie) nazwy wiąże się z wedyjskim słowem dreva, łacińskim Dreuentia, germańskim druhen lub staropruskim dreoso – słowa te w tłumaczeniu na język polski znaczą: bieg rzeki.

Święty Gaj, o którym jest mowa na początku rozdziału w XIII wieku znajdował się w Łąkach Bratiańskich (mniej więcej tam gdzie dziś są ruiny klasztoru).


P.s. tym którzy nie czytali rozdziału pierwszego przypominam, że powieść jest wzbogacona o dopiski historyczne, czyli fakty, legendy, podania, które rozpoczynają się i kończą kwadratowymi nawiasami: 
[ ].






ROZDZIAŁ 2
SPOTKANIE

            Oblężenie trwa już od siedmiu dni. Niedaleko przepływa rzeka Dreuanza, a przy niej znajduje się lipowy Święty Gaj, z dębem i wiecznym ogniem. Lokalni Prusowie, podobnie jak jeszcze niektórzy w okolicach Lubawy, cały czas oddają w nim cześć Pani Pergurbii, zwanej też Majumą oraz bogini Kurke. Dusze matek i sióstr tutejszej ludności mieszkają tam w świętych lipach. Wiem to od naszych jeńców, których schwytaliśmy na początku oblężenia. Ludzie ci dalej wierzą w starych bogów. Ja jednak jestem inny, tak jak Surwabuno, władca Lubawy, od siedmiu lat jestem chrześcijaninem. Surwabuno nawrócił się na nową wiarę w roku 1215, a rok później zabrał mnie, swojego wiernego sługę do Rzymu - tam nauczyłem się pisać i czytać. Te niesamowite budynki, większe od naszych grodów, zbudowane z kamienia i tworzywa twardszego niż drewno - zwanego cegłą. Uzbrojenie tamtejszych wojów i ogromne bogactwo. To, co ujrzały moje oczy przekonało mnie, że Bóg chrześcijan jest silniejszy od naszych bogów. Oj! Gdyby ci jeńcy i załoga grodu widzieli to, co ja widziałem! Wtedy by się tak kurczowo nie trzymali dawnej wiary, nie stawialiby oporu i nie atakowali nas, dlatego, że odeszliśmy od wierzeń przodków. Dziś musimy to zakończyć i zdobyć gród. Ale co ze Świętym Gajem? Czy będziemy musieli tam wkroczyć i ściąć drzewa? Słyszałem takie plotki. Mimo przyjęcia nowej religii boję się gniewu starych bogów, mam nadzieję, że biskup Chrystian nie wyda nam takich rozkazów. Skoro gaj przy Lubawie biskup oszczędził, z szacunku dla starych bóstw, albo ze strachu przed buntem, to zapewne oszczędzi też tutejsze święte miejsca, w których starzy bogowie objawiają swoją moc.
            Muszę przerwać pisanie i odłożyć pergamin, ponieważ rijkas Surwabuno, właśnie kazał nam wznowić oblężenie.
- Divan, członek drużyny rijkasa z Lubawy, siódmy dzień oblężenia Pikowej Góry. Rok 1222.


           Surwabuno tradycyjnie został wybrany na wodza wyprawy, której zadaniem było nawrócenie ostatnich w tej części Ziemi Sasinów opierających się chrześcijaństwu niepokornych Prusów. Rijkas z Lubawy, był dzielnym wojownikiem, który właśnie próbował namówić obleganych do poddania grodu. Przemówił do nich w języku pruskim tymi oto słowami: "dzielni wojownicy, którzy nie chcecie odstąpić od religii przodków, przyjmijcie chrzest, a w zamian oszczędzimy wasze kamienie ofiarne i gaje. Nie skrzywdzimy wajdelotów i kapłanek, nie zgasimy świętego ognia w waszym gaju. Tylko przyjmijcie chrzest i nade wszystko przysięgnijcie, że nie będziecie najeżdżać ziem naszych, biskupa Chrystiana i chrześcijan z Mazowsza. Pan nasz Chrystian obiecał uszanować wasze tradycje, jeśli przyjmiecie chrzest i oddacie swoje grody pod jego władanie. Czy liczne wyprawy chrześcijan z Mazowsza, które po moim chrzcie, przybywały, aby ochronić nas, nowo nawróconych neofitów niczego was nie nauczyły?". 
- Divanie, mój przyjacielu, powiedziałem to, tak jak mi doradziłeś, jednak czy nie byłoby lepiej gdybyśmy podpalili gród?
- Panie, wiem, że oni twardo stoją przy wierze przodków, nie chcą nawet słyszeć o odejściu od swojej religii. W okolicy Pikowej Góry mieszka wiele kapłanek i kapłanów, wiara przodków zawsze była tu silna. Wierzę jednak, że z czasem nawet oni przyjmą chrzest. Lepiej jest ich przekonać, aby do nas dołączyli. Im więcej osób przyrzeka ci wierność, tym lepiej dla ciebie. Divan zbliżył się do rijkasa i szeptem dodał: lepiej niech przyrzekają wierność tobie, niż biskupowi. On i tak ma się za Pana tych ziem, ale prawda jest taka, że gdyby nie twoje poparcie to nikt biskupa by nie słuchał. Gdybyś ty nie przyjął chrztu to nikt w okolicy Lubawy by tego nie zrobił, a przynajmniej większość z nich by się nie dała ochrzcić. Oni tak naprawdę idą za tobą Surwabuno. Jak myślisz, dlaczego po twoim, naszym chrzcie, biskup Chrystian sprowadził do Lubawy tylu chrześcijańskich rycerzy? Zapytał Divan i po chwili sam odpowiedział: bo biskup bał się, że my nowo nawróceni poganie, neofici powrócimy do starych wierzeń i zaatakujemy chrześcijan.
- Ale dlaczego mają mi przyrzekać wierność? Dopytywał Surwabuno. Przecież ja nie jestem żadnym księciem ani władcą.
- Teraz musimy wybrać sobie władcę, czasy wolności, w których powoływaliśmy rijkasa tylko podczas wojen odeszły. Po przyjęciu chrześcijaństwa wielu się od nas odwróciło, oskarżyli nas o zdradę starych bogów. Biskup Chrystian został mianowany przez papieża biskupem całych Prus. Stał się władcą wszystkich pruskich plemion aż po Sambię i Nadrowię. Potrzebujemy kogoś, kto byłby naszym pruskim księciem, za którym będziemy mogli iść. Widziałeś Rzym? Papież jest władcą Kościoła, biskupi są władcami w diecezjach, na ziemiach Polan są wojewodowie i książęta. A u nas? U nas każdy żyje jak chce i to nas zgubi. Plemiona Pomezan, Pogezan, Warmowie, Natangowie i pozostałe pruskie plemiona próbują żyć po staremu i zachowują się tak jakby chrześcijanie nie istnieli. U nas nie ma króla, który by mógł zjednoczyć przeciwko chrześcijanom wszystkich Prusów. Musimy żyć zgodnie z zasadami nowej wiary, jeśli chcemy przetrwać. Potrzebujemy silnego przywódcy. Za biskupem Chrystianem do Prus zaczęło przybywać wielu chrześcijan, lokują tu swoje wsie, a my Prusowie tak jak dawniej mieszkamy w lasach i budujemy grody, w których chowamy się tylko w razie niespodziewanego ataku. Tak dalej być nie może, potrzebujemy władcy, który będzie nas reprezentował wobec biskupa i przybywających z Zachodu rycerzy. Nie zapominaj tego, co biskup opowiedział o księciu Polan, Mieszkiem zwanym...
            - A wracając do pomysłu podpalenia grodu - Divan zmienił temat ponieważ wiedział, że to nie jest dobry moment na kolejną rozmowę o Mieszku. -  Masz waleczne serce ale czasem zapominasz o okazywaniu litości, którego uczy nowa religia.
            - Litości? Przyjacielu, co masz na myśli?
            - Tak litości. Kiedy byliśmy w Rzymie, ty przebywałeś cały czas z biskupem Chrystianem, a ja pobierałem nauki od pewnego duchownego. Zrozumiałem wówczas, że warto okazywać litość, że zabijanie, czy składanie ofiar z ludzi nie jest niczym chwalebnym. Kiedyś po każdej wygranej bitwie składaliśmy w ofierze bogom jednego z jeńców, a w okresie wojen zabijaliśmy dziewczynki wierząc, że odrodzą się, jako nasi krewni i będzie im lepiej. Ale czy mieliśmy do tego prawo? Albo, czy ma sens spalanie pokarmów i złowionych ryb na kamieniach, jako ofiary dla bogów? Nowa wiara uwalnia nas od wielu zbędnych rytuałów, wystarczy tylko chodzić na mszę do kościoła i słuchać nauk duchownych, którzy przybyli z biskupem Chrystianem. Uczestnictwo we mszy jest jedyną ofiarą, jaką każą nam składać. Dzięki nowej wierze zrozumiałem, że wolę zabijać tylko tych, którzy mnie atakują, a jeśli sam muszę zaatakować to tylko w ostateczności, kiedy mam pewność, że atakuję w słusznej sprawie. Poza tym, jeśli okażesz im litość to pozostali mogą to docenić i tak jak my przyjąć chrzest. Jeśli jednak będziesz bezlitosny to oni wszyscy utwierdzą się w starych wierzeniach i będą naszymi wrogami.
            Surwabuno chwilę zastanawiał się nad słowami swojego przyjaciela. Ostatecznie po raz kolejny utwierdził się w tym, że nowe wierzenia są lepsze. Rozmyślałby dalej, gdyby nie strzała wystrzelona z łuku i przelatująca tuż nad jego lewym uchem. Załoga grodu widocznie nie zgadzała się z wcześniejszymi słowami Surwabuno i postanowiła dziś pierwsza zaatakować.



[ Rijkas słowo to było znane każdemu Prusowi. Oznaczało władcę, wodza, naczelnika. Rijkasa powoływano tylko podczas wojen, organizowania łupieżczej wyprawy na ziemie chrześcijan lub na ziemie innych plemion pruskich. W życiu codziennym, w okresie pokoju, Prusowie nie potrzebowali wodzów, władców, książąt i królów. Tak samo było u Słowian aż do przyjęcia w 966 roku chrześcijaństwa przez Mieszka I. Prusowie z Ziemi Sasinów na terenie, której zbudowano Lubawę również przez tysiące lat żyli, jako ludzie wolni, bez władzy centralnej, bez podatków z rijkasami wybieranymi tylko w czasach wojen. Sprawa skomplikowała się dopiero w pierwszej połowie XIII wieku z powodu chrześcijaństwa zapuszczającego korzenie w Lubawie i okolicach. ]



            Dzień upłynął na wzajemnym ostrzale. Ostatecznie nie zdecydowano się na próbę podpalenia grodu i spalenia żywcem wszystkich obrońców oraz mieszkańców. Widocznie, rijkas Surwabuno uwierzył, że uda mu się zdobyć gród i dołączyć go do ziem rządzonych przez chrześcijan. Pomiędzy Lubawą i Pikową Górą udało się pokonać wielu pruskich buntowników, niektórzy zginęli, a inni przysięgli wierność biskupowi Chrystianowi oraz księciu z Lubawy (coraz więcej osób tak nazywało Surwabunę, książę z Lubawy, książę Prusów albo władca Prusów tak brzmiały najpopularniejsze z tytułów, które zaczęto do niego "przyszywać" po przyjęciu w Rzymie chrztu). W każdym z podbitych miejsc zbudowano drewniany kościółek i uczono pruskich Sasinów o nowej religii. Oczywiście pospólstwo i niewolnicy musieli przyjąć chrzest i ustnie zobowiązać się, że odstąpią od religii przodków. Największy problem stanowili wajdeloci, pruscy kapłani dalej wyznający wiarę w wielu bogów oraz osoby najstarsze, które nawet nie chciały słyszeć o zmianie wyznawanej religii.
            Wzajemny ostrzał, podobnie jak podczas poprzednich dni oblężenia, nie odniósł większego skutku. Nikt się nie spodziewał tego, że tej nocy wszystko się zakończy w sposób o wiele bardziej krwawy niż by sobie tego życzył Divan.
            Tymczasem Surwabuno zauważył, że budowniczy sprowadzony przez biskupa Chrystiana właśnie się zbliża.
            - Panie dziś przed zmrokiem skończymy budowę, a jutro o świcie będziemy mogli zaatakować. Gdybym był na miejscu od pierwszych dni oblężenia to ten gród zamieszkiwany przez plugawych pogan już dawno byłby nasz.
            - Mistrzu Jarosławie, powiedz mi więcej o tych machinach, czy naprawdę są one tak skuteczne?
            - Książę Surwabuno, dwa duże trebusze, które zbudowaliśmy z okolicznych drzew w zupełności wystarczą. Wystarczy o świcie zmylić obrońców i podciągnąć je pod obwarowania grodu.
            - A jak one działają? Dopytywał Surwabuno, który nie mógł się nadziwić licznym wynalazkom sprowadzonym na jego ziemie przez chrześcijan.
            - Książę musisz...
            - Jestem pruskim rijkasem, nie musisz mnie nazywać księciem.
            - Wybacz książę, ale Jego Świątobliwość, Chrystian biskup Prus twierdzi, że jesteś księciem z Lubawy. Poza tym właśnie tak nazywają Cię zachodni rycerze, mówią o Tobie książę Prusów nawrócony na chrześcijaństwo i pasowany na rycerza przez biskupa oraz ochrzczony przez samego papieża Innocentego III.
             Surwabuno chwilami miał problemy z zaakceptowaniem i przyzwyczajeniem się do tylu zmian, które nastąpiły po przyjęciu chrześcijaństwa. Mimo tego milczał i cierpliwie słuchał wywodu mistrza Jarosława.
            - musisz Panie wyznaczyć wojowników, którzy będą miotaczami. Ich zadaniem będzie uzbrajanie trebuszy w wielkie kamienie, które będą miotane w stronę grodu. W tym samym czasie łucznicy będą ostrzeliwali gród, a kolejna machina zwana taranem zostanie podepchnięta pod bramę. Zapewniam Cię, że drewniana brama długo nie wytrzyma uderzeń tarana.
            - Jutro zrobimy tak jak powiedziałeś mistrzu Jarosławie. Jeśli dzięki twoim machinom zdobędziemy Pikową Górę to nagroda cię nie ominie.
            - Mistrz Jarosław słysząc te słowa uśmiechnął się, a następnie pokłonił księciu i oddalił.


            Dzień chylił się ku końcowi. Słońce już zachodziło za nieboskłonem. Zakończono wzajemny ostrzał, więc Divan wrócił na swoje legowisko. Czekał tam na niego WÎTRA, tak miał na imię jego koń, który parsknął i zaczął machać ogonem widząc jak Prus się do niego zbliża. Samo słowo, Witra, w języku Sasinów oznaczało wiatr. Divan nadał mu je, ponieważ w chwili jego narodzin faktycznie wiało bardzo mocno.
            Pruski wojownik, chwycił za swoje płaty płótna, na których zapisywał wszystko to, co się działo dookoła niego. Umiejętność pisania piórem gęsim na płótnie, czyli zwierzęcej skórze, nabył jeszcze w Rzymie. Pisanie było umiejętnością, która w Prusach podobnie jak u Polan była znana tylko wąskiemu gronu ludzi wykształconych. Przed przybyciem biskupa Chrystiana, tylko nieliczni kupcy docierali poprzez puszcze i bagna do Ziemi Sasinów. Divan pamięta jak niektórzy z nich piórem rysowali coś na pergaminach. Wówczas jednak nie miał pojęcia, co oni robią, czym są litery, nie pojmował jak przydatne może być opanowanie sztuki pisania i czytania.
            - Cieszę się, że w Rzymie, kierowany ciekawością, pomyślał Divan, zapytałem jednego z duchownych: dlaczego rysujesz piórem po zwierzęcej skórze? Czy tworzysz jakieś znaki, takie jak my Prusowie rysujemy na kamieniach granicznych?
            - Duchowny, o imieniu Tomasz, odpowiedział: jesteś jednym z Prusów przyprowadzonych przez Chrystiana, którego nasz Ojciec Święty mianował biskupem całej ziemi pruskiej. Chodź ze mną, wyjaśnię ci, co robię.
            - Przeszliśmy przez kilka rzymskich uliczek do małego kościółka, przy którym ojciec Tomasz miał swoją pracownię. Pierwszy raz w życiu widziałem tyle zwierzęcych skór pokrytych dziwnymi znakami! Było w tym coś magicznego, coś podobnego do znaków tworzonych na kamieniach przez wajdelotów, naszych pruskich kapłanów starej wiary. Obudziła się wówczas we mnie ciekawość. Bardzo chciałem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
            - Widzę, że zaciekawiły cię te płótna. Wiesz, co na nich jest?
            - Jakieś magiczne znaki? Odpowiedział Divan.
            -Tomasz roześmiał się głośno i odpowiedział, że nie ma w tym nic magicznego. Każdy może się tego nauczyć. Ty również, oczywiście, jeśli tego chcesz?
            -  Chcę.
            - Więc słuchaj uważnie. Pismo jest systemem znaków, dzięki którym utrwalamy na płótnach i drewnianych tabliczkach język mówiony. Przyjmujemy umownie, że dane znaki oznaczają to i to. Pojedynczy znak nazywamy literą, a kilka znaków połączonych razem tworzy wyraz...
            - Czułem jak jego słowa przeszywają mnie całego. To tak jakbym za życia doświadczył kontaktu z bogami. Czułem się niesamowicie, chciałem coraz więcej i więcej. Cieszyłem się, że mój Pan, Surwabuno zabrał mnie ze sobą do tego pięknego miasta. Każdego dnia odwiedzałem Tomasza, który uczył mnie pisać i czytać, czułem, wówczas, że coś się we mnie zmienia, że już nigdy nie będę taki jak kiedyś. Był to dla mnie kolejny znak, znak, który pchał mnie ku nowej, potężniejszej wierze. Mój kontakt ze starymi bogami był coraz słabszy...
            Nagle jego rozmyślanie o przeszłości przerwały odgłosy walki. Wyszedł zza drzewa, przy którym leżał, było już ciemno, wszędzie biegali ludzie z pochodniami. Od razu uświadomił sobie, co się stało. Zapasy jedzenia w grodzie musiały się skończyć, dlatego oblegani postanowili zaatakować pod osłoną ciemności. Woleli honorową śmierć w walce od powolnego odchodzenia w zaświaty z powodu głodu.
            Surwabuno pospiesznie wydawał rozkazy. Walka była krwawa, jednak z góry było wiadomo, że liczniejsza armia oblężnicza ma przewagę nad tymi, którzy zdołali się schronić w grodzie. Przy boku rijkasa z Lubawy natychmiast pojawili się członkowie jego drużyny: potężny Graude władający ogromnym toporem, waleczny Gudicus ze swoim mieczem wykonanym, zgodnie ze sztuką przodków, przez starego pruskiego kowala. Po chwili obok Surwabuny stanął również wierny przyjaciel Divan, władający swoim tajemniczym mieczem oraz pozostali: Ruzgas, Wymój, Stenke, Wope, Gryźlin [bohater powieści mieszkający w laukssie na północ od Pikowej Góry - obecnie jezioro i wieś Gryźliny] oraz dzielny Rayde, który natychmiast zaatakował wojownika nacierającego na Surwabuno.

             Wszystko działo się szybko. Potężny Prus, należący do obrońców grodu, rzucił we władcę Lubawy swoją włócznią jednak metalowe ostrze napotkało przeszkodę w postaci pawęża Raydego. Włócznia wbiła się w tarczę nie dała jednak rady przejść przez nią na wylot. Rayde próbował ją wyjąć, co było błędem, ponieważ wróg właśnie wyciągnął z pochwy przytwierdzonej do pasa miecz, którym błyskawicznie zaatakował. Surwabuno w ostatniej chwili ochronił głowę Raydego swoją migdałową tarczą. Po sparowaniu ciosu wymierzył uderzenie mieczem - rijkas zawsze w walce korzystał z miecza i tarczy - którym odciął napastnikowi rękę. Krew zaczęła tryskać, jednak z gardła Prusa z Pikowej Góry nie wydobył się żaden dźwięk. Próbował jeszcze zaatakować znienawidzonego Surwabuno lewą ręką, kiedy Rayde podbiegłszy zadał mu śmiertelny cios włócznią wyjętą przed chwilą z tarczy. Włócznia przebiła dzielnemu obrońcy Pikowej Góry krtań, jego głowa praktycznie zwisała na strzępach mięśni, które pozostały z szyi.
            Po chwili zwłoki leżały już na ziemi, a obok kolejne. Teren był usłany dziesiątkami ciał obrońców drewnianej warowni. Jedne bez głowy, inne bez ręki, nogi i innych kończyn. Zdarzały się też ciała, których głowy były rozgniecione przez końskie kopyta. Byli tez tacy, którzy spłonęli żywcem.  Przy wejściu do grodu walczył jeszcze jakiś zamożny Prus mający przy boku kilku wojowników. Był to zapewne rijkas, czyli przywódca wyznaczony do obrony Pikowej Góry.
            - Odejdźcie od niego, nie atakujcie go! Słowa Surwabuna wywołały u wszystkich zdziwienie, jednak wojownicy natychmiast zaprzestali walki.
            - Surwabuno widząc go zadał pytanie: jak ci na imię dzielny wojowniku?
            - Jestem Wyndeko, zarządzam tym grodem i bronię dostępu do Świętego Gaju Pani Kurke.
            - Zaiste wojowniku dzielnie wywiązujesz się ze swoich obowiązków wobec rodu i bogów. Jednak rozejrzyj się dookoła. Zostałeś tylko ty i kilku twoich przybocznych, reszta odradza się już, jako przodkowie, lub ich dusze znalazły się w drzewach świętych dębów. Możliwe, że kilku z nich się nie odrodzi, ponieważ dostąpili zaszczytu przejścia przez dziewięć bram do podziemnego raju, którym władają bogowie.
            - Mówisz tak jak nasi kapłani, odparł Wyndeko. Tylko, że oni mówili o tobie rzeczy straszne. Odstąpiłeś od wiary przodków, w Świętym Gaju przy Lubawie kręci się wielu chrześcijan, zbudowałeś liczne drewniane kościoły, ścinając pod ich budowę drzewa. Dlaczego więc teraz opowiadasz mi o religii przodków, skoro od niej odstąpiłeś?
            - Mówię tak, ponieważ misjonarze, których sprowadził Pan nasz Chrystian nikogo siłą nie zmuszają do odstąpienia od dawnych wierzeń. Jednak, jeśli przyjmiesz chrzest i dowiesz się więcej o nowej religii sam dostrzeżesz, że starzy bogowie są słabsi, a moc Boga Jedynego chrześcijan jest potężniejsza.
            - Łżesz! Krzyknął ze złością Wyndeko i ruszył na Surwabuna. Ten gestem ręki nakazał, aby inni się nie wtrącali do walki.
            Starcie było bardzo zacięte, okazało się, że Wyndego biegle włada mieczem i nie ustępuje kroku Prusowi z Lubawy.
            Nagle Wyndeko, powiedział:
            - wajdelota, zawsze po obrzędach w Świętym Gaju ostrzegał nas przed tobą. Pobierasz nauki u chrześcijan, przeciągasz wszystkich na swoją stronę, a potem powoli sprawiasz, że wszyscy zaczynają odchodzić od starych wierzeń. Powiadają, że Święty Gaj za Lubawą jest już zdominowany przez chrześcijan, że chcecie ściąć święty dąb i zgasić wieczny ogień. Nie składacie już ofiar i mówicie, że dusze się nie odradzają.
            - Wyndeko, dzielny z ciebie wojownik, ale krótkowzroczny. Ci, którzy nie przyjmą nowej religii zginą, a z czasem pamięć o nich zaniknie. Nie byłeś w Rzymie u papieża, tak chrześcijanie nazywają swojego króla, nie widziałeś tego, co ja...
            Kolejny cios Surwabuna zakończył walkę.
            Nieruchome ciało Wyndeka osunęło się na ziemię, a krew wyleciała z rany na brzuchu. Obserwujący pojedynek, nieliczni żyjący jeszcze obrońcy grodu widząc to poddali się.
            Divan obserwował walkę, a kiedy było już po wszystkim powrócił do swoich notatek pozostawionych za drzewem. Pozostali członkowie drużyny oraz Surwabuno poszli szukać skarbów we wnętrzu grodu, jednak poza grupą niewolników, wśród których były młode dziewczęta zapewne porwane podczas wyprawy na ziemie chrześcijan, nie znaleźli zbyt wiele. Trochę łuków, mieczy i tarcz. Pusty spichlerz, w którym nie było jedzenia oraz narzędzia i rozbite gliniane naczynia. Nadzorca grodu nie posiadał płótna ani drewnianych tabliczek, zapewne nie potrafił pisać ani tym bardziej czytać. A co za tym idzie nie posiadał skarbów, które by mogły zainteresować Divana.


             Pochodnie płonęły dając wystarczające oświetlenie. Jak rozpocząć opisywanie tego, co się właśnie stało? Zastanawiał się Divan. Gdyby poczekali jeszcze trochę aż wykorzystamy machiny oblężnicze. Wtedy opis byłby o wiele ciekawszy. Ani się obejrzał jak słonce zaczęło wschodzić pokonując noc i rozświetlając ciemności. Już zasypiał przy swoich notatkach, kiedy nagle usłyszał trzask pękających gałęzi. W jego stronę zbliżał się Rayde.
            - Dlaczego nie wszedłeś z nami do grodu?
            - Jakoś nie miałem ochoty.
            - Wiesz Divan, nie rozumiem cię, od kiedy wróciliśmy z Rzymu nie robisz nic innego tylko zapisujesz te dziwne znaki piórem na płótnie. Nasz Pan, biskup Chrystian wspominał, że to, co robisz jest ważne, ja jednak nie rozumiem, co w tym takiego wyjątkowego?
            - Wiesz, Rayde, pamiętasz jak krótko po moim powrocie z Rzymu walczyliśmy z Sasinami ze wschodu, którzy zaatakowali nas za to, że razem z Surwabuno przyjęliśmy nową wiarę? Pamiętasz to?
            - Stoczyliśmy tyle walk. - Odpowiedział Rayde. -  Odkąd przyjęliśmy chrzest atakowano nas dziesiątki razy, często my organizowaliśmy też wyprawy na Sasinów ze wschodu i na Pomezan z północy.
            - O widzisz! Nie pamiętasz tej jednej konkretnej bitwy. Zapamiętać je wszystkie jest ciężko, ale nie musisz tego robić. Pokarzę ci:
            Divan wstał podszedł do swojego konia i wyjął z worka kilka zwierzęcych skór mających po lewej stronie dwie dziurki, przez które przechodził mały sznurek. Przekręcił kilka stronic i zaczął czytać:


"...przygotowywaliśmy się do święta plonów, kiedy nagle do grodu w Lubawie wpadł konno Wymój wysłany kilka tygodni wcześniej na wschód do grodu granicznego na Górze Dylewskiej. Wymój zaalarmował nas, że nasz gród Sassenpils jest oblegany przez Sasinów przybyłych ze wschodu. Natychmiast wyruszyliśmy z odsieczą i obroniliśmy wschodnie granice ziem Surwabuny i biskupa Chrystiana...".


            - Mam tu opisaną całą historię, nie muszę pamiętać szczegółów. Wystarczy, że wiem, jakim słowom odpowiadają te znaki...
            - Dla mnie to zbyt skomplikowane, odparł Rayde. Może Surwabuno zechce się tego nauczyć?
            - Może. Coś mi się wydaje, że nie przyszedłeś do mnie rozmawiać o nauce pisania. Prawda, Rayde?
            - A no prawda! Podczas przeszukiwania grodu...
            - Rayde nie musisz się ze mną niczym dzielić - uciął rozmowę Divan -  moje ziemie, domostwo oraz możliwość walki u boku Surwabuno. To mi wystarczy.
            - Wiedziałem, że to powiesz. Jednak ta niewolnica jest wyjątkowa.
            - Jaka niewolnica? Mam już wielu niewolników.
            - Ta niewolnica jest wyjątkowa, odparł Rayde. Mówi w języku podobnym do mowy Polan i jest bardzo agresywna.
            - Do mowy Polan?
            - Tak, ale mówi bardziej jak kupcy, nie tak jak osadnicy z Mazowsza, których poznaliśmy w Lubawie.
            - Więc przyprowadź mi ją.
            - Ona już tu jest, dodał pospiesznie Rayde.
- Po tych słowach podniosłem głowę i przestałem patrzeć w swoje zapiski. Dopiero teraz spostrzegłem, że Rayde w prawej ręce trzyma sznurek na końcu, którego stoi, przewiązana nim w pasie, młoda dziewczyna. Jej ręce były mocno związane za plecami innym, krótszym sznurkiem. W ustach miała knebel zrobiony ze skrawka materiału, zawiązany na supeł z tyłu głowy. Faktycznie musiała być agresywna - pomyślałem. Rayde pospiesznie dał mi długi sznurek i oddalił się. Sprawiał wrażenie człowieka uwolnionego od solidnego ciężaru. Dziewczyna miała długie, rozpuszczone, czarne włosy oraz zielone oczy, którymi się we mnie wpatrywała. Jej spojrzenie było pełne pewności siebie i agresji, jednak od razu zauważyłem, że jest to tylko maska, a dziewczyna jest po prostu przerażona.

            - Oni mnie zabiją, złożą swoim bogom w ofierze. Nie chcę tu zginąć. Najpierw nas napadli, spalili wieś, zabili ojca, a mnie pojmali. Teraz moich porywaczy zabili inni Prusowie. Co się ze mną stanie?
            - Kiedy w jej głowie myśli szalały Prus o większej posturze oddał sznurek którym była przewiązana w pasie mniejszemu towarzyszowi. Nie znała ich języka, nie rozumiała więc, o czym rozmawiali. Teraz liczyło się tylko to, że została sama z jednym barbarzyńcą (tak w Płocku ludzie nazywali Prusów), który był tylko trochę od niej wyższy. Musiała szybko coś wymyślić.



            - Divan z ciekawością zbliżył się do dziewczyny. Ich pierwsze spotkanie rozpoczął od wyjęcia jej z ust knebla...
            Wszystko potoczyło się lotem błyskawicy. Jej ślina trafiająca w oczy Divana i cios kolanem w krocze. Już uciekała z rękoma związanymi na plecach, udałoby się jej, gdyby nie fakt, że zapomniała o sznurku, którym była przewiązana w pasie. Prus pociągnął za niego, a dziewczyna upadła na ziemię.
            - O bogowie, pomyślał Divan. Ogień, a nie kobieta! Po czym rozejrzał się dookoła, czy nikt nie widział całego zajścia. Gdyby rozniosła się plotka, że powaliła go kobieta, na dodatek ze związanymi rękoma, to inni wojowie nie dali by mu żyć przez wiele lat (bądź w ich rozumieniu przez wiele okresów od jednych plonów do drugich). Byłby długo pośmiewiskiem.


           Była przerażona. Myślała, że uda jej się uciec.
            - Ten barbarzyńca teraz mnie zgwałci i zabije - pomyślała ze strachem. 
        Leżąc słyszała jego kroki, po chwili stał tuż obok. Nagle zaczął coś do niej mówić w mowie Prusów, nic nie rozumiała - to była jej pierwsza "wizyta" na ziemiach pruskich. Wyciągnął ręce i zaczął ją dotykać, myślała, że to już koniec, ale on tylko pomógł jej wstać. Nagle odezwała się do niego:
            - Daj mi spokój barbarzyńco! Odejdź!
            - Nagle ogarnęło ją wielkie zdziwienie. Prus odezwał się do niej w mowie, która nie była jej obca - zna naszą mowę, tak samo jak zakapturzony w Płocku, pomyślała.
            - Twój język. Pochodzisz z Mazowsza, czy z Małopolski? Twoja mowa jest podobna do mowy mieszkańców tych krain.
            - Na to zdumiona dziewczyna odparła: wiele razy podróżowałam do miasta założonego przez króla Kraka...
            - Masz na myśli Kraków? Dodał pospiesznie Prus, co tylko pogłębiło jej zdziwienie.
            - Tak Kraków, bywałam też w Sandomierzu, Gnieźnie i w Płocku. Mój ojciec był kupcem, od kiedy tylko sięgam pamięcią jeździłam z nim na wozie z towarami. W wielu miastach kraju Polan sprzedawaliśmy swoje produkty. Wszędzie mowa była różna, dlatego moje słowa mogą ci się wydawać niezrozumiałe, to przez...
            - Ależ ja to wszystko rozumiem! Odparł Prus. Podróżowałem z moim Panem Surwabuno aż do Rzymu. Byliśmy u papieża Innocentego. Mój Pan siedem lat temu przyjął wiarę w jednego Boga. W Rzymie przebywaliśmy przez wiele miesięcy, a w drodze powrotnej, razem z biskupem Chrystianem zatrzymywaliśmy się na kilka dni, a czasem tygodni w wielu polskich miastach. Znam waszą mowę, nawet poznałem w Rzymie trochę łaciny i nauczyłem się sztuki pisania oraz czytania.
            - Jestem jego niewolnicą, pobiłam go, a on rozmawia ze mną tak jakbym była jego siostrą. Człowiek znający naszą mowę, oraz potrafiący pisać. Może śmierć nie jest mi jeszcze pisana? Potok myśli w jej głowie był ogromny, a strach toczył wojnę ze zdziwieniem, a następnie oboje ustępowali miejsca fascynacji nad postacią tajemniczego Prusa. Później pierwsze skrzypce znów zaczynało odkrywać uczucie strachu i tak cały czas...
            - Nie bój się. Powiedział nagle, tak jakby czytał w jej myślach.
            - Nic mi nie zrobisz?
            - Nie.
            - Więc wypuścisz mnie?
            - Nie wypuszczę. Sama zdana tylko na siebie zginiesz w puszczach Sasinii. Jest tu jeszcze wielu, którzy wyznają starą wiarę i mogliby Cię złożyć bogom w ofierze, wziąć w niewolę albo zgwałcić i zabić lub zgwałcić i skazać na los służącej. Jest wiele możliwości - mówił to uśmiechając się jakby do siebie. Zabiorę Cię ze sobą do mojego lauksu.
            - Co to jest lauks?
            - My Prusowie tak nazywamy pole, to taki obszar, na którym jest rozsianych wiele domów, ale nie tak jak u was jeden przy drugim. Wy budujecie domy blisko siebie i nazywacie takie miejsca wsiami. My Prusowie mamy pola i grody. Domy na polach stoją daleko od siebie, a w chwilach zagrożenia wszyscy szukamy schronienia w najbliższym grodzie. Mój gród posiada wieżę obserwacyjną i podgrodzie, na którym mieszkam. Właśnie tam cię zabieram - skłamał, naprawdę miał zamiar sprzedać dziewczynę w Lubawie na targu niewolników, kłamstwo miało ją uspokoić.
            - Jak masz na imię, zapytała?
            - Divan, a ty?
            - Mnie nazywają Mojmirą.
            - Mojmira w języku Słowian oznacza "mój skarb" - dodał Divan, po czym się roześmiał i powiedział. Mojmiro teraz jesteś moim skarbem, zabieram cię ze sobą.
            - W jej umyśle ponownie zaczęło wygrywać uczucie strachu. Więc jednak mnie nie wypuści.

            Tak oto wyglądała ostatnia bitwa stoczona przez obrońców Pikowej Góry. Po zwycięskim oblężeniu spalono drewniany gród. Przez pierwsze miesiące pozostawały po nim zgliszcza, po latach były widoczne szczątkowe ślady. Kiedy upływały kolejne dziesiątki lat i pomarli ludzie biorący udział w bitwie pozostały już tylko opowieści, w których jedne twierdziły, że gród się obronił, a inne, że został zdobyty i spalony. Mijały setki lat, opowieści zmieniły się w legendę o oblężeniu Pikowej Góry w Nowym Dworze Bratiańskim.




[ Z czasem samo grodzisko zaczęto nazywać szwedzkim szańcem, myśląc, że jest to pozostałość po umocnieniach szwedzkich z XVII wieku. W drugiej połowie XX wieku znajomość legendy była tak mała, że grodzisko zaczęto dewastować i wydobywać z niego żwir. Dopiero w XXI wieku pojawił się archeolog z Brodnicy, który przerwał dewastację i zaczął badać historię Pikowej Góry, ale to już inna historia.

            Czytelniku w tym miejscu chciałbym przerwać na chwilę naszą opowieść i przedstawić kilka faktów historycznych, które pomogą Ci zrozumieć przeszłe i przyszłe wydarzenia. Wiedz, że Prusowie poza religią zupełnie odmienną od chrześcijaństwa, mieli również zupełnie inny "podział administracyjny". Największym obszarem "administracyjnym" były opisane przez kronikarza Piotra z Dusburga tzw. terry - krainy (Sasinia, Galindia, Pomezania, Pogezania, Warmia, Natangia, Sambia, Barcja, Nadrowia, Skalowia, Jaćwingowie). Od ich nazw pochodzą też nazwy pruskich plemion.

            Nazwa każdej terry pochodzi od nazwy zamieszkującego ją pruskiego plemienia. Terry składały się z kilku mniejszych ziem zwanych terrulami, które z kolei dzieliły się na lauksy. Niestety nie wiemy na ile terulli i lauksów była podzielona Ziemia Sasinów. Wiemy natomiast, że terulle były tworami autonomicznymi. Mieszkańcy konkretnej terulli, wedle własnego uznania decydowali o wzięciu udziału w wojnie prowadzonej przez inną terrulę (mieli pełną swobodę decyzji). Czasem dochodziło do wojen między Prusami, np. Prusowie z plemienia Sasinów zamieszkujących jedną terrulę mogli walczyć z przedstawicielami tego samego plemienia zamieszkującymi sąsiednie terrule. Dochodziło też do starć między terrami, czyli plemionami. Oczywiście prowadzono też najazdy (tzw. rajdy) na ziemie nawróconych w 966 roku na chrześcijaństwo Polaków (Słowian, Polan). Słowianie, głównie z Mazowsza i Ziemi Chełmińskiej również urządzali liczne wyprawy wojenne na ziemie zamieszkiwane przez Prusów.

            W społeczeństwie pruskim funkcjonowały różne warstwy społeczne. Kiedyś niektórzy historycy (a wśród nich ja) uważali, że Prusowie byli ludem hierarchicznym. Mylnie twierdzono, że najwyżej hierarchii stał nobil niżej pospólstwo, a na samym końcu niewolnicy. Ponad to uważano, że nobil był władcą zarządzającym jednym lub kilkoma terrulami bądź lauksami. Za najbardziej znanych nobilów z Ziemi Sasinów uważano Surwabuno (władcę grodu Lubawa). Dziś wiemy, że Prusowie raczej nie mieli władców "nobilów", książąt, królów itp. Wśród Prusów i prawdopodobnie również u Słowian (Polan) w czasach pogańskich ludzie żyli bez władców. Jedynie podczas wojen wybierano rijkasów, którzy byli dowódcami danego lauksu albo terruli. Skoro wśród Prusów nie było władzy centralnej nie wykształtowała się potrzeba zbierania podatków. Nam ludziom XXI wieku to może wydawać się dziwne ale Prusowie faktycznie żyli bez podatków, nawet gdyby chcieli je płacić to i tak nie mieli komu ponieważ nie funkcjonowała u nich żadna zwierzchnia władza. Czyż to nie jest niesamowite?

            Oczywiście we wszystkich pruskich plemionach np. u Sasinów, Pomezan, Pogezan, Warmów i innych istnieli ludzie szanowani bardziej od innych. Niewątpliwie powszechnym szacunkiem cieszyli się kapłani (wajdeloci) i kapłanki oraz starszyzna. Kapłani potrafili czytać z ruchu gwiazd, organizowali wiec i prowadzili religijne obrzędy. Natomiast kapłanki były pośredniczkami między wiernymi i żeńskimi boginiami takimi jak np. bogini Kurke. Dużo ciekawych informacji na ten temat znajduje się w traktacie dzierzgońskim z 1249 roku, oto dwa ciekawe fragmenty: „składają doroczne ofiary z owoców ziemi składanych bóstwu, które nazywają Kurche albo wszystkim innym bóstwom (...)". Korzystają "z wyroczni wróżbitów nazywanych tulissones i ligossones (...) Oni zło nazywają dobrem, bo na pogrzebach sławią zmarłych za ich grzeszne czyny, takie jak napady i morderstwa. Ci wróżbici do góry wznoszą głownie i wołają, że widzą zmarłego na koniu pośrodku nieba, przy odzianego w lśniącą zbroję w orszaku innych rycerzy".

            Najważniejsze decyzje najstarsi i najbardziej doświadczeni Prusowie podejmowali wspólnie na wiecach, jako ludzie równi sobie. Tylko podczas wojen wybierali rijkasa, czyli kogoś, kogo człowiek XXI wieku nazwałby dyktatorem powoływanym na czas wojny. Czy w starożytnej republice rzymskiej nie czyniono podobnie? Kto wie może Prusowie handlujący od czasów starożytnych z wieloma cywilizacjami przejęli od nich niektóre zwyczaje. A może tamte cywilizacje przejęły coś od Prusów? Pytania te pozostawiam otwarte.

            Warto zapamiętać jeden podstawowy fakt. W każdej terulli, a niekiedy w każdym lauksie znajdował się przynajmniej jeden warowny gród. Kiedyś myślano, że w takich grodach mieszkali lokalni władcy. Dziś panuje przekonanie, że grody Prusowie z okolicy utrzymywali wspólnie, budowali w nich spichlerze, kopali studnię i trzymali zwierzynę. W każdym grodzie znajdowała się wysoka wieża obserwacyjna, w której pełniono warty. W chwili zagrożenia wartownicy ogłaszali alarm. Jeśli ktoś nie zdążył w porę się schronić w grodzie pozostawała mu ucieczka do lasu albo próba obrony na swoim gospodarstwie. W tym miejscu warto dodać, ze gospodarstwo każdego Prusa było ufortyfikowane.  Gród nie był miastem, bardziej możemy go porównać do małego zamku z drewna.

            Samo pruskie słowo lauks oznacza pole. Wyobrażajcie je sobie, jako kilku, kilkunasto kilometrowy obszar, na którym są rozsiane pojedyncze drewniane, kryte słomianą strzechą chaty o kamiennych fundamentach. Lauks w niczym nie przypominał wsi,  budowanych w krainie Polan (Słowian) np. na sąsiednim Mazowszu. Chrześcijańskie wsie charakteryzowały się zwartą zabudową, a w pruskich lauksach zabudowa była rozproszona.

              Gospodarstwa pruskie stanowiły organizm autonomiczny, każdy Prus miał gospodarstwo i sam na siebie pracował. Poza tym były one rozsiane po całym lauksie. Najczęściej lokowano je na wzniesieniach, pośród jezior, rozlewisk oraz trudnych do przebycia bagien. Dzięki takiej lokalizacji, w razie odcięcia drogi do grodu, podczas niespodziewanego najazdu, rodzina zamieszkująca gospodarstwo miała większe szanse odparcia wrogich Prusów z innego lauksu albo z innej krainy np. Pomezanii lub odparcia ataków chrześcijan z np. z Mazowsza.

            Wiemy już, że najważniejsze były lauksy, słowo to w języku Prusów oznacza pole. Większe podziały, o których wspomniałem, czyli na trerry i terulle miały mniejsze, wręcz marginalne znaczenie. Analizując najmniejsze obszary, lauksy, musimy wziąć pod uwagę przyrost demograficzny ludności pruskiej oraz spełnianie potrzeb codziennego życia. Ciężko jest uwierzyć, że na początku XIII wieku na każdym lauksie stał gród i w bardzo dużej odległości od siebie, pochowane między drzewami i bagnami były rozrzucone pojedyncze chatki. Samo określenie chatki jest nieprecyzyjne, to były raczej gospodarstwa (kaym) rozsiane po całym polu (lauksie).

            Na każdy kaym składało się kilka, a czasem kilkanaście mniejszych i większych drewnianych domów. Całość była ogrodzona drewniano-ziemnymi wałami i cały czas gotowa do obrony. Na takie gospodarstwo składały się: chata w której mieszkała głowa rodu razem z żonami (często wieloma) oraz ich dzieci, dom dla niewolników, spichlerz na ziarno, stodoła, stajnia, suszarnia na zboże, studnia i łaźnie. Gospodarstwa takie były rozsiane po całym lauksie.
            Puszcze zamieszkiwane przez Prusów były bogate w zwierzynę łowną (między innymi dzikie konie i tury), liczne jeziora obfitujące w ryby oraz roślinność nadającą się, jako pokarm dla zwierząt hodowlanych takich jak: konie, bydło i trzoda.
            Warto odnotować jeszcze kilka słów o pruskich łaźniach, chociażby z tego powodu, aby rozwiać jeden z mitów, który mówi, że ludzie w średniowieczu się nie myli. Otóż myli się, łaźnie stały we wsiach i miastach Polan oraz w pruskich gospodarstwach (kaym). U Prusów w każdej łaźni znajdował się piec z polnych kamieni, na które po podgrzaniu lano wodę. Było to coś w rodzaju sauny. Prusowie lubili dbać o swoją higienę i myli się często.



            Można powiedzieć, że puszcza była przyjaciółką Prusów, oni oddawali jej cześć, a ona karmiła hodowane przez nich zwierzęta, dawała im zwierzynę, z której mogli pozyskać mięso i futra, oferowała, pszczoły dające miód oraz dzikie rośliny służące za pokarm podczas nieurodzajów, srogich zim i wojen. Dziewicza puszcza dawała Prusom schronienie oraz torfowiska bogate w rudę darniową, z której w piecach dymarkowych (hutniczych) i warsztatach Prusowie wytwarzali swoją broń. Jako ciekawostkę warto przytoczyć, że ruda darniowa stanowiła naturalny piorunochron średniowiecznych budynków, działo się tak z powodu jej budowy - obiekty przy wznoszeniu, których wykorzystywano rudę, były zawsze suche, budulec ten posiada właściwości wentylacyjne i estetyczne. ]